Haruki Murakami: „Zawód: powieściopisarz”

mat. prasowe

Najwybitniejszy i najbardziej znany na świecie pisarz japoński, od lat na krótkiej liście do literackiego Nobla, mierzy się ze swoim zawodem. O czym mówi, kiedy mówi o pisaniu? Odpowiedź na to pytanie czytelnik znajdzie w jego książce „Zawód: powieściopisarz”.

mat. prasowe

Jego utwory zostały przetłumaczone na ponad pięćdziesiąt języków. Jest autorem takich literackich hitów jak „Przygoda z owcą”, „Kronika ptaka nakręcacza” czy „Norwegian wood”. Haruki Murakami nie udziela wywiadów, rzadko pojawia się w mediach. Nigdy nie zamierzał zostać pisarzem. W wieku trzydziestu lat napisał powieść, która niespodziewanie dostała nagrodę za najlepszy debiut. W ciągu całej literackiej kariery nigdy nie miał kryzysu twórczego. Od dawna już chciał opowiedzieć o tym, jak to jest być powieściopisarzem.

Dlaczego akurat słowa Zbigniewa Herberta dodają odwagi Murakamiemu? Jak w kraju, w którym ceni się harmonię i negatywnie patrzy na wychodzenie poza przyjęte schematy, udało mu się zachować oryginalność i wolność, która potrzebna jest twórcy? Jak nie utracić wiary w siebie w obliczu bardzo surowej krytyki? Jakim człowiekiem jest powieściopisarz? To tylko niektóre kwestie podejmowane przez japońskiego autora. Murakami wyjaśnia też m. in. dlaczego nie pokazuje się publicznie, rzadko występuje w mediach, nie bierze udziału w publicznym podpisywaniu książek oraz na czym polega „miesiąc miodowy” pisarza i czytelnika. „Zawód: powieściopisarz” to napisane dowcipnie, rzeczowo, ale ze sporą dozą autoironii, eseje na temat tego zawodu. Murakami z dystansem patrzy na siebie jako twórcę i dzieli się swoimi przemyśleniami na temat procesu tworzenia. W książce nie zabraknie też historii o prywatnym życiu autora – o dzieciństwie na przedmieściach między Osaką a Kobe, młodości, studiach i opowieści o tym, gdzie zdobywał prawdziwą wiedzę o życiu i żonie, która od zawsze jest pierwszą czytelniczką jego powieści.

Fragment książki:

Budzę się codziennie rano, podgrzewam w kuchni kawę, nalewam do dużego kubka, niosę kubek do gabinetu, siadam przy biurku i uruchamiam komputer (czasami tęsknię za liniowanym papierem i długo używanym i ukochanym grubym piórem Mont Blanc). Zaczynam się zastanawiać: „No to o czym by tu napisać?”. Jestem w takich chwilach naprawdę szczęśliwy. Pisanie nigdy nie wydawało mi się męczące – mówię to szczerze. Nigdy też (na szczęście) nie zdarzyło mi się przeżywać męki twórczej z powodu tego, że nie mogę pisać. Myślę wręcz, że gdyby mi to nie sprawiało przyjemności, pisanie nie miałoby w ogóle sensu. Nie mogę się pogodzić z ideą pisania jako ciężkiej pracy. Według mnie powieść to coś, co w zasadzie powinno samo łatwo się narodzić.