Trudno się z nią oswoić, jeśli na co dzień żyje się wśród szumów i dźwięków, ale metaanalizy są jednoznaczne: jeśli nie dajemy sobie przestrzeni na kontakt z naturą czy praktyki kontemplacyjne, prędzej czy później nasz organizm upomni się o spłatę długu – mówi neurobiolożka i biochemiczka dr Asia Wojsiat.
- „Żyjemy w stanie ciągłej stymulacji” – mówi dr Asia Wojsiat. Neurobiolożka wyjaśnia, jak nadmiar hałasu, informacji i bodźców wpływa na mózg, koncentrację oraz zdrowie psychiczne.
- Potrzebujemy ciszy, ale czy może być ona trudna i niepokojąca? Dr Asia Wojsiat tłumaczy, dlaczego wiele osób boi się wyciszenia i co dzieje się wtedy, gdy „zostajemy sami ze sobą”.
- Kontakt z naturą działa na układ nerwowy jak reset. „Mózg wreszcie może zwolnić” – podkreśla ekspertka, powołując się na badania dotyczące wpływu zieleni i dźwięków przyrody na stres oraz regenerację.
- „Prawdziwym luksusem naszych czasów jest umiejętność powiedzenia sobie: nie muszę być cały czas aktywna” – mówi również dr Asia Wojsiat.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/2026.
Iza Nowakowska-Teofilak: Wyobraźmy sobie osobę, która pracuje osiem godzin w biurze typu open space. Z pracy wraca w gwarze komunikacji miejskiej, scrollując media społecznościowe, albo jedzie autem, słuchając radia, audiobooka, podcastu. Po drodze robi zakupy w markecie, w którym – jak wyliczono – poziom hałasu sięga nawet ponad 70 decybeli. Zaraz po przekroczeniu progu mieszkania włącza telewizor. A wieczorem zasypia przy dźwiękach miasta dobiegających zza szyb. Czy układ nerwowy takiego człowieka ma czas na regenerację? Co dzieje się, gdy takich dni w roku bez grama ciszy są setki?
Asia Wojsiat: To w gruncie rzeczy model życia, który dotyczy większości z nas.
Przyzwyczailiśmy się do stałego pobudzenia i przestaliśmy odróżniać nadmiar bodźców – poznawczych, komunikacyjnych, informacyjnych – od klasycznie rozumianego hałasu, który kojarzy nam się z głośną muzyką, wierceniem czy młotem pneumatycznym.
I oczywiście taki intensywny hałas wiąże się z konkretnymi konsekwencjami zdrowotnymi, jednak równie obciążające jest ciągłe przebodźcowanie, mnogość dźwięków, świateł, informacji i interakcji, które nieustannie do nas docierają. Badania pokazują, że przewlekły hałas – zarówno środowiskowy, jak i wynikający z nadmiaru bodźców cyfrowych – wiąże się m.in. ze wzrostem zaburzeń lękowych, problemów z koncentracją, poczucia chaosu myślowego i innymi zaburzeniami psychicznymi.
Z jednej strony żyjemy w miejskim zgiełku, z drugiej jesteśmy nieustannie podłączeni do telefonu. Słuchamy podcastów, muzyki, audiobooków, prowadzimy rozmowy telefoniczne. Znajdujemy się w stanie ciągłej stymulacji.
Szacuje się, że każdego dnia przyswajamy ponad 70 gigabajtów danych. Te informacje nie znikają w próżni – mózg musi je przetworzyć, posegregować, ocenić pod kątem bezpieczeństwa, nadać im znaczenie. To ogromna praca, która odbywa się właściwie non stop.
W efekcie coraz rzadziej doświadczamy prawdziwej ciszy, rozumianej jako realna redukcja bodźców. A analizy dotyczące zdrowia i długowieczności pokazują, że mieszkańcy dużych aglomeracji miejskich żyją średnio nawet 10 lat krócej niż osoby mające na co dzień możliwość „dekompresji” układu nerwowego. To oczywiście wypadkowa wielu czynników, ale jednym z nich jest przewlekły hałas miejski, szum komunikacyjny, odgłosy ruchu ulicznego, dźwięki o wysokiej częstotliwości i nagłe, intensywne bodźce, jak choćby sygnał przejeżdżającej karetki, klakson, powiadomienie w telefonie. Te ostatnie wprowadzają nas błyskawicznie w stan gotowości, przypominający reakcję „walcz albo uciekaj”.
Głośne, nagłe i niespodziewane dźwięki mają tę „zaletę”, że trudno je zignorować i na dłuższą metę znieść, robimy więc wszystko, aby jak najszybciej je zneutralizować, wyłączyć lub uciec od ich źródła.
Ale żyjąc w mieście, jesteśmy stale zanurzeni w jakimś tle dźwiękowym, z którego nawet nie zdajemy sobie sprawy. Przez jakiś czas mieszkałam we Wrocławiu dość blisko autostrady, mimo to wydawało mi się, że w mieszkaniu jest względnie cicho. Kiedy jednak odwiedzili nas znajomi mieszkający na co dzień w Górach Sowich, byli zaskoczeni, że można żyć w takim stałym „białym szumie”. Tymczasem ja przestałam go zauważać, uznałam za normę.
Ale czy to, że przestajemy świadomie rejestrować otaczające nas odgłosy, oznacza, że nasz mózg też się do nich adaptuje?
Z perspektywy neuronauki hałas jest ściśle powiązany ze stresem i aktywacją osi podwzgórze–przysadka–nadnercza. Przewlekły – nawet ten pozornie nienarzucający się – działa jak stan zapalny o niskim nasileniu. Jest jak tlący się płomień, kropla drążąca skałę, nie wywołuje gwałtownej reakcji, ale dzień po dniu rozregulowuje organizm: podnosi ciśnienie krwi, zaburza pracę serca, powoduje bezsenność, wpływa na gospodarkę metaboliczną, w tym insulinowrażliwość i parametry związane z cukrzycą, osłabia zdolność racjonalnego myślenia, zwiększa naszą drażliwość i pogarsza koncentrację. Trudno więc mówić o zdrowej adaptacji.
Przyzwyczajamy się do nieustannego towarzystwa przeróżnych dźwięków, bo nasz mózg i organizm nie mają innego wyjścia, gdy są na takie bodźce nieustannie wystawione. Podobnie jest ze stresem i kortyzolem. Same w sobie nie są złe, bez nich nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.
Problemem jest natomiast chroniczna ekspozycja, to ona prowadzi do reakcji dezadaptacyjnych. Z hałasem dzieje się dokładnie to samo. Nasz mózg reaguje na warunki, które tworzy styl życia, ale tak naprawdę pragnie spokoju, ciszy i regulacji.
Niektórzy twierdzą, że są „zwierzętami miejskimi”, że ten nieustanny gwar ich napędza, że bez tego nie byliby w stanie zasnąć.
Rozumiem to, ponieważ paradoksalnie to, co nas męczy, jednocześnie nas uzależnia. Brak stymulacji, ciągłych bodźców, staje się niewygodny, wręcz nieprzyjemny. Trudno wytrwać w ciszy i skupieniu, ale kluczem do koncentracji, wejścia w stan flow i pogłębionej uwagi jest przejście przez ten moment dyskomfortu – przez chwilę, w której nic się nie dzieje, nie ma dodatkowych bodźców. Dopiero wtedy uczymy się, że nie musimy nieustannie się rozpraszać. Warto przejść przez ten kryzys, bo choć bez wątpienia niektóre układy nerwowe lepiej się adaptują do dużego nasilenia dźwięków i część osób ma skuteczne strategie regeneracji, to metaanalizy są jednoznaczne: jeśli nie dajemy sobie przestrzeni na wyciszenie, kontakt z naturą czy praktyki kontemplacyjne, prędzej czy później organizm upomni się o spłatę długu.
Lubię powtarzać, że mamy neolityczny umysł, średniowieczne instytucje i boskie technologie. Rozwój cywilizacyjny przyspieszył dramatycznie, ale ewolucja biologiczna nie nadąża za tempem tych zmian. Mentalnie wciąż jesteśmy częścią świata przyrody, a nie technologii.
Mamy coraz więcej dowodów naukowych na to, jak silnie regenerująco działa kontakt z naturą. Fenomenalne badanie opublikowane w „Scientific Reports”, liczącym się czasopiśmie naukowym, pokazuje, że 30 minut spaceru w zielonej przestrzeni, wśród drzew i dźwięków ptaków przynosi znacznie lepsze efekty niż spacer ruchliwą arterią miasta. Naturalne, harmonijne i powtarzalne dźwięki obniżają poziom ruminacji u osób lękowych. W otoczeniu przyrody spada wydatek energetyczny mózgu, bo nie musi on nieustannie analizować i filtrować nadmiaru informacji, wreszcie może zwolnić.
Żyjąc w mieście, w tygodniu raczej trudno znaleźć czas na kontakt z przyrodą, bo zazwyczaj trzeba do niej gdzieś dojechać. Czy słuchanie dźwięków natury z głośników daje taki sam efekt, jak pobyt w lesie czy na łące?
Nie, ponieważ mózg nie tylko rejestruje fale akustyczne, ale też dopowiada do nich narrację.
To, czy dany dźwięk odbieramy jako uspokajający, zależy w dużej mierze od kontekstu. Możemy mieć identyczny parametr akustyczny, ale jednak interpretacja poznawcza jest różna. Gdyby tak nie było, szum autostrady działałaby na nasz mózg tak samo kojąco jak szum morza.
Jeśli wiemy, że szumi ocean, a nie maszyna budowlana, angażują się także inne zmysły i powstają skojarzenia – bryza, zapach powietrza, widok horyzontu. To całe sensoryczne „opakowanie” wpływa na regulację układu nerwowego. Można powiedzieć, że człowiek reaguje nie tylko na bodziec, ale też na jego znaczenie. Dźwięki przyrody puszczane z głośnika nie mają szansy zadziałać tak, jak czas spędzony w naturze, również dlatego, że ważna jest jakość, harmonia i proporcja bodźców, a natura dawkuje nam to wszystko w sposób subtelny i zrównoważony. Poza tym w wyciszeniu nie chodzi o to, by odgłosy miasta tłumić innymi sztucznymi dźwiękami. To nie ma nic wspólnego z dekompresją układu nerwowego, która zachodzi na przykład wtedy, gdy stajemy na leśnej polanie i słyszymy obezwładniającą próżnię ciszy.
Dla wielu osób nie jest to jednak komfortowe doświadczenie.
Kiedy znajomi z Warszawy przyjeżdżają w Beskid Niski, gdzie mieszkam, mówią, że cisza dzwoni im w uszach. Często mówimy o życiu blisko przyrody jako o czymś bezwarunkowo uspokajającym.
Kąpiele leśne, fraktalne wzory liści, śpiew ptaków – to rzeczywiście działa, ale historycznie i ewolucyjnie relacja człowieka z naturą była ambiwalentna. Przyroda od zarania dziejów była zarówno źródłem ukojenia, jak i zagrożenia. Dlatego cisza czy dźwięki natury nie zawsze oznaczają automatyczne poczucie bezpieczeństwa – czasem mogą wywołać niepokój.
Odgłosy huraganu, łamiących się drzew czy wzburzonego morza uruchamiają w nas czujność, a nie wyciszenie. Ale wielu ludzi źle znosi ciszę również we własnych bezpiecznych czterech ścianach, bo brak bodźców i powiadomień uruchamia w nas głos wewnętrznego krytyka: „Nic nie robisz, nie działasz, tracisz czas”. Pojawia się presja, by sprawdzić maile, odpisać natychmiast, być stale dostępnym, bo jeśli nie reaguję od razu, to znaczy, że jestem niezaangażowana, nierzetelna, niemiła… A do tego dochodzi komponent neurobiologiczny, czyli uzależnienie od bodźców i dopaminowych „mikrostrzałów”, które daje każda nowa informacja.
Dlatego prawdziwym luksusem naszych czasów jest umiejętność powiedzenia sobie: „Nie muszę być cały czas aktywna”.
Lęk przed ciszą to współcześnie w dużej mierze kwestia emocjonalna i kulturowa, ale dla naszego mózgu wytrwanie w tym stanie również jest wymagające, bo kiedy nie jesteśmy zajęci analizowaniem bodźców zewnętrznych – nie czytamy, nie słuchamy, nie scrollujemy – aktywuje się sieć stanu podstawowego (default mode network, DMN). To system odpowiedzialny m.in. za narrację autobiograficzną, refleksję, analizę własnych doświadczeń, wyobrażenia przyszłości. Dzięki aktywacji sieci DMN możemy coś przemyśleć, nadać znaczenie wydarzeniom, wyjść poza czysto reaktywne funkcjonowanie, lepiej poznać siebie – co wielu przebodźcowanym osobom, odciętym na co dzień od swoich potrzeb, jest bardzo potrzebne. Ale jest też druga strona medalu, bo nadmierna aktywność tej sieci wiąże się z ruminacją, lękiem czy depresją.
U osób w silnym kryzysie psychicznym właśnie takie zbyt intensywne bycie ze sobą może pogłębiać cierpienie. Terapie psychodeliczne z użyciem psylocybiny pokazują, że czasowe wyciszenie DMN może przynosić ulgę osobom z ciężką depresją. Cisza bywa trudna. Gdy milkną bodźce, zaczynamy słyszeć własne myśli, czujemy emocje, które wcześniej zagłuszaliśmy aktywnością, serialem, książką czy nieustanną zajętością. Kontakt z wewnętrznym światem może być wyzwalający, ale bywa też konfrontujący. Doświadczenie odosobnień medytacyjnych doskonale to pokazuje. Kilka dni w milczeniu, skupienie na oddechu, wykonywanie prostych czynności w uważności – dla wielu osób okazuje się ogromnie trudne, bo nagle nie ma dokąd uciec. Zostajesz ze sobą.
Pierwsze ataki paniki, jakich doświadczyłam, pojawiały się zawsze, kiedy usypiałam syna. Po intensywnym dniu przychodziło wreszcie upragnione wyciszenie, leżałam obok wymarzonego dziecka, było ciepło, przyjemnie, cicho, a tymczasem moje serce zaczynało łomotać. Długo nie rozumiałam, co się ze mną dzieje.
Tak właśnie działa ten mechanizm. Odcięcie się od bodźców zewnętrznych i wsłuchiwanie w uderzenia własnego serca, szum płynącej krwi czy rytm oddechu nie dla każdego jest wskazane. U osób z nasilonym lękiem, tendencją do ruminacji czy w stanach psychotycznych głęboka, „pusta” cisza – jak na przykład w niektórych formach medytacji typu vipassana – może nasilać objawy. W takich przypadkach bezpieczniejsze bywają praktyki z ukierunkowaniem uwagi: mantra, liczenie oddechów, delikatny dźwięk w tle. Osoby neuroatypowe, na przykład z ADHD, również lepiej funkcjonują przy subtelnym, powtarzalnym bodźcu, jak biały szum czy odgłosy natury, bo cisza może wywoływać u nich totalną lawinę myśli. Cisza jest ważna i potrzebna, ale trzeba mówić też o tym, że powinna być dopasowana do naszego stanu psychofizycznego, ponieważ może być również dezintegrująca.
Trudna jest również cisza w relacjach. Gdy zapada milczenie, pojawia się napięcie i pytanie: „Czy wszystko w porządku?”.
Znam to doskonale! A przecież prawdziwa bliskość często objawia się właśnie tym, że możemy razem milczeć – jechać kilka godzin samochodem, siedzieć przy stole, spacerować – i nie czuć przymusu mówienia.
To szczególny rodzaj wolności: być z kimś i nie potrzebować nieustannie zagłuszać ciszy. W świecie, który premiuje hałas, szybkość i ciągłą wymianę informacji, umiejętność wspólnego milczenia staje się nowym luksusem.
Uczę się tego, mieszkając w Górach Sowich. Jeden z naszych sąsiadów potrafi przyjść do nas, kiedy jesteśmy zajęci, usiąść na tarasie z kawą i po prostu patrzeć w przestrzeń. Nawet kiedy mam wolną chwilę i go zagaduję, jest bardzo oszczędny w słowach. Coraz częściej obcuję tu z ludźmi, którzy mniej mówią, za to są bardziej obecni. Jednak żyjąc w mieście, jesteśmy tak przyzwyczajeni do funkcjonowania w trybie „startowym”, w wiecznej gotowości do walki i ucieczki, że kiedy nagle zapada cisza, coś w nas zaczyna się niepokoić. Może być całkiem bezpiecznie i przyjemnie, a jednak w głowie uruchamia się narracja, lista zadań do wykonania, analizowanie.
Nie chcę utrwalać stereotypów, ale wydaje mi się, że mężczyznom przyjęcie ciszy w relacji przychodzi łatwiej. Wiele razy zdarzało mi się pytać partnera czy przyjaciela, o czym myśli. I odpowiedź „o niczym” długo autentycznie mnie zadziwiała. Jak to: o niczym?! Przecież zawsze jest coś do zaplanowania, do przeanalizowania, do zrobienia.
Uczę się tego coraz bardziej, że bycie ze sobą nie musi oznaczać ciągłego mentalnego przetwarzania rzeczywistości, że mamy prawo do nicnierobienia, rozumianego nie jako lenistwo czy prokrastynacja, ale jako świadome bycie. Leżenie na trawie i patrzenie w chmury. Weekend bez harmonogramu działania – jakie to bywa zaskakująco trudne! Tym bardziej że nawet plany relaksacyjne wciąż są planami. A co, jeśli ten weekend odbędzie się bez scenariusza? Taka wizja kiedyś wywoływała we mnie napięcie, ale gdy odpuściliśmy i każdy zajął się po prostu sobą, pojawiła się inna jakość – cicha, niespektakularna, ale głęboka. Nagle okazało się, że minęła połowa dnia, a my nawet nie zdążyliśmy pomyśleć o obiedzie. Nie dlatego, że byliśmy zajęci, ale dlatego, że nie było w tle presji. W ciszy zaczynamy znowu słyszeć sygnały z ciała: czy jestem głodna, spragniona, czego naprawdę potrzebuję. W gwarze codzienności często to gubimy. I choć wydaje nam się, że dynamika współczesnego życia nas napędza, paradoksalnie to właśnie brak – planu, hałasu, ciągłego działania – może nas ożywiać, o czym pięknie pisze Michael Easter w książce „Moc dyskomfortu”.
Cisza w magiczny sposób konfrontuje nas też często ze zmęczeniem. W mieście działamy na pełnych obrotach, wyjeżdżamy nad jezioro i nagle czujemy się totalnie bez sił. Znasz ten stan?
Myślę, że wiele osób zna go doskonale. Kiedy wyłączasz automatyzmy i przestajesz funkcjonować wyłącznie w trybie przetrwania, organizm, który przez długi czas działał w kortyzolowej mobilizacji, pchał cię do działania, utrzymywał w napięciu, nagle dostaje sygnał: „Już nie musisz”. I wtedy pokazuje prawdę, czyli to, jak bardzo jesteś zmęczona. To zjawisko dobrze widać u osób żyjących w chronicznym stresie.
Czekają na urlop miesiącami, wreszcie wyjeżdżają, poziom kortyzolu spada… i nagle pojawia się choroba. Opryszczka, infekcja, ciało jak z waty. Organizm wychodzi z trybu ciągłej aktywacji i dopiero wtedy ujawnia realne koszty przeciążenia.
To nie wakacje nas rozłożyły – to ciało wreszcie mogło sobie pozwolić na odpuszczenie. Kojarzy mi się to z ograniczaniem soli w diecie. Jeśli przez lata jemy bardzo słono, nasze kubki smakowe się adaptują. Dopiero gdy stopniowo zmniejszamy ilość soli i zaczynamy używać ziół, odkrywamy, jak bardzo wcześniej wszystko było przesolone. Z ciszą i regulacją jest tak samo. Kiedy zaczynamy redukować bodźce, zwalniać, nagle widzimy, w jakim automatyzmie funkcjonowaliśmy, jak bardzo byliśmy przyzwyczajeni do napięcia, do zagłuszania zmęczenia, emocji, sygnałów z ciała.
W powiedzeniu „cisza przed burzą” to pierwszy człon brzmiał dla mnie bardziej niepokojąco niż drugi. Ta cisza jest jak groźba.
Cisza rzadko bywa w naszej narracji neutralna – albo oznacza stagnację, albo zwiastuje katastrofę, kojarzy nam się z nudą, z wygasłą relacją, z czymś niepokojącym – właśnie jak ta „cisza przed burzą”, po której zaraz ma nastąpić coś gwałtownego. Nawet burza wydaje się mniej groźna, bo może symbolizować oczyszczenie, a poza tym kojarzy się z intensywnością, do której współcześnie jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni, że spokój zaczyna wydawać się podejrzany. Ciągle czekamy na nowy bodziec, nową informację, nowy zwrot akcji. Nie potrafimy uznać, że może być „wystarczająco”, że życie nie musi być spektakularne, żeby było pełne, jak pisze dr Ryszard Kulik w książce „Wystarczająco dobre życie”.
Jeśli jest cicho i spokojnie, to nie znaczy, że zaraz coś wybuchnie. Być może zwyczajnie znajdujemy się w stanie równowagi.
Sama łapię się na tym, że kiedy wszystko idzie dobrze, myślę: „Zaraz coś się wydarzy”. Kiedy wydałam pierwszą książkę i pojawiło się dużo dobrych komentarzy, podświadomie czekałam na hejt. Jakby spokój był nienaturalny, jakby trzeba było się przygotować na cios. To nastawienie sprawia, że trudno nam naprawdę doświadczyć momentu, w którym nic się nie dzieje. A przecież właśnie w tym „nic” może kryć się ogromna jakość. Opowiada o tym Henry David Thoreau w książce „Walden, czyli życie w lesie”, w której opisuje swoje życie nad stawem w Massachusetts, gdzie centralnym doświadczeniem jest… bycie. Patrzenie na wodę, ptaki, zmieniające się pory roku. Akcja dzieje się w XIX wieku i Thoreau już wtedy pisał o nadmiarze, o pośpiechu, o przebodźcowaniu. A mówimy o czasach, które z naszej perspektywy wydają się niemal ascetyczne. U mnie lektura tej książki zbiegła się z przeprowadzką na wieś i była przełomowa. Uświadomiła mi, że mogę usiąść nad stawem, w lesie czy w parku i po prostu być. To nie jest nuda. To zmiana paradygmatu z „Nic się nie dzieje, coś jest nie tak” na „Nic się nie dzieje i to jest w porządku”.
