Dlaczego tak trudno znaleźć pomoc u najbliższych?

fot.123rf

Czy z rodziną faktycznie wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu? Czy można liczyć na konstruktywne wsparcie od najbliższych nam osób? Do kogo idziemy w trudnych chwilach? Co może być przyczyną tego, że trudno nam otworzyć się na innych ludzi?
Od najmłodszych lat wzbudza się w nas nieufność do obcych, co jest też sposobem na wyrobienie postawy ostrożności wobec nieznanego. Uczy się także, że pomoc można otrzymać w ramach własnych czterech ścian. W dzieciństwie proponuje się nam, żebyśmy z każdym problemem przychodzili do mamy czy taty. W dorosłym życiu nierzadko słyszymy, by „prać swoje brudy we własnym domu”, czy wypłakać się w poduszkę. Niektórym z nas to zostaje i taka wyuczona reakcja zaczyna nas zniewalać. Czujemy się jak w matni. Boimy się otworzyć przed przyjacielem, czy udać się po pomoc do psychologa by pomóc sobie. Kieruje nami lęk przed skonfrontowaniem tego, co przeżywamy w naszym życiu z kimś „spoza” grona naszych najbliższych. Postawę wyuczoną w dzieciństwie często bezkompromisowo przenosimy na nasze dorosłe życie i relacje z innymi.
A może warto poczynić refleksję, czy ta postawa, która kiedyś nas chroniła przed niebezpieczeństwem z zewnątrz, teraz blokuje nam przyjęcie pomocy od tych, którzy mieliby chęć, dobrą intencję, a nawet kompetencje, by dać nam szansę na nową jakość w życiu?

reklama

Przyjrzyjmy się też jakości pomocy, jaką otrzymujemy od tych, którzy ją nam deklarują. Idealnie byłoby, aby każda żona mogła znaleźć zrozumienie i pomoc u swojego męża i odwrotnie. Idealnie byłoby, gdyby samotna matka mogła zwrócić się do swojej matki i bez strachu przed oceną pochwalić się, że jest szczęśliwa w nowym związku… Rzeczywistość pokazuje jednak, że to właśnie od najbliższych otrzymujemy często tylko pozorną pomoc. Idziemy do rodziców, męża, żony, partnera(ki) odruchowo, oczekując uparcie zrozumienia z racji tego, że wiążą nas z nimi więzy krwi, partnerstwo. Mamy nadzieję i pewne oczekiwania, które często kończą się poczuciem rozczarowania, niedosytu lub głębszego poczucia winy.

Dlaczego nie potrafimy dawać sobie wsparcia w rodzinie?

Odpowiem krótko. Przyczyną jest odgórne stawianie się w roli eksperta. Słowa matki, do przychodzącego w trudnej emocjonalnie sytuacji syna czy córki brzmią często: „Jestem Twoją matką, znam Cię od dziecka i najlepiej wiem, co jest dla Ciebie dobre” lub „A nie mówiłam? Zawsze pakujesz się tam, gdzie nie trzeba”. Intencją matki czy ojca jest zapewne udzielenie pomocy, ale skutek jest zgoła inny. Co czujemy po takim zdaniu? Rozczarowanie, smutek, poczucie winy, żal, że w ogóle podzieliliśmy się swoimi przeżyciami, pretensję. Zazwyczaj zamykamy się od tego momentu i gdy nie otworzymy się na pomoc z zewnątrz… pozostaje nam własna poduszka. Postawa zamknięcia na pomoc, izolacja, czy stany depresyjne.

Nie odsuwajmy się na naszych najbliższych, bo ich intencje często są szczere i pełne troski. Zachęcam jednak do tego, by zaprosić bliską nam osobę, do rozmowy o tym, jak chcemy by nam pomogła.

Zakomunikujmy naszym najbliższym co nam pomaga, a co nas jeszcze bardziej pogrąża w smutku.

Mężu, mamo, tato… zanim zaczniesz mnie oceniać lub sypać radami z rękawa usłysz, jak chciałabym, abyś mi pomógł. Powiedzmy głośno, że poklepanie po ramieniu i sztampowe „będzie dobrze” nie podnosi nas na duchu, w zamian za to empatyczna, współodczuwająca obecność, zrozumienie, wysłuchanie bez oceniania, krytyki, wypominania jest cenniejsze niż nam się może wydawać. Obserwujmy siebie w kontekście tego, co nas podnosi, a co nas przybija i komunikujmy to naszym bliskim. Zamiast oceniania, poniżania, krytyki, wypominania, pretensji nadstawmy uszy i zacznijmy słuchać. Nie reagujmy względem drugiej osoby w sposób jaki wiemy, że poraniłby nas samych.

Zachęcam do wykonania takiego ćwiczenia najszybciej, jak tylko nadarzy się ku temu okazja, by w gronie najbliższych przedyskutować temat: jak chcemy, by nam pomagano?

Z życzeniami owocnych rodzinnych rozmów

Ewelina Jasik

Biogram i książka autorki