1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. Cannes 2026: Złe wychowanie. Renate Reinsve w filmie „Fjord” wciela się w chrześcijankę, której instytucja państwowa zabiera dzieci [Recenzja]

Cannes 2026: Złe wychowanie. Renate Reinsve w filmie „Fjord” wciela się w chrześcijankę, której instytucja państwowa zabiera dzieci [Recenzja]

Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Odebranie dziecka matce w naszej kulturze jest niewyobrażalnym okrucieństwem, w Norwegii to automatyczna procedura, stosowana „na zaś”. Jeśli chodzi o dobro najmłodszych członków społeczeństwa, państwo ma tam pierwsze i ostatnie słowo. Cristian Mungiu, rumuński reżyser, w nominowanym do Złotej Palmy filmie „Fjord”, przygląda się norweskiemu systemowi okiem outsidera, ale dystansuje się również od tego środowiska, w którym sam dorastał. Na ponad dwie godziny zamyka nas w pułapce między jedną metodą wychowawczą, a drugą. Wrzuca nas w sam środek przepastnej, pełnej paradoksów dziury, jaką jest pojęcie wolności osobistej.

Chociaż nigdy nie lubiłam religii, po prostu musiałam na nią chodzić. W szkole krzyż wisiał nad drzwiami, zaraz obok godła. Nikt nie miał wątpliwości w katolicki charakter polskiej placówki wychowawczej. Rok szkolny rozpoczynał się mszą, a symbole religijne były stałym elementem codzienności. Wyobrażam sobie, że życie moich rówieśników w przeważająco chrześcijańskiej, postkomunistycznej Rumunii musiało wyglądać podobnie. Nie bez powodu współczesne rumuńskie kino rezonuje z polską publicznością – nasz mental ma wiele wspólnego. Historia, którą Cristian Mungiu ukazuje w swoim filmie przydarzyła się zresztą wielu polskim rodzinom, które znalazły się pod baczną obserwacją Barnevernet, Urzędu do spraw Ochrony Praw Dziecka w Norwegii.

Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

W „Fjordzie” są kwestie, których odbiór będzie zależał od pochodzenia, ale te najistotniejsze pytania pozostają uniwersalne. Zacznijmy jednak od tych pierwszych. Mnie, jako Polki, nie dziwią tradycyjne wartości ani religijne rytuały rumuńskiej rodziny, która sprowadza się do małej wioski w Norwegii. Jednak wśród nowych sąsiadów i kolegów z pracy, w ich stabilnym, pokrytym śniegiem krajobrazie, Mihai i Lisbet Gheorghiu (Sebastian Stan i Renate Reinsve) są zagrożeniem alarmującym bardziej niż lawina, która raz na jakiś czas leniwie stacza się po stromych skałach fiordu.

Nowo przybyłych witają w swojej społeczności z otwartymi ramionami. Kiedy tylko dzieci przekraczają szkolny próg dyrektor (a zarazem sąsiad) oświadcza im kordialnie, że mogą się do niego zwrócić z każdym problemem. Nienaganna postawa ciała pedagogicznego ma jednak subtelnie intruzywny podtekst. Pod uprzejmymi uśmiechami i zapewnieniami o chęci pomocy kryje się podejrzliwość i kiełkujący zalążek oceny. Rumuńska rodzina, choć o tym nie wie, znajduje się na obyczajowym polu minowym. Szkolnej wychowawczyni nie podoba się, że najstarsza córka z piątki rodzeństwa wystukuje na stołówkowym pianinie religijne melodie. Dyrektorka domu opieki, w którym Lisbet pracuje jako pielęgniarka, patrzy spod uniesionych brwi, gdy jej pracownica oferuje pogrążonej w rozpaczy krewnej pacjenta Biblię i religijne (pozytywnie przyjęte) pocieszenie. Ograniczony dostęp dzieci do telefonu i Internetu wzbudza powszechną konsternację, tak samo jak szlaban obejmujący zakaz uczestnictwa w przyjęciu urodzinowym koleżanki. Sąsiad z niepokojem obserwuje rosnącą zażyłość między swoją zbuntowaną córką, a dzieciakami Gheorghiu.

