Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

fot.123rf
9 sierpnia 2016 in Psychologia by Jolanta Maria Berent

Złość: o czym nas informuje?

Nie znosimy jej – u innych i u siebie. Nie pozwalamy sobie na nią, w obawie przed osądem, utratą sympatii. A ona i tak przychodzi, zakrada się tylnymi drzwiami. Niektórych odwiedza nawet znacznie częściej niż innych… Pora zobaczyć w złości nie tyle niechcianego gościa, co ważnego sojusznika.

Tak naprawdę trudno przeżyć choćby jeden dzień, żeby się z nią nie spotkać. Przyjmuje różne formy: szału, furii, wściekłości. Gniewu, obrazy. Złośliwości, ironii, sarkazmu. Rozdrażnienia, irytacji. Czasem nazywamy ją stresem. I złościmy się – że w ogóle istnieje. Bo właściwie po co nam ona? Zwłaszcza że – wiadomo – jest zagrożeniem dla zdrowia. No dobrze, nie zawsze, nie każda. Nie chodzi o krótkie napady gniewu, które nawiedzają nas od czasu do czasu… Raczej o częste ataki wściekłości. Ale też o utrzymujący się przez dłuższy czas stan intensywnego rozdrażnienia – twierdzi w książce „Życie bez złości” Ron Potter-Efron. Amerykanin stawia sprawę jasno: codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. Są też tacy, którzy przyjmują tego rodzaju zaproszeń zdecydowanie za wiele, wciąż się za nimi rozglądają. To złościoholicy. Mają lepki umysł – taki, do którego wszystko się przykleja. Który szuka wrogów, tworzy problemy – byle tylko mieć o co walczyć. Jeśli znasz jakiegoś złościoholika, wiesz, o czym mowa. Taka osoba – jeśli nie znajdzie zaproszenia do złoszczenia się – spreparuje je sama. A potem podpisze jakimkolwiek nazwiskiem i wyśle do siebie.

Skutki tłumienia złości

Zwykle jednak nie lubimy złości. Szczególnie kobiety chciałyby trzymać się od niej z daleka. Bo walący pięścią w stół mężczyzna to wojownik – na taką postawę jest przyzwolenie społeczne. A kobieta? Unosząc się gniewem, może zyskać etykietkę „zołzy”,  „jędzy”, „histeryczki” albo „sfrustrowanej starej panny”. Może się okazać, że jest mało wiarygodna (bo niezrównoważona). Mało kobieca („herod-baba”). Że straci czyjeś wsparcie (i będzie przykro). Albo że się myli (i będzie wstyd).

Czasem po prostu nie rozumiemy złości, nie umiemy jej obsługiwać. Wolimy nie dopuszczać jej do głosu, żeby nie stracić panowania nad sobą. A potem tracimy je w najmniej spodziewanym momencie… Utrata panowania to już niekoniecznie złość w czystej postaci. To wściekłość – jej „brzydka kuzynka”, dzika i destrukcyjna – twierdzi William Gray DeFoore w książce „Złość. Opanuj ją, uzdrawiaj nią, powstrzymaj ją, zanim cię zadręczy na śmierć”. Składnikami wściekłości są – poza złością – zadawniony, stłamszony ból i strach. Prawdziwa mieszanka wybuchowa… DeFoore porównuje uczucia do warzyw – są dobre (a nawet zdrowe, odżywcze), dopóki pozostają świeże. Ale jeśli przeleżą zbyt długo w zapomnieniu, psują się i stają się szkodliwe, wręcz trujące.

Tymczasem od najmłodszych lat uczymy się tłumić uczucia, ze złością na czele. Rodzice (którzy zwykle sami sobie z nią nie radzą) karzą nas za jej okazywanie. Rezultat? Napady wściekłości. Przeróżne zachowania kompulsywne i nałogowe. Dolegliwości. DeFoore nie pozostawia złudzeń: „Eksplozja może wydarzyć się wewnątrz was, a to zwykle oznacza depresję, nienawiść do samego siebie, poważną chorobę serca albo wszystko razem”. Jak walczyć ze złością? No właśnie nie walczyć! Dziś wiemy już, że to podejście się nie sprawdza. Bo na czym właściwie polega walka? Na tym, że zaprzeczasz, wypierasz. Wzmacniasz, wynaturzasz… Może więc czas spojrzeć na złość nieco życzliwiej? Zrozumieć ją i uznać?

Strony: 1 2


Warsztaty Wojciecha Eichelbergera w wersji online

Nie wstydź się wizyty u urologa! Działaj!

Patrząc na wydłużające się kolejki do lekarzy – szczególnie specjalistów – oraz czytając raporty o wydatkach ponoszonych na leki, można dojść do wniosku, że Polacy ...
zamknij [x]

POLECANE KSIĄŻKI