Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska: sałatki i zapiekanki…


O Hannie i Gabrielu Rechowiczach było głośno za ich życia – stanowili barwną parę; ich dom, stroje, zachowanie, wreszcie – wolny zawód odbiegały od PRL-owskich standardów. Jeszcze pod koniec lat 80. ich pracownia służyła jako malownicze tło do zdjęć na okładkę płyty… Hanki Banaszak. Wiem, bo współpracowałam przy stylizacji tych fot. Atelier Rechowiczów uznano za egzotykę konweniującą z lirycznymi piosenkami Hani. Osobiście Rechowiczów nie znałam. Za to ich córkę Zuzannę – tak. Nawet poduczałam ją francuskiego…

W ostatnich latach nieczęsto się z nią kontaktowałam. Przypomniała mi się dzięki książkom o jej rodzicach. Powstały dwie, niemal jednocześnie: Maxa Cegielskiego „Mozaika. Śladami Rechowiczów” oraz „Gaber i Pani Fantazja” Klary Czerniewskiej.

O Zuzannie jeszcze nikt książki nie napisał. Może mniej zasłużyła się sztuce, niż rodzice, lecz na pewno jest nieodrodną latoroślą swojej familii. Oryginalna, ubrana jak nie przymierzając Rachela z „Wesela” i jak ona rozpoetyzowana – przynajmniej z wyglądu i zachowania. Nie bez powodu podkochiwało się w niej Tadeusz Cegielski, obecnie profesor historii UW, ojciec Maxa.

Historia zatoczyła koło.

 

Surrealistyczna kolacja

(Przepis na sałatkę i zapiekankę Zuzanny)

Tego dnia zostaliśmy pasowani na tzw. Interesujące Osoby.

Ramię w ramię z Romualdem Szejdem, kierownikiem artystycznym Sceny Prezentacje. I to już podczas pierwszej wizyty 1989 roku.

Inna sprawa, że nie mieliśmy konkurencji. Pięcioosobowe grono dopełniali gospodarze. Zuzanka Rechowicz należała do gatunku świadomych snobów, konsekwentnie dobierających gości zaproszonych na kolację jak elementy scenografii. Tradycja rodzinna.

Mieszkanie, które urządzili we dwójkę z Andrzejem Piątkowskim, podobnie jak ona absolwentem ASP, obfitowało w wielorakie atrakcje, więc odwiedzający je też nie mogli być szarakami.

Lokal usytuowany pomiędzy parterem a piwnicą miał parapety prawie na poziomie ulicy. Już tej racji było dziwnie. Surrealistyczną atmosferę współtworzył gargantuicznych rozmiarów stół, zabejcowany na czarno. Blat podtrzymywał pieniek, ongiś używany w rzeźni do egzekucji dokonywanych na zwierzętach. Po dwóch bokach stołu ustawiono parkowe ławki, także pomalowane na czarno. Recepcyjną część mieszkania-pracowni oświetlały świece. Kiedy nasze oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zauważyliśmy przybyłego wcześniej Szejda oraz aranżację  stołu. Znajdowały się na nim półmiski, miseczki, czarki, kielichy i tacki, wszystko wypełnione jadalnymi treściami. Takoż lichtarze i dekoracje kwietne (a tej ciepłej zimy kwiaty w Warszawie kosztowały tak drogo, jakby ktoś je wyhodował na Kamczatce).

Pani domu również nosiła się w stylu gotic. Pojawiła się jak baśniowa zjawa i zachęciła do raczenia się podanymi dobrami. Zapewniała, z to nie rekwizyty, lecz prawdziwe jedzenie. Mimo to ociągaliśmy się z nakładaniem sobie porcji – Zuzanka, podobnie jak jej rodzice, zajmowała się scenografią. Może wymieszała atrapy z realnymi przystawkami, tak dla efektu wizualnego.

Odważyłam się sięgnąć po polędwicę, zgrabnie rozłożoną w plastrach na srebrnym półmisku, obok innych wędlin. Wahałam się, czy zdekompletować kompozycję zimnych mięs…

Z większą śmiałością uszczupliłam zawartość pucharka z masą serową, a następnie miseczki z sałatką.

Nie mogłam zorientować się, z czego się składała. Zuzanka, zagadnięta w tej kwestii, dała enigmatyczną odpowiedź: Zmieszałam dwie sałatki, bo smak jednej wydał mi się nie dość wykwintny. Przyciśnięta do muru (damy gotic uwielbiają tortury) wyznała, że treść sałatki stanowiły ugotowane, pokrojone w kostkę kartofle, sparzona wrzątkiem i posiekana cebula, zielony konserwowy groszek, pieczarki i pokrojony w drobniutkie skrawki topiony ser. Wszystko scalał majonez i majeranek, ulubiona przyprawa Zuzanny. 

Po pełnieniu powitalnych toastów, pitych z czerwonym winem z ogromnych, staromodnych kielichów, pani domu zniknęła. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Rychło zmaterializowała się w kuchni, o czym świadczyły dobiegające naszych nozdrzy zapachy. Potem Zuza znów się ukazała, tym razem z tacą, na której coś dymiło. Co to, dopytywałam. I znowu otrzymałam enigmatyczną odpowiedź: – Eeee, nie pamiętam.

Prawdę wyszeptała w łazience: – Mam przyprawy w słoiczkach bez nazw, używam ich na niuch. Jeśli pachną odpowiednio, dodaję. Ale co – nie wiem.

Danie było wielowarstwowe. Zapiekanka, ale niepodobna do żadnej, jaką wcześniej jadłam. Na spodzie znajdowały się kluski kolanka. Na nich różne mięsa, pokrojone w niewielkie kawałki: wołowina, wieprzowina, dziczyzna, cielęcina i boczek, z którego tłuszcz połączył wszystkie smaki. Sos zawierał: koncentrat pomidorowy, zaś wierzch pokrywały wiórki żółtego sera, zapieczone w jednolitą masę.

Wieczerzę wieńczył deser – szarlotka z bitą śmietaną, ozdobiona plasterkami pomarańczy i wiśniami w cukrze.

Podano też kawę, sery, owoce. Gościnność Zuzanny i Andrzeja okazała się proporcjonalna do rozmiarów stołu. Było wspaniale, coraz leniwiej… Nagle zadźwięczał dzwonek do drzwi . Pojawili się zaprzyjaźnieni, acz niezapowiedzeni sąsiedzi. Oni również zostali nakarmieni i napojeni. Zastanawialiśmy się – to też Interesujący Ludzie, czy to my okazaliśmy się nudni? A może sąsiedzi nie muszą wykazywać się jakimiś ekstra cechami. Im wystarczy być…


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI