Dać to, co się samemu ma

fotochannels.com

reklama

Przyjemnie jest obcować z kimś miłym i sympatycznym. Co więcej – wiele badań pokazuje, że takim ludziom żyje się lepiej. Dlaczego zatem nam samym tak trudno zaskarbić sobie sympatię innych? Czy można być lubianym, pozostając jednocześnie sobą?

Nina Stępka, dyrektorka Młodzieżowego Domu Kultury w Elblągu, od lat pracuje z młodymi ludźmi, którzy ją uwielbiają. Mówią jej po imieniu, powierzają swoje tajemnice, a potem proszą, żeby została świadkiem na ich ślubie albo chrzestną ich dziecka, odwiedzają, dzwonią, gdy coś ważnego się wydarzy. Ostatnio była wychowanka, z którą nie widziały się ponad rok, wysłała jej z Grecji SMS o swoich zaręczynach.
 
Przyjaciółka i była współpracowniczka Niny Grażyna Słomka: – Nina zawsze cieszyła się ogromną sympatią. Zarówno ludzi, z którymi pracowała, znajomych, jak i najbliższych: nawet rodzina jej męża (tego samego od 20 lat) z miejsca ją zaakceptowała. Nina osiąga w pracy zarówno wymierne sukcesy – wychowankowie jej Studia Gier Dramatycznych zajmują wysokie miejsca w konkursach recytatorskich, dostają się do szkół teatralnych – jak i te mniej konkretne – poprzez teatr kształtuje ich osobowość.

Zaspokoić swoje wewnętrzne potrzeby
To, że ludzie lubiani osiągają sukcesy, potwierdzają badania prowadzone w 2006 roku na Uniwersytecie Yale. Wykazały one, że liderzy z różnych dziedzin są najskuteczniejsi wtedy, gdy traktują swoich podwładnych z szacunkiem i kiedy są lubiani. Zdaniem badaczy to zapewnia im wsparcie otoczenia i prowadzi do sukcesów.

Inne badania uczonych z Uniwersytetu Columbia dowodzą, że lubiani pracownicy są postrzegani jako solidniejsi, poważniejsi, bardziej pracowici i stanowczy, mający wyższą motywację, zasługujący na szybki awans i podwyżki. Mniej lubianym przypisuje się arogancję, skłonność do manipulacji, odsuwa od awansów bez względu na wykształcenie i kwalifikacje.

Z kolei badania na uniwersytecie w Toronto wskazują na istnienie związku między trwałością małżeństw a tym, czy współmałżonkowie są miłymi ludźmi. Okazuje się, że osoby sympatyczne rozwodzą się o połowę rzadziej, niż wskazuje średnia statystyczna ich populacji. Kiedy taką cechę mają obie strony związku, ryzyko rozwodu spada o dalsze 50 procent.

Tim Sanders w książce „Jak być lubianym” (Jacek Santorski & Co 2007) pisze, że sympatyczność nie jest jedynie cechą ważną, korzystną i ujmującą, ale może być wręcz czynnikiem decydującym o powodzeniu w każdej dziedzinie życia. Dlaczego więc tego czynnika nie doceniamy? Dlaczego tak trudno być miłym i sympatycznym człowiekiem?

Sonia Raduńska, psycholożka i poetka: – Jeśli chodzi o głęboko rozumiane bycie lubianym, to przyczyn też należy szukać głębiej. Myślę, że prawdziwie lubiane osoby zaspokoiły wewnętrzne potrzeby. Ale do tego, by zdobywać prawdziwą sympatię, potrzebny jest też pewien wewnętrzny klimat. Są ludzie od dziecka niepogodzeni ze sobą, jakby ich coś uwierało, wycofani, smutni. Mogą być wartościowymi osobami, ale sympatii innych nie zdobędą. Bo sympatię zdobywają ludzie promienni, otwarci. Można dać innym tylko to, co się samemu ma.

Najpierw trzeba polubić siebie
Kama Kowalska, studentka filologii angielskiej i amerykańskiej na uniwersytecie w Poczdamie, przyznaje, że przez całe życie zabiegała o to, aby ją lubiano. Kiedy ktoś dawał jej do zrozumienia, że jest inaczej, bardzo to przeżywała, wręcz czuła fizyczny ból.

– Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mimo stara , by być miłą, serdeczną, uczynną, często ktoś dawał mi do zrozumienia, że ze mną jest coś nie w porządku, i odnosiłam wrażenie, że takie moje zachowanie jest mu obojętne – mówi Kama.

Pamięta takie zdarzenie z końca trzeciej klasy podstawówki: Dzwonek na lekcję, a ona jako przewodnicząca klasy ma za zadanie ustawić w pary koleżanki i kolegów. I w pewnym momencie ktoś mówi: „Co się tak rządzisz, w przyszłym roku cię nie wybierzemy”. Zamurowało ją: „Jak to, przecież nic złego nie robię, to mój obowiązek. Starałam się jak zawsze być dla wszystkich miła i koleżeńska. Przecież sami mnie wybrali po raz drugi. Co się zmieniło?”. Niby nic, a jednak po raz trzeci nie została wybrana.
 
– Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że nie wszyscy muszą mnie lubić. Ale ilekroć ktoś mnie nie lubił lub nie okazywał mi sympatii, czułam się sfrustrowana i rozżalona. I tak przez długie lata – wspomina Kama.

 

Dopiero niedawno uświadomiła sobie, że jak ktoś ją lubi – jest dobrze, ale jak nie – nic złego się nie dzieje. Ta przemiana jednak nie przyszła z dnia na dzień, to był długi proces. Ważne okazały się rozmowy z mamą, psychologiczne lektury, ale przede wszystkim kontakt z niezwykłą artystką Katarzyną Kozyrą, której Kama jest asystentką od dwóch lat.

– Pracując z Kasią, przekonałam się, że ważniejsze od tego, aby być lubianym, jest bycie wyrazistą osobowością, która ma coś światu do zaoferowania. Ją dużo ludzi krytykuje, ale ona cały czas jest sobą. Kiedyś poprzez zabieganie o względy innych szukałam samoakceptacji. A powinno być na odwrót – żeby inni nas polubili, najpierw trzeba polubić siebie. Bo miłość do same-go siebie powoduje, że kocha się innych, i to jest taki łańcuszek. Moja udręka polegała na tym, że szukałam potwierdzenia swojej wartości na zewnątrz – wyznaje Kama.

Teraz Kama nie przegląda się już w oczach innych. Przyjmuje, że ktoś nie okazuje jej sympatii, bo wie, że kompletnie nie ma na to wpływu. Bardziej zależy jej na tym, żeby ją ceniono, szanowano.

– Już nie zabiegam, żeby lubili mnie wszyscy. Bardziej odpowiada mi, jak jedni mnie kochają, a inni nienawidzą. Uważam, że w życiu jest trochę tak jak w sztuce – dzieła obojętne są tak naprawdę nic niewarte. Nie chcę być nijaka, przezroczysta, nie-zauważalna. Nabrałam pewności siebie. Mam odwagę powiedzieć wprost, co myślę, a kiedyś bałabym się, że coś przez to stracę. Przekonałam się, że nie tylko nie tracę, ale jeszcze zyskuję szacunek. Cieszę się oczywiście, jak ktoś okazuje mi sympatię, ale nie dołuję się, jak za mną nie przepada. Ma do tego prawo tak samo, jak ja mam prawo go nie lubić. Czerpię z tego, co pozytywne, nie pognębiam się tym, co negatywne – mówi Kama.

Ale, paradoksalnie, jak już nie zabiega o popularność, ludzie do niej lgną. Zaczęła ostatnio pracę w dużej grupie, z wieloma osobami nawiązała bliższe kontakty. Ci, którym z nią nie po drodze, nie odważają się jednak jej atakować – to dla niej ciekawa obserwacja. Potwierdza prawdę, której teraz Kama hołduje: Kulturalne odnoszenie się do ludzi – tak, bo dobra atmosfera to podstawa, ale zabieganie o to, żeby nas lubiano – nie.

– Bycie lubianą nie jest już dla mnie celem samym w sobie. Kurtuazyjne słodkości w relacjach to już za mało. Nie zależy mi na powierzchownych znajomościach. Ważna jest ich jakość – twierdzi Kama.

Nie bój się mieć wrogów
O małej Ninie Stępce mówiono: „przylepka”. Ma dwóch braci – starszego i młodszego – i to oni skupiali całą uwagę rodziców. Ona musiała o tę uwagę zabiegać. Nie robiła tego świadomie. Ani w domu, ani potem wśród rówieśników. Jednak długo chciała być „przylepką”, później dobrą kumpelą, a jeszcze później fajną babką.

– Zabieganie o akceptację jest na ogół skutkiem niskiej samooceny. Człowiek wchodzi w życie z walizką zapakowaną tym, co dostaje w domu, i to musi mu wystarczyć na całe życie. W mojej walizce w przegródce „samoocena” było pusto. Jestem przekonana, że osoby, którym tak strasznie zależy na byciu lubianym, miały w dzieciństwie jakieś deficyty. Dlatego tak ważne jest, aby nasze dzieci wychodziły z domu z poczuciem własnej wartości, żeby nie musiały potem zabiegać o względy innych, bo czasem płaci się za to ogromną cenę. Najwyższą jest zaprzeczenie samemu sobie – mówi Nina.

Pamięta, jak bardzo przeżyła, gdy jako wykładowca (pracowała na uczelni) dowiedziała się, że została źle odebrana przez studentów. Opowiedziała jej o tym była wychowanka, do której po pierwszych zajęciach koledzy mieli pretensję: „Mówiłaś, że taka z niej fajna babka, a okazała się straszną zołzą”. Przeżyła szok: „Ktoś może mnie tak odbierać?”.

– Kiedyś mój mąż powiedział mi: „Nie bój się mieć wrogów”. Teraz najważniejsza jest dla mnie uczciwość. Nie jest mi fajnie, jak nie mówię prawdy. Gdy słyszę, że taka równa ze mnie dyrektorka, już mnie to nie zachwyca. Jak zaczynałam pracować, bardzo chciałam, żeby mnie młodzież akceptowała, i to ja się do niej dostosowywałam. A teraz, jak mi się coś nie podoba, po prostu to mówię. I nie jest tak, że z tego powodu mniej mnie lubią. Wydaje mi się, że lubią mnie, bo czują, jak bardzo są dla mnie ważni. Przeszłam jednak długą drogę, zanim zrozumiałam, co to znaczy być autentycznie lubianym – przyznaje Nina.

Tim Sanders definiuje „bycie lubianym” jako umiejętność wzbudzania w innych ludziach pozytywnego nastawienia poprzez oferowanie im emocjonalnych i praktycznych korzyści. Co oferującemu też daje dużo dobrego, bo zmienia się jakość jego życia i siła związków. Ludzie lubiani mają coś, co Sanders nazywa wysokim czynnikiem S (sympatyczności). „Niska wartość S – wyjaśnia w książce »Jak być lubianym« – daje znać o sobie, kiedy ktoś zatrzaskuje ci drzwi przed nosem, kiedy nie możesz znaleźć partnera lub partnerki lub kiedy lekarz wyprasza cię z gabinetu. Wysoki czynnik S ujawnia się, gdy jesteś zasypywany ofertami pracy, kiedy nie możesz opędzić się od dzieci, kiedy sąd przyznaje ci dodatkową kwotę odszkodowania”.

Według Soni Raduńskiej człowiek autentycznie lubiany to nie jest ktoś, kto do wszystkich słodko się uśmiecha. Bo jak ma ciągle przyklejony uśmiech, to właściwie nie wiadomo, jaki jest naprawdę.

– Dla mnie bardziej wartościowy niż człowiek miły jest ktoś prawdziwy, szczery, autentyczny. Jak słyszę „lubiany”, to myślę: „Ktoś, z kim się dobrze czuję, z kim chcę przebywać”. I widzę twarze przyjaciół i ludzi oświeconych: Dalajlamy, papieża, Małgorzaty Braunek. To są ludzie otwarci, promienni, pozytywnie nastawieni do świata. Mówią drugiemu człowiekowi „tak”, noszą w swoim sercu miejsce dla niego. Nie krzątają się wokół własnego ogona, bo już wiedzą, że nie o to chodzi. Są pogodzeni z losem, wszechświatem. Wiedzą, że ty nie jesteś nikim innym niż oni. Jak się uśmiechają, to do siebie, ciebie, do psa, drzewa. Choć o nic nie zabiegają, ich się prawdziwie lubi – mówi Sonia.