Festiwal Filmowy Pięć Smaków: subiektywny wybór

Festiwal Pięć Smaków

6. edycja Festiwalu Filmowego Pięć Smaków to jak co roku spotkanie z egzotyką oraz zupełnie innym podejściem do życia, ludzi i sztuki filmowej.

Festiwal Pięć Smaków/więcej w galerii

Przygodę z tegorocznym festiwalem zaczęłam od „Kobiety w szambie”, filipińskiego kandydata do Oscara. Opowiada o dwójce młodych niezależnych filmowców, którzy pragną nakręcić mocny film, najlepiej taki, który od razu zostanie zauważony w Cannes i nominowany do Oscara.

Mamy zatem historię w historii, film o kręceniu filmu, co chwila przenosząc się ze świata producenckich ustaleń do historii opowiadanej przez filmowców, która jest co chwila „udoskonalana”, bo to by zagwarantować im najlepsze recenzje. „Kobieta w szambie” jest satyrą zarówno na kino filipińskie, które swobodnie czerpie z mocnych tematów społecznych (jak dziecięca prostytucja, czego świetnym przykładem jest bardzo dobry zresztą film „Lilet Never Happened”, pokazywany podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego), jak i na kino niezależne – nowy, modny trend i jednocześnie typ filmowców, którzy marzą o sławie, starając się o kolejne granty.

Z kolei spośród propozycji kina malezyjskiego wybrałam „Bunohan”, antyczną wręcz opowieść o trzech braciach, którzy – każdy z innych powodów – wracają na malezyjską prowincję, do domu swojego ojca, by spotkać czekające na nich przeznaczenie.

Film opowiada z jednej strony o tragicznej historii braci, nad którymi ciąży nieobecność matki i zawiła historia miłosna jej relacji z ojcem, a którzy nie widzieli się od lat. Ukryte żale, wyszeptane nagle sekrety i bolesna tęsknota za matką, sprawiają, że każdy z trzech synów spotyka swoje fatum.

Historia jest o tyle uniwersalna, że opowiada o znaczeniu rodzinnej ziemi, która dla jednego bezcenna ze względu na obecność duchów przodków, dla drugiego ma wartość jedynie finansową. Opowiada też o tym, jak nowe wchodzi na tereny dotąd uznawane za święte, jak miasto wdziera się na tereny prowincjonalne, patrząc na nie tylko z perspektywy ekonomicznej i turystycznej.

Rozczarowaniem z kolei okazał się film najbardziej przeze mnie wyczekiwany czyli „Powrót do Birmy”. Liczyłam na obraz, który wpuści widza do kraju dotąd pokazywanego jedynie fragmentarycznie przez dokumentalistów. I owszem, tak jest, ale reżyser pokazuje nam właściwie jedynie północną część Birmy, blisko granicy z Chinami. Przez chwilę możemy podziwiać targ w Mandalay, drugim największym birmańskim mieście, ale to wszystko.

„Powrót do Birmy” opowiada o pracującym w Chinach na budowie Birmańczyku, który wraca na Nowy Rok do rodzinnej wsi. Nie było go dziesięć lat, obserwuje zatem, jak funkcjonuje lokalny biznes i czy on sam ma szansę odnaleźć się na tyle, by nie wracać do znienawidzonej pracy. Okazuje się, że w jego regionie wszyscy najchętniej wyjechaliby za granicę, do Chin, Malezji, Europy, tak naprawdę gdziekolwiek, byle nie tkwić w birmańskim marazmie. Rzeczywistość nie wygląda kolorowo: wokół jest biednie, młodzież nie chce kończyć szkół, nie chce pracować w kiepsko płatnych zawodach, a jednocześnie koszty zdobycia wizy są tak zaporowe, że mało komu udaje się wyjechać.

Historia sama w sobie jest wzruszająca, choć nie oryginalna, bo takich miejsc ogarniętych niemocą znajdziemy na mapie świata mnóstwo. Ale mało w tej historii Birmy właśnie: oglądamy na ekranie chińskich bohaterów, mieszkających blisko granicy birmańsko-chińskiej, zatem ani kolorytu ani specyfiki lokalnej nie odczujemy. Trzeba jednak zakupić bilet i wsiąść w samolot, żeby Birmę poznać na własne oczy.