Małkowska i kartoflanka na boczku

123rf.com

Dziś o kluczach – bo to kluczowy i symboliczny przedmiot dla każdego, kto latami koczował tu i tam, nieraz kątem.|Dziś o kluczach – bo to kluczowy i symboliczny przedmiot dla każdego, kto latami koczował tu i tam, nieraz kątem.|Dziś o kluczach – bo to kluczowy i symboliczny przedmiot dla każdego, kto latami koczował tu i tam, nieraz kątem.
To nasze obecne miejsce na Ursynowie spodobało się nam od pierwszego spojrzenia. Jeszcze tylko wielomiesięczny remont – i byliśmy u siebie. Przeprowadzce towarzyszyła ulewa na biblijną skalę. Nic to, rozpakowujemy się. Potop nie ustąpił następnego dnia, ani kolejnego. Trudno, załatwiliśmy ostatnie formalności na mokro. Pod nowe drzwi dotarliśmy późnym popołudniem. Piątek, zaczyna się czerwcowy weekend. Wkładam klucz do dziurki. Nie daje się przekręcić. Ponawiamy próby. Bez rezultatu. Klucz tkwi w pozycji wyjściowej. Dzwonimy do majstra, który podrasowywał zamek. Jest na imprezie. Błagamy, grozimy, schlebiamy – byle tylko przyjechał i zaradził. Bez entuzjazmu obiecuje pojawić się po spełnieniu toastów. Siedzimy więc na klatce schodowej; mijają nas nieznani jeszcze sąsiedzi, podejrzliwie spoglądający na dwie zmokłe kury. Naszej złotej rączki nie widać. Odbezpieczam zakrętkę winiaku. Nie da się inaczej. Prawie nocą pojawia się mistrz z drugim kluczem do naszej chaty. Szuru-buru, otwiera! Wchodzimy jak do niebios. To a propos innej kluczowej wpadki, uwieńczonej zupą. Ćwierć wieku temu zdarzyło się… Luksus Grochowa (Przepis na zupę z kartofli i wędzonego boczku „luksus Grochowa”) Zepsuła się zasuwa przy drzwiach wejściowych do mieszkania. Owszem, dawała się zamykać. Lecz w odwrotnym kierunku działała wedle własnego uznania, robiąc ponure niespodzianki. Kiedy przyszło nam spędzić na klatce schodowej dwanaście godzin w oczekiwaniu na speca od legalnych włamań, który przy pomocy dwóch drucików otworzył drzwi w pięć minut, pobierając za to wynagrodzenie w wysokości zbliżonej do moich miesięcznych zarobków – postanowiliśmy z tym skończyć. Następnego dnia udaliśmy na poszukiwanie zamku. Znaczy – zasuwy. Nie udało się jej jednak kupić ani tego, ani następnego dnia. Przez kolejne dwa tygodnie nasze wysiłki zasuwowe dawały takie same wyniki: nic. Powód? Projektanci naszego bloku (późny Gomułka) nie stosowali typowych rozwiązań. Przyświecała im idea „im ciaśniej, tym przytulniej”. Do tego wykonawcy kierowali się zasadą „im niechlujniej, tym oryginalniej”. Wszyscy gardzili liniami prostymi. Ergonomia chyba była dl nich brzydkim słowem obcym. Przekonaliśmy się o tym dzięki zasuwie. Kiedy ją wreszcie znaleźliśmy, pojawił się kolejny problem: zamontowanie. Mąż nie podjął się tego ambitnego zadania. Zwrócił się z prośbą do mistrza techniki teatralnej Galerii i Teatru Studio, Alfreda Mekera. Wybrał szczególny moment: Alfred gromił swych dwóch podopiecznych z wysokości dziesięciometrowej drabiny. Chłopcy w wieku przedpoborowym, dla których praca w galerii była pierwszym w życiu etatem, patrzyli na niego jak na Boga. Nazywali go dyrektorem – choć nie był. Wzywani przez niego nie tyle szli, co biegli. A on i tak okazywał się szybszy. Dla samego Alfreda lata wojskowej aktywności przypadły na czas II wojny. Wyszedł z niej z Krzyżem Walecznych AK Pułku „Baszta”. Zamiast na wcześniejszą emeryturę, przeszedł ze stanowiska kierownika technicznego Teatru Studio na stołek, czy też drabinę, szefa technicznego sąsiadującej ze sceną galerii. Okazało się, że nawet dla Alfreda wymiana zasuw nie był fraszką. Zanim powykręcał wszystkie spartolone śrubki, podpiłował krzywe części, wymodelował brakoróbczo wykonane klucze – upłynęły dwie godziny. Ale wreszcie zamek działał bez zakłóceń i niespodzianek. Nie było mowy o pieniężnej gratyfikacji za tę usługę-przysługę – Alfred poczułby się dotknięty. Za to z zadowoleniem przyjął zaproszenie na kolację. Jak zwykle nie zjadł śniadania przed pracą – to go rozpraszało; nie spożył też obiadu, tkwiąc na drabinie. Gdy już z niej już zszedł, nałożył marynarkę z baretką w klapie, zacisnął pas na prochowcu z podpinką, siwą czuprynę ukrył pod czapką-maciejówką i wskoczył w autobus pędzący w stronę Grochowa. Więc podczas gdy Alfred piłował, gładził, przybijał, wkręcał i wykręcał elementy zasuwy, ja szykowałam gorącą kolację. Miała być zupa, ale jaka! Kartoflanka na boczku. Jak z piosenki Wojtka Młynarskiego.

reklama

Sposób przygotowania
  • Pół kilograma oczyszczonych ziemniaków w łupinach wrzuciłam do wrzącej wody; ugotowałam na niezbyt miękko. Obrałam, pokroiłam w kostkę.
  • Pocięłam w paski 15 dekagramów dobrego, niezbyt tłustego boczku. Zanurzyłam te paski na chwilę we wrzącej wodzie; wyjęłam; osuszyłam bibułką. Następnie wrzuciłam je na patelnię i smażyłam, aż wytopił się tłuszcz.
  • Odłożyłam skwarki na talerzyk, a na patelni przesmażyłam dwie drobno pokrojone cebule. Oprószyłam je łyżeczką mąki, wymieszałam.
  • W garnku połączyłam przesmażony boczek i cebulę. Zalałam rosołem z kostki, chwilę podgrzewałam na dużym ogniu. Po chwili dodałam pół łyżeczki cytrynowej skórki, utartej na drobniutkiej tarce. Do tego – pokrojony w talarki kiszony ogórek, trzy listki laurowe, tymianek, pieprz, sól. W stosownych ilościach.
  • Po pięciu minutach dolałam wywar z ziemniaków i doprowadziłam zupę do wrzenia. Na koniec wrzuciłam do gara kostkę kartoflaną i dodałam dwie łyżki octu winnego. Wszystko gotowałam jeszcze kwadrans pod przykryciem na wolnym ogniu.
  • Gotową zupę nalałam do miseczek i posypałam natką pietruszki.
  • Do tego ciemny chleb plus cykoria i świeży, pokrojony w słupki ogórek.

Danie ochrzciłam mianem „luksus Grochowa”. Choć to nie była grochowa…

Po herbacie sprawdziliśmy działanie zasuwy. Mekerowi udało się za pierwszym podejściem. Mąż zaparł się lekko i też otworzył. Kłopoty miałam jedynie ja. Wtedy Alfred poprosił o dokładkę „luksusu” i przystąpił do ponownego polerowania klucza. Po tym zbiegu nawet pod moimi słabymi placami zamek funkcjonował jak po maśle,

– W razie czego, wiecie, gdzie mnie szukać. Mogę jeszcze podpiłować – zapewnił Alfred. – Pod warunkiem, że znów zaserwujesz „luksus Grochowa”.