Reżyser wywraca utarte motywy na lewą stronę. Momentami bohaterowie powszechnie postrzegani jako konserwatywni łatwiej zgadzają się na ustępstwa, z większym szacunkiem traktują odmienne wizje świata. A modelowa rodzina norweska czasami wykazuje zaniedbania gorsze od katolickiej nadopiekuńczości, jednak takie, które nie pozostawiają namacalnych śladów. Mungiu subtelnie punktuje zaściankowość klaustrofobicznej społeczności, która sama siebie uważa za progresywną.

Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Nie mija wiele czasu, kiedy dochodzi do frontalnego zderzenia poglądów. Zarzewiem otwartego konfliktu są siniaki niewiadomego pochodzenia na ciele najstarszej córki. To, że do samego końca filmu zostajemy w niewiedzy, w jaki sposób powstały, jest genialnym i przebiegłym zabiegiem ze strony reżysera. Musimy wznieść się ponad moralną ocenę, zrobić ten wysiłek, którego nie wykonują szkolni opiekunowie dzieci i pracownicy Child Protection, którzy interweniują bez uprzedniego zbadania sprawy. Ale to, co wiemy, również nastręcza problemów. Rodzice piątki dzieciaków przyznają się do klapsów – kary zamierzchłej, lecz powszechnej w Rumunii (a także w Polsce), jednak w Norwegii uznawanej (prawidłowo) za przemoc fizyczną. Rodzi się pytanie: czy kultura jest jakąkolwiek okolicznością łagodzącą?

Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Obserwacyjny styl Mungiu jest jednym z największych atutów „Fjordu”. Rumuński twórca przypatruje się swoim bohaterom z pewnym dystansem, jakby w najtrudniejszy dzień ich życia przypadkiem wpadł z wizytą i zasiadł na kanapie w ich salonie. Ma stamtąd doskonały widok, ale mimo że obdarza swoich bohaterów empatią, pozostaje bezstronny. W kadrze zawiera załamania nerwowe, wybuchy agresji, rozdzierająca bezsilność, gwałtowny sprzeciw – mieszankę tych wszystkich trudnych emocji, które towarzyszą utracie dzieci. I które tak przeszywająco sportretowali Sebastian Stan i Renate Reinsve, choć każde z nich znalazło się tuż przy granicy swojego kręgu kulturowego – on jako amerykański aktor rumuńskiego pochodzenia, ona jako wyzwolona Norweżka wcielająca się w żonę z konserwatywnej rumuńskiej społeczności. Ich poruszająca, momentami enigmatyczna gra dostarcza dowodów za i przeciw konserwatywnym rodzicom, przez które to my, widzowie, miotamy się od ściany do ściany. Bardziej niż o krytykę metod wychowawczych, chodzi tu bowiem o relatywizmy: te obyczajowe i te wynikające z osobliwej więzi między rodzicem, a dzieckiem.

Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu „Fjord” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

„Fjord” rejestruje to, w jaki sposób podchodzimy do inności, bez względu na to, co ona oznacza. Przestrzega także przed ekstremizmem, jednym z zagrożeń współczesności. W pełnych napięcia scenach sądowych jasnym jak słońce staje się, że głoszona przez norweską społeczność inkluzywność dotyczy tylko tych, którzy myślą podobnie do nich. Według zasady: „jesteś z nami albo przeciwko nam”. I choć nieprzychylny prokurator i broniąca swoich wartości rodzina Gheorghiu są po przeciwnych stronach barykady ich podejście do świata tak naprawdę niczym się nie różni. Obrońcy nieletnich, choć może i mają na względzie ich dobro, sami są pełnymi wad ludźmi, którzy dają się ponieść uprzedzeniom. Chociaż zachowanie rumuńskich rodziców nie jest krystaliczne, dusząc się pod butem systemu, poddawani ciągłemu monitoringowi, z odebraną sprawczością, rozdzieleni z piątką dzieci, która marzy, by wrócić do domu, mają prawo do miana „ofiar”. Problemem nie są poglądy polityczne, a nadgorliwość gorsza od faszyzmu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE