1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.
 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czego boją się mężczyźni?

- „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia - mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia - mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Mężczyźni boją się jak ognia słowa „porażka”. – Nie mam pracy, sukcesu, więc mnie nie ma, jakbym został przekreślony... – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Świat, w którym żyjemy, przesycony jest lękiem. Media i Internet 24 godziny na dobę donoszą nam o globalnych zagrożeniach. Czy mężczyźni obawiają się tych zagrożeń? W jaki sposób lęki wpływają na ich kondycję psychiczną?
Męskie lęki skoncentrowane są częściej wokół przetrwania własnego i rodziny niż wokół globalnych wyzwań.

Podobno mężczyźnie można odebrać wszystko poza pracą. Bez pracy łamie się i zanika.
Gdy traci relację z kobietą, przeżywa smutek, żal, złość, ale nie spotkałem się z tym, aby czuł lęk. Co innego, gdy chodzi o pracę. Utrata zatrudnienia uruchamia lawinę lęków o przetrwanie rodziny. To godzi w poczucie tożsamości i wartości: „A więc nie sprawdziłem się, teraz będzie już coraz gorzej”. „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia. Porażka jest etykietką, którą przylepia się temu, co się wydarza.

A więc męski lęk to głównie lęk przed porażką?
Tak. Nie mam pracy, sukcesu, więc mnie nie ma, jakbym został przekreślony. To też lęk przed depresją. Jednak doświadczają go również mężczyźni, którzy mają pracę. Wystarczy, że rozejrzą się dookoła: kolega został zwolniony, innego zredukowali z całym działem, bo w firmie wprowadzono restrukturyzację, jeszcze inny musiał odejść, bo przyszedł nowy szef i zatrudnił swoich ludzi. „Czy zachodnia firma, w której pracuję, nie wycofa się z polskiego rynku?”; „Czy nie nastąpi załamanie koniunktury?”. Rodzi się lęk o przyszłość: „Co będzie, jeśli stracę pracę i nie znajdę innej?”. To są lęki mężczyzn stosunkowo młodych: 35-, 40-letnich, ponieważ oni wiedzą, że korporacje poszukują na ogół pracowników do trzydziestki. Uruchamia się lęk związany z upływem lat, starzeniem się, utratą atrakcyjności. I mężczyzna nieświadomie zaczyna stosować strategię pesymisty.

Czyli rozważa najgorsze opcje rozwoju sytuacji?
Pyta siebie: „Co będzie, jeśli…? Jeśli stracę pracę? Jeśli zachoruję? Jeśli dzieci przestaną chodzić do prywatnej szkoły? Jeśli nie będę mógł spłacać kredytu? A jeśli moja partnerka straci pracę?”. To fatalna strategia, ponieważ sprawia, że nieświadomie zaczynamy szukać odpowiedzi, a więc wyobrażamy sobie najgorsze scenariusze wydarzeń. Tworzymy wirtualną rzeczywistość. Wyświetlamy w głowie horrory. To oczywiste, że ktoś, kto ogląda horrory, boi się i reaguje lękowo. To, czy mężczyzna będzie odczuwał lęk, zależy od sposobu, w jaki myśli, ponieważ lęk jest naturalną konsekwencją myśli i wyobrażeń. Napina ciało. Niektórzy są w tym dosyć uporczywi, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że tworzą fikcję. Upierają się, że przecież myślą i mówią o realiach, że tak wygląda rzeczywistość. A tak wygląda jedynie rzeczywistość w ich głowie. Przywołują przypadki kolegów, którzy marnie skończyli, i hipnotyzują się ich historiami.

Porozmawiajmy więc o strategii optymisty.
Wystarczy być realistą. Realista pyta: „Co mogę, co mógłbym zrobić, aby w najlepszy sposób zabezpieczyć siebie i rodzinę, nawet gdy wydarzy się coś nieoczekiwanego?”. Tego typu pytania odnoszą się do spraw, które leżą w zasięgu naszego wpływu i możliwości. „Co mógłbym zrobić, gdybym tu nie pracował?”. Jeżeli nie zadajemy sobie takich pytań, łatwo zapominamy o swoim doświadczeniu i kompetencjach. Na przykład starsi mężczyźni mogą stawać się mentorami, coachami dla młodych pracowników. Mogą być konsultantami, doradcami, szkoleniowcami.

Jak uruchomić wiarę w swój twórczy potencjał?
Mózg przez całe życie zachowuje neuroplastyczność, to znaczy ciągle tworzy nowe połączenia neurologiczne. Jednak musimy go pobudzać poprzez wyobraźnię, przywoływanie pomysłów, rozwiązań, które nie mieszczą się w schematach. Najbardziej twórcze pytanie, które możemy sobie zadać, to: „Co zrobiłbym, gdybym przestał liczyć się z czymkolwiek i pozwolił sobie na najbardziej szalone rozwiązanie?”. To jest wysadzenie siebie ze starych kolein myślenia i działania.

Wtedy te wszystkie głosy lękowe – nie poradzisz sobie, to już koniec, jesteś nikim, młodzi mają ciężko, a co dopiero ty – uciszają się?
Te głosy to nasz wewnętrzny dialog. Głos wewnętrznego krytyka, który przekreśla, odrzuca, ocenia, na różne sposoby pomniejsza nasze możliwości, może być bardzo demotywujący. Może sparaliżować działanie. To jest najgorsze, co może się wydarzyć. Jednak to my sami jesteśmy autorami wszystkich wewnętrznych dialogów. Możemy je więc zmienić. Zmienić strukturę, nie tylko treść. Nie wystarczy zamienić dialogów negatywnych na pozytywne: „Są firmy, które zatrudniają starszych, rynek jest wielki itd.”. To nie znaczy, że takie afirmacje nie mają sensu, jednak łatwo napotykają nieświadomy opór, ponieważ mogą wydawać się nielogiczne i sprzeczne z tym, co widzimy w świecie. Pytania, które zmieniają strukturę myślenia, to właśnie te odwołujące się do twórczego działania: „Co mogę zrobić? Od czego mogę zacząć?”.

A jeśli odpowiedź brzmi: „Nie wiem”?
Na razie nie wiem. Możemy pytać dalej: „Co mogę zrobić, żeby się dowiedzieć? Z jakich źródeł wsparcia, informacji mogę skorzystać? Jakich umiejętności mogę użyć? Gdzie szukać pomysłów? Do kogo mogę się zwrócić? Jakie środowisko mogłoby być dla mnie pomocne? Czego do tej pory nie próbowałem, a mógłbym?”. Takie pytania otwierają, zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak wiele zależy od nas. A to przestraja na zupełnie inny styl myślenia i natychmiast poprawia stan wewnętrzny. Jest także zaporą dla lęku. Jeśli nawet lęk się pojawia, jest dużo bardziej oswojony i kontrolowany.

Jak długo może trwać oswajanie lęku?
Mężczyźni są bardzo konkretni, więc pytania realisty do nich przemawiają; realista zajmuje się konkretami, czynnościami operacyjnymi, działaniem, organizowaniem. Skupia uwagę na tym, jakich środków użyć, jak wykorzystać możliwości. To mężczyznom pasuje. Czasem wystarczy jedna, dwie, góra trzy sesje z coachem, aby uruchomić w sobie realistę. Mężczyźni mówili mi, że nigdy nie myśleli w taki sposób, że potrzebowali impulsu, uświadomienia, jak skutecznie stosowali strategię pesymisty, a tym samym kreowali lęk. Gdy przestawili myślenie, szybko wchodzili w nowy tryb, zaczynali sprawdzać nowe możliwości.

Miałem klienta, który został zwolniony z pracy w korporacji. Był pogrążony w lęku o przetrwanie rodziny do czasu, gdy zaczął pytać siebie o możliwości konkretnych rozwiązań. „Przypomniał” sobie, że przecież jego ojciec ma bardzo dobrze prosperujące przedsiębiorstwo i chętnie zatrudni syna. Był ogromnie zdziwiony, że wcześniej na to nie wpadł!

Lęk uruchamia się bardzo szybko i często zupełnie niespodziewanie…
To jest nawykowy lęk przed zagrożeniem. Jeden z moich klientów został wybrany przez pracodawcę do sesji coachingowych. Ten 60-letni mężczyzna cały czas pytał siebie, czy coś z nim nie tak, skoro firma go wytypowała. Był niemal sparaliżowany lękiem, który sam tworzył poprzez własne fantazje, wyobrażanie sobie najgorszego. Okazało się, że pracodawca zafundował mu sesje, ponieważ miał wobec niego plany awansu i rozwoju. To pokazuje, jak łatwo uruchamia się lęk przed zagrożeniem, które nie istnieje.

Ten lęk mężczyźni dojmująco odczuwają w ciele. Może na początek mogliby się po prostu odprężyć?
Jednak to myśli spinają ciało. Mechanizmy neurobiologiczne powstawania lęku są już dobrze rozpoznane przez naukowców. Większość z nas, niestety, nie zdaje sobie z nich sprawy. Myśli i obrazy, które tworzymy w głowie, nasze nastawienie, oczekiwanie w stosunku do przyszłości – wszystko to działa na neurobiologię. Wydzielają się hormony, neuropeptydy, które rozprowadzają informacje po całym ciele. Komórki ciała poprzez receptory odczytują informacje. I mówimy: „Gdy tylko o tym pomyślę, aż mnie ściska w żołądku”; „Serce mi pęka”; „Coś mi zalega na wątrobie”. Te metafory precyzyjnie opisują konkretne reakcje w ciele. Gdy pytamy siebie, co najlepszego mogę dla siebie zrobić, ciało reaguje rozluźnieniem.

Wydaje się jednak, że całkowicie od lęku nie uciekniemy, bo to nasze pierwotne wyposażenie.
Dzięki lękowi przetrwaliśmy jako gatunek. Neurobiolodzy zwracają uwagę, że współcześnie cierpimy na nadmiar lęku nawykowego, który jest spuścizną po przodkach żyjących w jaskiniach. Tam zagrożenia czyhały co krok. Dzisiaj nie grozi nam rozszarpanie przez tygrysa szablozębnego. Warunki, w których żyjemy, można uznać za luksusowe pod każdym względem. A jednak nawykowy lęk o przetrwanie uruchamia się z byle powodu.

Możemy go oswajać, zmniejszać albo działać mimo lęku?
Neurobiolodzy sugerują, że najwyższy czas dostosować możliwości naszego systemu nerwowego do tych luksusowych warunków, które mamy. Możemy – jak sugerują – trenować mózg, tworzyć nowe połączenia między komórkami nerwowymi, wyrabiać nowe nawyki poprzez uruchamianie konstruktywnego, twórczego myślenia, podejmowanie nowych wyzwań, naukę nowych umiejętności. Ale przede wszystkim poprzez koncentrowanie się na tym, co dobre, budujące, wspaniałe, inspirujące. Gdy konsekwentnie praktykujemy docenianie nawet drobnych pozytywnych zdarzeń, miłych spotkań, chwil radości, wtedy stopniowo mózg przestawia się na inny tryb postrzegania i zaczyna automatycznie wybierać z otaczającej rzeczywistości właś­nie to, co ma charakter pozytywny. Ta praktyka jest bardzo ważna właśnie dlatego, że ewolucyjnie mózg rozwinął się tak, aby wychwytywać to, co zagrażające. Szkoda mu czasu na zatrzymywanie się przy sprawach pozytywnych, ponieważ nie mają znaczenia z punktu widzenia przetrwania. Na szczęście mamy wybór. Neuroplastyczność mózgu to potężny sprzymierzeniec w eliminowaniu nawykowego lęku. Dobrze to wiedzieć.

  1. Psychologia

Borderline – osobowość chwiejna emocjonalnie

Ważne jest, aby osoba z borderline znała swoje wyzwalacze. Na przykład słysząc muzykę, przy której została porzucona, może wpaść w depresję czy mieć myśli samobójcze. Terapia jest nauką radzenia sobie z wyzwalaczami w zdrowy sposób. (Fot. iStock)
Ważne jest, aby osoba z borderline znała swoje wyzwalacze. Na przykład słysząc muzykę, przy której została porzucona, może wpaść w depresję czy mieć myśli samobójcze. Terapia jest nauką radzenia sobie z wyzwalaczami w zdrowy sposób. (Fot. iStock)
Osobowość chwiejna emocjonalnie – czyli borderline. Brzmi jak określenie na typową huśtawkę nastrojów. Psychoterapeutka Monika Kotlarek przestrzega jednak przed trywializowaniem. Osoby cierpiące na to zaburzenie zmagają się nie tylko ze sobą, ale i z niezrozumieniem. Jak mogą sobie pomóc? Jak pomóc im?

W przestrzeni publicznej regularnie powraca moda, by nazywać jakieś zachowania schizofrenicznymi, spadki nastroju – depresjami, a emocjonalny sposób reagowania – pojęciem „borderline”.
I jest to niezwykle krzywdzące dla cierpiących i chorych. W ten sposób umniejsza się ich problemy i zniechęca do tego, by pochylić się nad zaburzeniem lub chorobą. Każdy czasami kłóci się zaciekle, miewa różne nastroje – jednak nie wystarczy w furii rzucić talerzem, by zdiagnozowano u nas zaburzenie osobowości. Wszyscy bywamy chwiejni emocjonalnie, ale u osób z zaburzeniem jest to ekstremalne, nastrój potrafi zmienić się z minuty na minutę. Zaburzenie utrudnia życia, niekiedy uniemożliwia chodzenie do pracy czy utrzymywanie relacji z bliskimi, a nawet partnerskich. Często towarzyszą temu myśli i próby samobójcze. Najlepiej zamiast samemu stawiać diagnozy, iść do psychiatry lub innego specjalisty od zdrowia psychicznego.

Jak pani definiuje „borderline”?
Jako zaburzenie osobowości balansujące na granicy problemów i radzenia sobie z nimi. Najbardziej gwałtowny obszar dotyczy emocji. Co ważne, to nie jest choroba, nie jesteśmy w stanie poradzić sobie lekami. Borderline to nasza osobowość – zaburzona, ale wciąż osobowość.

W książce „Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią” napisała pani, że dobra terapia może poprawić jakość życia, ale samo zaburzenie pozostanie na zawsze. Dlaczego? Przecież osobowość ulega wpływom i się zmienia.
Osoba z borderline w trakcie terapii może nauczyć się nowych sposobów funkcjonowania i potem wieść satysfakcjonujące życie. Odpowiednie wsparcie, dbanie o ciało i emocje, dietę, zarządzanie sobą – pomaga pracować oraz utrzymywać związki. Jednak borderline pozostaje. Co nie oznacza, że będzie w takim samym natężeniu i tak samo problematyczne. Zaburzenia osobowości często są wynikiem traumy, dewastujących doświadczeń – niektórzy przeżywają zespół stresu pourazowego, inni doświadczają zmiany, a zatem zaburzenia osobowości. Takie osoby żyją w reakcji na to, co je spotkało, niosą ze sobą dawne cierpienie i jeśli nie przepracują tych wydarzeń, mogą pozostać nimi do końca zniewolone.

Jakie są możliwe przyczyny powstania borderline?
To może być szereg przyczyn sytuacyjnych, wspomniałam już o traumach, ale też biologicznych, genetycznych. Jeśli w rodzinie występowało to zaburzenie lub inne problemy psychiczne, ryzyko wystąpienia rośnie.

Czy różnice między zdrową a zaburzoną osobowością nie są płynne? Czym tak naprawdę jest zdrowa osobowość?
To trochę jakby pytał mnie pan o to, czym jest normalność...

Nie lubię tego słowa, dlatego wolę zapytać o zdrową osobowość.
To nie tylko brak choroby czy zaburzenia, ale kwestia ogólnego dobrostanu – tego, jak czujemy się sami ze sobą. Możemy być fizycznie niepełnosprawni, ale czuć się świetnie – wtedy jesteśmy zdrowi. Jeśli coś utrudnia nam życie, ale potrafimy sobie z tym poradzić, to wciąż nie wyklucza zdrowia. Zdrowa osobowość to umiejętność mierzenia się z wyzwaniami życia.

W popularnym przekazie osobowość borderline często kojarzy się z chorobą afektywną dwubiegunową. Czy słusznie?
Chorobę afektywną dwubiegunową możemy dostrzec w wynikach rezonansu magnetycznego albo innego neuroobrazowania mózgu. Gdy osoba jest w manii, jej mózg jest nadaktywny, świeci się od dopaminy, serotoniny i oksytocyny, a gdy osoba jest w depresji – aktywność mózgu zamiera. Pomiędzy tymi epizodami istnieje stabilizacja i mózg działa prawidłowo. Przy tej chorobie niezbędna jest farmakoterapia, która przynosi ulgę i niweluje epizody manii oraz depresji. W zaburzeniu osobowości również mogą się pojawić epizody manii czy depresji, ale nie ma stabilizacji, a leki kompletnie nie działają i nie rozwiązują problemu. Chyba że taka osoba ma współistniejące zaburzenia, na przykład lękowe, przy których farmakoterapia może pomóc.

Skoro objawy mogą być takie same, to jak rozróżnić te dwa schorzenia?
Istnieją kryteria diagnostyczne, ale to już rola psychiatry, bo potrzebny jest szczegółowy wywiad. Chodzi o rozpoznanie przyczyn depresji i manii: czy wynikają ona ze zmian chemicznych w mózgu, czy może są odpowiedzią na traumatyczne dzieciństwo. Bada się wahania nastroju, problemy z utrzymaniem relacji, niekiedy potrzebna jest wielotygodniowa obserwacja. Diagnozuje się również niepokojące zachowania, takie jak nagła decyzja, by wsiąść do samochodu albo pociągu i pokonać 500 km bez wyraźnego powodu.

Czyli to mit, że osoba z borderline te szkody wyrządza głównie innym?
Ona jest przede wszystkim zagrożeniem dla siebie. Często są to osoby zalęknione, przerażone, skłonne ranić siebie na wiele sposobów w przekonaniu, że na to zasługują. Tłumią emocje, krzywdzą ciało. Oczywiście może się zdarzyć, że podczas kłótni osoba z zaburzeniem wyrządzi komuś krzywdę, ale to zaburzenie zdecydowanie bardziej neurotyczne niż psychotyczne.

Co jest największym problem dla osoby z borderline?
Stałe i uporczywe balansowanie na granicy. Taka osoba nie wie i nie może przewidzieć, kiedy wpadnie w otchłań. Zatem może w jednej chwili uwielbiać partnera i traktować jak półboga, ale wystarczy, by spojrzał w złą stronę albo nie tak mrugnął oczami – i jest diabłem wcielonym. Osoba z zaburzeniem czuje się wtedy najgorsza, jest przekonana, że partner jej nienawidzi. Niekiedy podejmuje nagłą decyzję o rozstaniu, zadaje sobie rany na ciele, a nawet planuje zabić się lub podejmuje taką próbę. W borderline nie sposób zapanować nad tymi wahaniami, dopóki nie zacznie się pracować terapeutycznie. Brakuje równowagi, dominuje postawa: wszystko albo nic, jesteśmy kochani lub nienawidzeni. Poza tym osoby z tym zaburzeniem mają tendencję do uzależnień.

Istotne jest, by osoba z borderline znała swoje wyzwalacze. Mogą to być słowa, wspomnienia, obrazy, sytuacje, ludzie, a nawet kawałki muzyki lub filmu, które wywołują nasilenie objawów jakiegokolwiek zaburzenia. Na przykład słysząc muzykę, przy której została porzucona, taka osoba może wpaść w depresję, mieć myśli samobójcze zakończone próbą odebrania sobie życia. Terapia jest nauką radzenia sobie z wyzwalaczami w zdrowy sposób.

Jaka terapia jest najskuteczniejsza?
Obecnie dialektyczno-behawioralna, która powstała specjalnie dla osób z zaburzeniem borderline. Jej długość jest bardzo indywidualna. Łączy ona terapię poznawczo-behawioralną, czyli skupioną na przekonaniach, myślach i zachowaniu, z mindfulness, uważnością, byciem tu i teraz oraz akceptowaniem rzeczywistości. Poza rozmową terapia obejmuje ćwiczenia, zadania domowe, medytację, relaksację. Pacjent otrzymuje kompleksową pomoc, by mógł poradzić sobie pomiędzy sesjami. W Polsce jest to dosyć nowy nurt, ale niedawno powstało Polskie Towarzystwo Terapii Dialektyczno-Behawioralnej, w którym można szukać pomocy.

W pani książce jest sporo ćwiczeń i komunikatów w drugiej osobie, traktuję ją jako czuły poradnik dla osoby cierpiącej. Czy taki był pani cel?
Głównym celem było stworzenie narzędzia, którego nie było dotychczas na polskim rynku. Pracuję terapeutycznie z osobami z borderline i chciałam, by miały dostęp do ćwiczeń i informacji, które są wspierające.

Ale był i drugi cel: dostarczyć informacji na temat zaburzenia borderline i strategii radzenia sobie bliskim takiej osoby.

Polecamy: „Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią”, wyd. Sensus

Monika Kotlarek, psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu, należy do Australian Society of Rehabilitation Counsellors. Prowadzi sesje psychologiczne na żywo i online.

  1. Psychologia

Czy wszystko, co ważne, można mieć za pieniądze? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Tak myślimy, skoro nie liczymy na ludzi, ale stawiamy na polisy, lokaty, kredyty. Ale co tak naprawdę możemy mieć za pieniądze, a co tracimy, chcąc za wszystko płacić? No i czym jest kultura daru – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jeśli pieniądze są dla nas najważniejsze, to, jak pisze dr Tim Kasser w „The High Price of Materialism” (Wysokiej cenie materializmu), czeka nas przygnębienie i lęk. A Barry Schwartz, psycholog, twierdzi z kolei, że kupowanie nie daje frajdy, bo męczy koniecznością wyboru. Ale my nie mamy czasu czytać, musimy zarabiać, bo liczą się pieniądze i udane transakcje. Nawet w związkach zaczynamy patrzeć na zysk…
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze da się zamienić relacje międzyludzkie na transakcje finansowe. Ale prawdą jest, że coraz częściej nawet ślub zastępuje coś na kształt umowy spółki, która określa, co każda ze stron powinna dostarczyć, definiuje strategię wzajemnego wspierania karier i osiągania celów, zasady podziału zysków i strat. Brakuje jednak w tej umowie słów o emocjonalnej więzi i wspólnym życiu. I gdy partner wspólnik zostaje w tyle – rozwiązujemy umowę i szukamy lepszego strategicznie inwestora. Budowanie takich relacji/transakcji także z krewnymi, znajomymi, lekarzami, nauczycielami, którzy zaspokajają nasze potrzeby, rychło doprowadzi do tego, że naszym wspólnym doświadczeniem będzie tylko wielka samotność, rozpacz i poczucie bezsensu.

Nie uciekniemy od tego, że potrzebujemy bliskich, bezpiecznych, a także miłosnych związków, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Ale wygląda na to, że zanim się w tej sprawie opamiętamy, staniemy się konglomeratem rywalizujących ze sobą, samotnych konsumentów, dla których posiadanie jak największej ilości pieniędzy i jak największej ilości transakcji będzie jedynym celem bytowania na tej planecie.

Z badań psycholożki Kathleen Vohs wynika, że ci, którzy nastawiają się na zarabianie pieniędzy, przestają zwracać uwagę na relacje, nie cenią tego, co nie ma wymiaru materialnego, przekonani o swojej samowystarczalności nie potrzebują ludzi i stają się nieufni.
Rynek i konsumpcjonizm nie działają na rzecz międzyludzkich związków, bo na nich nie można zarobić. Związki więc zanikają, zamieniają się w pseudorelacje uprawiane w sieci internetowej i telefonicznej.

Godzinę temu ktoś mnie zaczepił na ulicy. Nie pamiętałem człowieka. Wiedziałem tylko, że to jakiś dobry znajomy sprzed lat. Gdy w końcu ustaliliśmy, skąd się znamy, zadzwonił mój telefon. Odruchowo odebrałem. Jak wytresowana małpa. Uznałem, że osoba, której akurat w tym momencie gdzieś tam, w innej, nie mojej czasoprzestrzeni przyszło do głowy, żeby do mnie zadzwonić i wcina mi się w niepowtarzalną chwilę mojego realnego życia, jest ważniejsza od kogoś, kogo nie widziałem od lat i z kim właśnie rozmawiam. No i prawie wszyscy tak robimy – ktoś oferuje nam żywy, realny kontakt, rozmowę, a my uciekamy w popłochu, pokazując swoim zachowaniem: „Daj mi spokój, ja tam mam ważniejsze sprawy i ważniejszych ludzi”. Komórki używamy do teleportowania się ze wszystkich niewygodnych – bo wymagających wysiłku wejścia w realny kontakt – sytuacji. Spontaniczne kontakty z ludźmi coraz częściej nas przerażają. Bo nie mamy na nie umowy, paragrafów, zabezpieczeń, bo nie wiemy, co mamy dostarczyć, co ma być nam dostarczone, ile to będzie trwać i jaki jest tego cel. Relacje wirtualne i transakcje są bezpieczniejsze.

Tylko dlatego odbieramy telefon i odpisujemy na mejle?
Starsi już prawie zapomnieli, a wielu młodszych nigdy nie zaznało poruszającego, fascynującego i wspierającego klimatu realnych spotkań z innymi ludźmi. Zamiast pobyć i porozmawiać z tymi, którzy nas otaczają, wchodzimy na Facebooka, żeby sprawdzić, ile dostaliśmy lajków za ostatni wpis. Nie wiemy, że tak budujemy swoją przyszłą samotność. Wirtualne relacje nie wymagają uważności, słuchania, ryzyka wyrażania uczuć na gorąco, refleksu, zdolności do empatii i kompromisu. Nie łączą się z ryzykiem usłyszenia bezpośrednich i krytycznych komentarzy na temat naszych spontanicznych zachowań. Jedynym ryzykiem jest to, że znikniemy z sieci, ale też w sytuacji braku rzeczywistych związków to perspektywa naprawdę przerażająca.

Sieć nie jest też wolna od transakcji.
Na domiar złego można łatwo ulec pokusie sprzedawania sieciowej, nieskrępowanej, wolnej i spontanicznej twórczości i tożsamości. Piszemy atrakcyjnego bloga, wielu go czyta i poleca, więc szybko pojawia się reklamodawca, który chce na stronie umieścić baner. A potem ktoś inny proponuje product placement. Wtedy nasza autentyczność w sieci stanie się kompletną mistyfikacją. Ilu blogerów za pieniądze zachwala jakieś ubrania, restauracje, samochody czy rowery? Komercja rządzi siecią w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje.

Wracając do tego, co można kupić i co chcielibyśmy mieć. Z badań wynika, że za bliskością nie tęsknią ci, którzy mają pieniądze. Oni wolą ubezpieczenia, lokaty i kredyty.
Ci, którzy nie odczuwają tęsknoty za autentycznymi i bliskimi związkami z ludźmi, z pewnością „zamulają się” jakimś erzacem. Im bardziej będziemy bezradni w nawiązywaniu więzi i budowaniu relacji, tym większa będzie nasza potrzeba ubezpieczania się na wszystkie możliwe sposoby i ewentualności. Wiadomo, że rozbudowana rodzina najefektywniej zwiększa poczucie bezpieczeństwa, które jest naszą wrodzoną potrzebą. Ale my takich rodzin nie mamy, nie mamy więc poczucia bezpieczeństwa i dlatego tak wiele reklam odwołuje się do niej, wmawia nam, że potrzebujemy ciągle czegoś nowego dla zapewnienia go sobie.

Najlepszym konsumentem jest więc singiel.
Na to wygląda. Bo człowiek im bardziej samotny, tym bardziej uzależniony od rozmaitych produktów, w tym od produktów ubezpieczeniowych. Realizując się tylko w pracy i w sieci, resztę rzeczy musimy sobie kupić. A więc musimy sobie kupić bezpieczeństwo – w postaci kamer, płotów, drzwi przeciwwłamaniowych i ochroniarzy, a także ubezpieczeń, lokat, kart kredytowych i prawników. Musimy sobie kupić rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem: zrozumienie, dyskrecję, lojalność i wsparcie – w postaci coachingu, mentoringu lub psychoterapii. Iluzję bycia ważnym i obdarzonym szacunkiem możemy nabyć w drogich hotelach i restauracjach. Iluzję przynależności kupujemy, słono płacąc za członkostwo w ekskluzywnych klubach. A iluzję bliskości, zachwytu, oddania, wdzięczności, intymności i miłości – na bogatym rynku usług seksualnych. W Japonii są domy publiczne, w których można sobie kupić dowolny typ relacji seksualnej, w dowolnych przebraniach i dekoracjach. Witająca cię tam osoba jest o wiele bardziej przewidywalna niż współmałżonek, a nawet kochanka. Zawsze powie to, czego zażyczył sobie klient w skrupulatnie opracowanym scenariuszu: że kocha, że tęskni, że nie może żyć bez niego, że pragnie. Bardziej przewidywalny i bezpieczny może być już tylko robot zaprogramowany na zaspokajanie naszych niedojrzałych i neurotycznych potrzeb. I nic nie musimy już z siebie dawać poza opłacaniem rachunków.

Tak konsumowana samotność kosztuje dużo. Więcej niż rodzina i dzieci. Ale mimo że nie zaspokaja ważnych potrzeb, ma dla coraz większej liczby ludzi nieodparty urok. Może dlatego, że zaspokaja naszą wrodzoną potrzebę, którą jest... lenistwo.

A może to postęp? Relacje w sieci, pieniądze na ubezpieczenie. I po co zawracać sobie głowę prawdziwą miłością czy przyjaźnią?
Rynek z pewnością byłby zadowolony. Ale na szczęście ludzie mają świadomość i niezbywalne potrzeby psychiczne. Potrzeby bycia ważnym, wybranym, upragnionym, szanowanym, bezpiecznym i kochanym w realnych związkach nie da się na dłuższą metę oszukać. Tylko do czasu możemy śnić zbiorowy sen konsumpcyjnego spełnienia i bezpieczeństwa. Prędzej czy później nasze niezaspokojone potrzeby nas obudzą. Nawet gdy się ich wyprzemy, to się odezwą w postaci dolegliwości i chorób ciała. A wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak kupić sobie robota pielęgniarkę.

Co się dzieje z dziećmi, które patrzą na to, co wyczyniamy?
Jeśli widziały tylko nasze plecy pochylone nad laptopami, to z pewnością nie odczuwają z nami silnej więzi. Młoda, inteligentna, nowoczesna matka powiedziała mi niedawno, że jest entuzjastką maksymalnej ilości dodatkowych zajęć dla dzieci, bo to odciąga je od komputera. W trakcie rozmowy okazało się, że w domu sama spędza wiele godzin przy laptopie, bo to część jej pracy, i nie ma czasu ani pomysłu na robienie czegokolwiek z synkiem. Nawet relacje z dziećmi nabierają charakteru transakcji: „Ja ci opłacam wiele atrakcyjnych zajęć dodatkowych, dostarczam to, co najlepsze na rynku dziecięcych warsztatów rozwojowych, i muszę na to wszystko zarobić. Ty nie zawracaj mi więc głowy. Masz być fajnym dzieckiem, którym się mogę pochwalić i które szybko się uniezależni i zacznie robić karierę”. I nikt już nie pyta o bliskość, miłość, wdzięczność i szczęście.

Jak ratować siebie i swoje dzieci?
Postawić na budowanie relacji – dawać im nasz własny czas i uwagę, a nie czas i uwagę kupione dla nich od innych. Najtrudniejszym testem sukcesu w tej sprawie jest zdolność potomstwa do opieki nad chorymi i starzejącymi się rodzicami. Ale im bardziej zaawansowany technologicznie kraj, tym gorzej dzieci zdają ten test. Tam kultura transakcji najskuteczniej wypiera kulturę relacji. Powstają ogromne luksusowe getta kampusy dla starych ludzi, świetnie obsługiwanych przez fachowców, ale... Ich lokatorów nikt nie odwiedza. Bo dzieci kultury transakcyjnej swoje zobowiązania wobec rodziców realizują w zgodzie z tym, czego się od nich nauczyły: „Organizuję wam opiekę, rehabilitację i warsztaty rozwojowe dla seniorów. Muszę na to zarobić i kontynuować moją karierę. Nie zawracajcie mi więc głowy i bądźcie grzecznymi staruszkami”. Warto pamiętać, że dzieci są jak walizka: co włożysz, to wyjmiesz.

Pieniądze pomagają nam pokonać lęk, samotność. A więc może przytulanie tych, którzy wszystko przeliczają, sprawi, że przestaną myśleć tylko o kasie?
Dobra intuicja. Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje. Stąd coraz większe powodzenie coachingu, mentoringu, treningów interpersonalnych, szkoleń i warsztatów rozwijających miękkie, psychologiczne kompetencje, a także grup terapeutycznych i psychoterapii indywidualnej. Wprawdzie wygląda to na kupowanie relacji, ale dla wielu to konieczny początek uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Dzięki inwestycji w relacje możemy się obudzić z odrętwienia i poczucia pustki, przypomnieć sobie z całą mocą, że prawdziwe i głębokie związki z ludźmi są naszym największym kapitałem i zabezpieczeniem. Ci, którzy choć raz doświadczyli, że to nasycony uwagą czas spędzany z bliskimi jest największym dobrem, zawsze o tym będą pamiętać.

  1. Psychologia

Schizofrenia – rozłam pomiędzy emocjami a myśleniem

Osoby cierpiące na schizofrenię doświadczają zaniedbania ze strony społeczeństwa w związku z mitami, które na temat tej choroby krążą. (Fot. iStock)
Osoby cierpiące na schizofrenię doświadczają zaniedbania ze strony społeczeństwa w związku z mitami, które na temat tej choroby krążą. (Fot. iStock)
Powszechnie uważa się, że osoby z tym zaburzeniem mają rozszczepioną osobowość. W rzeczywistości jednak chodzi o rozłam pomiędzy emocjami a myśleniem. Z psychologiem klinicznym, dr Magdaleną Nowicką rozmawia Magdalena Rybak.

Jaką mamy powszechną wiedzę na temat schizofrenii?
Niewielką. Nadal pokutuje biblijne wyobrażenie, że schizofrenik to groźny szaleniec opętany przez ducha albo złe moce. A to są ludzie wylęknieni i wycofani, potrzebujący pomocy. Zarówno farmakologicznej, psychologicznej, jak i społecznej. Co do pierwszej kwestii – dysponujemy coraz skuteczniejszymi sposobami leczenia. Co do drugiej – wzrasta rozpoznawalność tej choroby i chęć sięgania po pomoc. Ale w przestrzeni społecznej brakuje powszechnej świadomości, czym jest ta choroba. To szczególnie ważne w obecnych czasach, gdy żyjemy w dużym stresie i liczba czynników stresogennych wciąż wzrasta. Bo to właśnie przyczynia się do tego, że ludzie coraz częściej chorują na schizofrenię.

Stres ma wpływ na uaktywnienie się tej choroby?
Prawdopodobnie tak. Schizofrenia jest uwarunkowana genetycznie aż w 81 proc. Prawdopodobieństwo zachorowania, gdy nasi dziadkowie, rodzice lub rodzeństwo chorowali, jest bardzo duże. Ale czynnik środowiskowy też ma znaczenie – wpływa na to, czy choroba się ujawni. Nie każdy, kto jest obciążony genetycznie, musi na schizofrenię zachorować, a jeżeli zachoruje, nie musi mieć nawrotów. Choroba ujawnia się zwykle w trudnych momentach rozwojowych, gdy nasila się stres związany z rozwojem osobowości, tożsamości, wejściem w dorosłe życie. Impulsem do tego są często trudne, traumatyczne wydarzenia. Kiedyś popularna była teoria schizofrenogennej matki, która swoją nadopiekuńczością „dusi” dziecko, albo odwrotnie – jest skrajnie zimna, oschła i krytyczna. Teraz od tej teorii się odchodzi, ale pacjenci często opowiadają o skrajnym zaniedbaniu podstawowych potrzeb emocjonalnych, a nawet fizjologicznych, zwłaszcza w okresie dzieciństwa.

Czy schizofrenia staje się chorobą naszych czasów?
To za dużo powiedziane. Wskaźniki dotyczące liczby zachorowań mówią o tym, że choruje na nią 1 proc. populacji. Natomiast jeżeli posłużymy się wskaźnikiem, ile procent osób zachorowało i zachoruje w przyszłości, to można powiedzieć, że będzie to dotyczyło 5% populacji.

Nie zmienia się też nasz poziom wiedzy...
Niestety. Przez to osoby cierpiące na schizofrenię doświadczają zaniedbania ze strony społeczeństwa w związku z mitami, które na temat tej choroby krążą.

Na przykład że schizofrenicy są niebezpieczni.
Właśnie. Tymczasem oni są co najwyżej zagrożeniem dla siebie samych. Badania mówią, że procent schizofreników, którzy biorą udział w jakichś przestępstwach, jest naprawdę znikomy – to ułamki procenta. Problem w tym, że wszystkie sprawy, w których chory psychicznie popełnia przestępstwo, są nagłaśniane. A to, że zazwyczaj nie jest to schizofrenik, tylko ktoś z podwójną lub wieloraką osobowością, umyka w natłoku informacji. Poza tym choroba psychiczna wcale nie musi decydować o większym prawdopodobieństwie popełnienia przestępstwa. Społecznie jest to traktowane jako wytłumaczenie dla aktu agresji, ale każdy z nas może zostać doprowadzony do takiego stanu psychicznego, w którym popełnia przestępstwo. I najrzadziej jest to schizofrenik. Bo on się boi i ucieka.

Schizofrenia to nie jest rozdwojenie osobowości?
Absolutnie nie! Schizofrenia mieści w sobie pojęcie rozdwojenia, ale nie osobowości, tylko jaźni. Bardzo często nie ma adekwatnego połączenia pomiędzy tym, co schizofrenik widzi i myśli, a tym, jak czuje i w jaki sposób te emocje przekazuje. Schizofrenia powoduje rozdwojenie pomiędzy tym, jaka jest rzeczywistość, a jak chory ją odbiera.

Czy schizofrenicy mogą funkcjonować „normalnie”?
Jak najbardziej. Zresztą ćwiczenie „normalnego” życia to ważny element programów terapeutycznych. Dlatego to ważne, żeby stawiać przed nimi takie zadania, jak przed zdrowymi ludźmi – powinni chodzić do pracy i załatwiać sprawy urzędowe. Schizofrenia nakłada pewne ograniczenia związane z funkcjonowaniem poznawczym, ale występują one tylko wraz z nasileniem objawów. Obecnie leki są na tyle efektywne, że pozwalają pracować, jeździć samochodem, zakładać rodziny i wychowywać dzieci. I dzieciom w takich rodzinach niczego nie brakuje.

Jakie są ograniczenia?
Ta choroba zaburza krytycyzm. W przypadku nasilenia objawów traci się umiejętność racjonalnego myślenia, a w związku z tym wołania o pomoc. To rodzina pierwsza wie, że z chorym dzieje się coś złego. Dlatego potrzebna jest intensywna współpraca rodziny pacjenta z lekarzem i ważna jest psychoedukacja – dana osoba musi nauczyć się, co przy nasileniu objawów jest chorobą, a co nie, i jak wpływa to na funkcjonowanie chorego. I w końcu dlatego w leczeniu proponowane są nie tylko grupy terapeutyczne dla chorych, ale też dla rodzin. Uczą się tam o objawach i nawrotach. Przebieg schizofrenii jest tak różny, jak różni są pacjenci. Chory i jego rodzina muszą poznać jego sposób reagowania i radzenia sobie z tymi objawami.

To wymaga uważnej obserwacji i samoświadomości…
…która jest w schizofrenii bardzo zaburzona. To trudne, ale możliwe. Samoświadomości wymaga też radzenie sobie z objawami. Bywają takie, które są bardzo oporne na leczenie farmakologiczne, np. głosy, czyli omamy słuchowe, mimo farmakoterapii mogą nie ustępować przez całe życie. Trzeba wyćwiczyć proste sposoby wyciszania tego głosu i radzenia sobie zwłaszcza w takich sytuacjach, gdy w tłocznym autobusie on zaczyna do mnie mówić, a ja mam potrzebę odpowiadania.

Jakie są inne objawy oprócz głosów?
Są ich dwie zasadnicze grupy – pozytywne i negatywne. Pozytywne nazywają się tak, bo jest to nowa jakość w procesach poznawczych. Mogą to być omamy słuchowe – kiedy pacjent słyszy głosy lub dźwięki, dotykowe – kiedy czuje jakieś doznania na swoim ciele, wzrokowe – kiedy widzi rzeczy, których nie ma. Drugi rodzaj objawów pozytywnych to urojenia, czyli niezgodne z prawdą przekonania na temat świata i innych ludzi. Najczęstszą formą są urojenia prześladowcze, kiedy pacjent uważa, że jest śledzony, oraz urojenia ksobne, kiedy się świat interpretuje w odniesieniu do siebie, np. mówią o mnie w telewizji. Z kolei do objawów negatywnych zaliczamy obniżony nastrój, brak motywacji do działania, smutek, lęk, depresję. O tych objawach w ogóle się nie mówi. Postrzegamy schizofreników jako ludzi widzących rzeczy, których nie ma, i gadających głupoty. Badacze długo uważali, że schizofrenicy doświadczają emocji mało intensywnych, a skoro są płytkie, to nie przeżywają oni odrzucenia. Teraz już wiemy, że mają mniejszą intensywność mimiki i ekspresji i nie potrafią tych emocji wyrazić. Ale doświadczają ich prawdopodobnie intensywniej niż ludzie zdrowi, zwłaszcza w reakcji na bodźce negatywne.

Czyli nie są to osoby upośledzone umysłowo?
Ależ skąd! Pod względem intelektualnym niczego im nie brakuje. Co więcej: ta choroba koreluje z wysokim poziomem twórczości i wrażliwości. Osoby cierpiące na schizofrenię często pięknie rysują, mają zdolności matematyczne i językowe. Nie wiadomo, czy chorują osoby twórcze, czy też po zachorowaniu zmienia się sposób i forma ekspresji.

A czy są obszary zawodowe, które są dla tych osób niedostępne?
Tak. U schizofreników występują deficyty w zakresie poznania społecznego, co oznacza, że mają trudność z wnioskowaniem, co ktoś może sobie w danej sytuacji pomyśleć, albo z założeniem, co się za chwilę może stać, oraz z wnioskowaniem na temat intencji innych ludzi. Ten deficyt istnieje na pewnym poziomie przed uaktywnieniem się choroby i pogłębia się po zachorowaniu. W związku z tym trudno byłoby osobie dotkniętej schizofrenią funkcjonować w zawodzie, który wymaga umiejętności interpersonalnych, budowania relacji z klientami czy kierowania zespołem. Natomiast osoby te bardzo dobrze mogą funkcjonować w ramach zawodów, które nie wymagają intensywnej współpracy z innymi ludźmi. Znam panią fryzjerkę, panią krawcową, panią sklepową…

Czy schizofrenia częściej dotyka kobiet?
Chorują i mężczyźni, i kobiety, z lekką przewagą mężczyzn. W przypadku mężczyzn i kobiet pierwszy epizod przypada zwykle na wiek 18–25 rok życia. U kobiet obserwuje się także drugi szczyt zachorowań przypadający na wiek 45–50 lat, w związku ze zmianami hormonalnymi. Trzeba tylko pamiętać o tym, że schizofrenia nie jest chorobą, która wybucha nagle. Chory na początku przechodzi przez fazę objawów, które przepowiadają chorobę – podejrzliwość w zachowaniu, obniżenie nastroju, gorsze funkcjonowanie poznawcze, gorsze funkcjonowanie uwagi, pamięci. Tacy pacjenci bywają leczeni latami na depresję.

Kto najczęściej choruje?
Mieszkańcy dużych miast. Być może jest tam większa rozpoznawalność choroby warunkowana większą dostępnością specjalistów, ale z pewnością specyfika funkcjonowania w dużym mieście wpływa na cięższy przebieg choroby. Są też teorie, które mówią o czynnikach ryzyka innych niż geny, np. o zachorowaniu matki na grypę w pierwszych dwóch trymestrach ciąży. Faktycznie wiele osób leczących się na schizofrenię rodzi się w okresie zimowym, a wtedy pierwszy trymestr ciąży przypada na okresy większej podatności na infekcje. Wirus grypy wpływa na to, jak się rozwija ośrodkowy układ nerwowy dziecka, a mózgi schizofreników charakteryzują deficyty funkcjonalne i strukturalne.

Chorować na schizofrenię może nasza pani sprzedawczyni w sklepie osiedlowym…
Albo nasz sąsiad. Ale nie mówią o tym z lęku przed odrzuceniem. Dlatego tak ważne jest edukowanie społeczeństwa na temat chorób psychicznych: schizofrenii, choroby afektywnej dwubiegunowej, ale też depresji.

  1. Psychologia

Tylko nie każ mi brać się w garść! Jak rozmawiać z osobą chorą na depresję

Po prostu bądź. Według Serani, najlepsze co możesz zrobić dla kogoś chorującego na depresję, to po prostu z nim być. (Fot. iStock)
Po prostu bądź. Według Serani, najlepsze co możesz zrobić dla kogoś chorującego na depresję, to po prostu z nim być. (Fot. iStock)
Psychologowie i psychoterapeuci są zgodni co do tego, że zachowanie najbliższego otoczenia ma duże znaczenie w procesie zdrowienia.

Dziś to już problem większości z nas – bliski, który choruje na depresję. Statystyki dotyczące tej ciężkiej choroby są przerażające, szacuje się, że już co czwarty człowiek na świecie może cierpieć na to schorzenie. Dlatego jest prawie niemożliwe, by każdy z nas nie miał wśród swojej rodziny, bliskich chociaż jednej takiej osoby. Tymczasem wiedza o tym, jak postępować z chorym wciąż nie jest powszechna. A psychologowie i psychoterapeuci są zgodni co do tego, że zachowanie najbliższego otoczenia ma duże znaczenie w procesie zdrowienia.

Boję się i chcę pomóc

Postępowanie z osobą chorą na depresję nie jest łatwe, wymaga nie tylko wiedzy, ale też cierpliwości… Patrzenie na nieustanne cierpienie oraz niezdolność bliskiej osoby do podjęcia jakiegokolwiek działania często budzą w nas poczucie bezradności i irytację. To jasne – chcemy pomóc – a gdy wszelkie próby wsparcia okazują się nieskuteczne, czujemy frustrację i złość. Tylko często nie zdajemy sobie sprawy, że nasze próby pomocy przynoszą wręcz odwrotny do zamierzonego efekt – szkodzimy choremu. Na przykład próbując go „rozweselić”, dajemy mu dowód, że nie rozumiemy mechanizmu jego choroby. Próba pocieszenia to tylko jeden z powszechnych błędów, które popełniamy, jest bowiem cały „worek” przekazów, które wyrządzają więcej szkody, niż pożytku przy kontakcie z osobą chorą na depresję. Oto przykłady tego, czego z pewnością nie należy mówić osobie chorującej na depresję:

„Przesadzasz, inni mają gorzej i dają radę”

„Masz w życiu tyle rzeczy, za które możesz być wdzięczny”

„To wszystko jest tylko w twojej głowie”

„Będzie dobrze, uwierz mi”

„Weź się w garść”

„Wyjdź z domu i zacznij działać, wtedy poczujesz się lepiej”

„Przestań się nad sobą użalać”

„Musisz zacząć myśleć pozytywnie!”

Takie „dobre” rady – udzielane nawet w najlepszych intencjach – nie pomagają i absolutnie należy ich unikać. Truizmy typu „będzie dobrze” są bagatelizowaniem problemu i powodują, że chora osoba czuje się niezrozumiana, a przez to nierzadko jeszcze bardziej zamyka się w sobie. Próby zmotywowania komunikatami: „weź się w garść”, „przestań się nad sobą użalać” odnoszą jeszcze gorszy skutek, ponieważ dla osoby przygniecionej niemocą są bardzo frustrujące, podobnie jak porównania typu „przesadzasz, inni mają gorzej”. Wielką krzywdę wyrządza się także choremu próbując wymusić na nim zmianę szantażując go emocjonalnie, stawiając mu ultimatum – „jak się nie pozbierasz, wyprowadzę się”. To może znacząco pogłębić depresję, a nawet wywołać myśli samobójcze.

Jak rozmawiac z osoba chora na depresję?

Oczywiście, to wszystko nie oznacza to, że z chorym na depresję nie należy w ogóle rozmawiać czy też, że nie jesteśmy w stanie mu w żaden sposób pomóc, wesprzeć. Chodzi o zmianę narracji. Bo wsparcie i akceptacja otoczenia pełnią bardzo ważną funkcję w dochodzeniu do zdrowia. Oto kilka przykładów zdań, które chory chce i potrzebuje od nas usłyszeć:

„Jestem tu dla ciebie”

„Nie potrafię do końca zrozumieć, przez co przechodzisz, ale masz moje pełne wsparcie i akceptację”

„Widzę, jak bardzo się starasz i doceniam to”

„Co mogę dla ciebie zrobić?”

„A może chcesz się wygadać?”

Warto pamiętać, że depresja jest niebezpieczna dla relacji, powoduje bowiem izolację emocjonalną chorego. I choć może nam się momentami wydawać, że nasze gesty i próby pomocy odbijają się od ściany, to tylko iluzja.

Amerykańska psycholożka, Deborah Serani, specjalistka leczenia depresji, autorka książki „Życie z depresją”, która sama zmagała się z tą chorobą, podsuwa kilka pomysłów na to jak najskuteczniej pomagać choremu:

1. Po prostu bądź. Według Serani, najlepsze co możesz zrobić dla kogoś chorującego na depresję, to po prostu z nim być. Psycholożka cytuje swoich pacjentów: „Gdy miałem problemy z depresją, najbardziej pomagały mi momenty kiedy ktoś, kogo kocham, siedział ze mną gdy płakałam albo bez słów brał mnie za rękę”, „Pomagało mi, gdy mąż mówił – jesteś dla mnie ważna, powiedz co mogę zrobić, aby ci pomóc, znajdę sposób, abyś poczuła się lepiej”.

2. Mikrogesty. Nie każdy z nas potrafi rozmawiać z bliskim chorym w odpowiedni sposób, psycholożka przekonuje, że pomocne mogą być także drobne gesty – przygotowanie ulubionego dania, napisanie ciepłego sms-a, czy zwykły uśmiech wysłany przechodząc obok.

3. Bez chłodu. Czasem, z bezsilności, próbujemy wymusić na kimś chorym zmianę przez gruboskórność, emocjonalny chłód, karzącą ciszę czy niecierpliwość. Według Serani takie zachowania są bolesne i szkodliwe.

4. Bez umniejszania bólu. Kiedy mówimy: „Nie jest tak źle” przeszkadzamy choremu przeżyć trudne uczucia. Depresja nie jest słabością ani wadą osobowości, to choroba, a u jej podłoża często leżą wyparte uczucia, które domagają się uwolnienia.

5. Bez doradzania. Naturalne wydaje nam się dzielenie się swoimi radami z bliską osobą, która potrzebuje pomocy, jednak może to spowodować dalsze „zapadanie” się w siebie. Lepsze zadziała pytanie: „Co mogę zrobić, żebyś poczuł/a się lepiej?”

6. Bez porównań. Nie próbuj przekonywać chorego, że wiesz jak może się czuć, nawet gdy też masz za sobą depresję, nie opowiadaj o innych znanych ci chorych na depresję osobach. Każdy z nas jest inny i w swój, indywidualny sposób przeżywa chorobę.

7. Przede wszystkim wiedza! Postaraj się jak najwięcej dowiedzieć się o depresji, porozmawiaj z psychologiem, poczytaj książki, zajrzyj do internetu. Pomoc chorującemu będzie najbardziej skuteczna wtedy, kiedy poznasz objawy, przebieg i następstwa choroby.

8. Cierpliwość. Serani uważa, że cierpliwość jest kluczowym elementem pomagania bliskiej osobie w depresji. Cierpliwość tego, który pomaga, daje choremu nadzieję. A ona ma ogromną moc!