To, jak trudno zaakceptować nam bezruch i ciszę, doskonale widać w kulturze wizualnej. Współczesny film czy bajka co kilka sekund fundują nam zwrot akcji, by utrzymać uwagę odbiorcy. Dawne produkcje Disneya miały zupełnie inne tempo niż współczesne animacje, ale w czasach smartfonów, kiedy na ekranie przez chwilę „za mało się dzieje”, uznajemy to za nudne.
Dlatego razem z moim partnerem stworzyliśmy na YouTubie kanał The Long Take, gdzie publikujemy godzinne czy dwugodzinne, niemontowane ujęcia: śnieg padający na sosny, falującą wodę, palący się kominek. Możesz zajrzeć i w ramach eksperymentu sprawdzić, jak długo uda ci się wytrwać i utrzymać zainteresowanie tym, co widzisz.
Tylko jak się z tą ciszą oswoić?
Co ważne, cisza nie musi oznaczać siedzenia nieruchomo w pustym pokoju. Dla mnie stała się praktyką osadzoną w codzienności. Mieszkając na wsi, wypracowałam sobie rytuał samotnych spacerów – bez podcastu, bez muzyki, bez rozmów. Jeśli dla kogoś siedzenie w domu w ciszy jest zbyt trudne, można zacząć od małych kroków: przejazd samochodem bez radia, spacer bez słuchawek. Stopniowe oswajanie układu nerwowego z tym, że brak dodatkowych bodźców nie oznacza zagrożenia.
Nasz organizm nie powie wprost: „Daj mi ciszę”, bo reaguje na to, co mu serwujemy, przyzwyczaja się do stymulacji, ale badania jasno pokazują, że potrzebujemy także przestrzeni na jej brak.
To nie znaczy, że nagle wszyscy musimy wyprowadzić się na wieś, zaszyć gdzieś w głuszy, wystarczy, że w swoim napiętym kalendarzu, znajdziemy czas na ciszę, na to, by pojechać do najbliższego lasu, spotkać się z naturą, żeby wyłączyć telefon i inne rozpraszacze i po prostu pobyć w próżni. Jeśli dla kogoś to nieproduktywne, niech pomyśli, że w ten sposób zwiększa swoją kreatywność, poprawia jakość myślenia i skupienia, dzięki czemu po takim resecie będzie mógł pracować wydajniej. Każdy argument jest dobry, by na moment oderwać się od wszechobecnego szumu.
Wydaje mi się, że z wiekiem bardziej potrzebuję ciszy.
Im jesteśmy starsi, tym nasz układ uwagi bywa bardziej przemęczony. Nadmiar bodźców szybciej nas drażni, rośnie też wrażliwość sensoryczna, przez co silniej reagujemy na hałas niż wtedy, gdy mieliśmy dwadzieścia kilka lat. To oczywiście nie znaczy, że nagle przestajemy lubić intensywne doświadczenia. Sama wciąż uwielbiam techno, wywodzę się z klimatu hardcore punk i nadal chętnie słucham tej muzyki. Ale zdecydowanie gorzej reaguję na niekontrolowany miejski gwar, który bardziej mnie męczy niż kiedyś. Wiek ma więc znaczenie, ale to nie znaczy, że młodzi nie potrzebują ciszy, bo powinni być w ciągłym ruchu i stymulacji. Odpowiednio dobrana cisza jest potrzebna każdemu, niezależnie od metryki.
dr Asia Wojsiat, biolożka molekularna, neurobiolożka (neurochemiczka) PAN. Edukatorka, popularyzatorka nauki, wykładowczyni akademicka. Autorka podcastu „Wojsiat ogólnie” w Newonce oraz solo projektu „Umyślnie”. Kocha przebywanie w naturze, jazdę rowerem szosowym, długie spacery, książki, muzykę i dobre filmy. Związana z buddyzmem zen.