Polsko-włoski „Tłumacz” już na ekranach. Wywiad z Kamilem Kulą

Mat. pras. filmu „Tłumacz”

Na planie polko-włoskiej produkcji Kamil Kula wcielił się w postać rumuńskiego stypendysty Andreia. Jak wyglądała praca na planie we Włoszech?


Na ekrany kin trafiła polsko-włoska koprodukcja, w której główną rolę zagrał Kamil Kula. Polski aktor wcielił się w postać Andreia, studenta literatury z Rumunii. W wywiadzie dla Zwierciadlo.pl opowiada o pracy na planie we Włoszech. O swoich planach zawodowych mówi: Jestem otwarty na to, co przyniesie przyszłość.

reklama

Jak został pan tytułowym „tłumaczem”?
Zostałem zaproszony na casting, dostałem kilka scen do nauczenia się po włosku. Wcześniej w zasadzie nie miałem kontaktu z tym językiem, ale pomogło mi dwóch kolegów Włochów, prowadzących sklep z winami w miejscu, gdzie wtedy mieszkałem. Nagrałem prawidłową wymowę na dyktafon i po prostu się jej nauczyłem.

U włoskiego reżysera zagrał pan rumuńskiego stypendystę, więc pracował pan w podwójnie obcym środowisku. Co było najtrudniejsze?
Najtrudniejsze były pierwsze chwile na planie. Nagle uświadomiłem sobie, że cała ekipa, która mnie otacza w liczbie około 40 osób, to Włosi. Głowa zaczęła trochę wariować, mówiłem sobie, że przecież gdy tylko się pomylę albo coś przekręcę, będą się ze mnie śmiać lub będzie trzeba powtarzać ujęcie – to mnie stresowało. Na szczęście zarówno reżyser – Massimo, jak i Claudia bardzo mnie podnieśli na duchu. Po pierwszym dniu zdjęciowym powiedzieli „Kamil, wszystko jest bardzo dobrze, nie myśl już tyle, bo oszalejesz” i od tej pory wszystko się odblokowało. Zresztą wszyscy na planie byli dla mnie bardzo serdeczni i pomocni.

Ile w bohaterze, którego widzimy w filmie, jest z pana?
Myślę, że zdecydowanie więcej nas dzieli niż łączy. Podobnie jak Andrei, bardzo lubię swoją pracę, która jest jednocześnie moim hobby i wykonywanie jej sprawia mi przyjemność. W przeciwieństwie do niego jestem jednak osobą raczej otwartą i ekstrawertyczną – oczywiście w gronie znajomych. Cieszę się życiem, a z usposobienia jestem optymistą. Choć w zasadzie to pytanie należałoby skierować do moich przyjaciół, ciężko być obiektywnym na swój temat, być może oni widzą mnie zupełnie inaczej.

Andrei żyje codziennością emigranta, który oszczędza każdy grosz, wydaje się zdeterminowany w dążeniu do celu, a jednak robi krok, które może kosztować go utratę wszystkiego, co z takim trudem osiągnął. Dlaczego decyduje się na takie ryzyko?
Cała ta postać była dla mnie dużą zagadką. Ja prawdopodobnie nie zachowałbym się jak on w podobnej sytuacji, choć sam podejmuję w życiu czasem ryzykowne decyzje. Prawdę mówiąc, aktor ciągle ryzykuje – każdy projekt: film, teatr, telewizja jest czymś nowym, nigdy nie wiadomo, jaki będzie efekt końcowy. Myślę, że Andrei poczuł ostatnią szansę na zmianę w życiu bądź po prostu na swego rodzaju przygodę. Sami zresztą nie możemy stwierdzić, jak byśmy się zachowali w takiej sytuacji.

W „Tłumaczu” ważną rolę odgrywa zdrada. Także Andrei dopuszcza się zdrady – jako mężczyzna, przyjaciel, tłumacz, a mimo to pozostaje w pewien sposób szlachetny. W jaki sposób uzyskał pan taki efekt?
Jeśli tak rzeczywiście jest, bardzo dziękuję. Aktor zawsze stara się bronić swojej postaci. Nie chodzi tu o dosłowne znaczenie tego słowa, ale o swoiste usprawiedliwienie czy też uprawdopodobnienie wyborów i zachowań. Chciałem, aby wynikały one z jego uczuć i prawdziwego przekonania Andrei o ich słuszności.

Pańska filmową partnerką była Claudia Gerini, bardzo popularna włoska aktorka. Jak się wam współpracowało?
Claudia to bardzo sympatyczna i ciepła osoba. Świetnie przygotowana do pracy, profesjonalistka w każdym calu, to było bardzo wartościowe spotkanie.

Film miał już swoją premierę we Włoszech. Jak został przyjęty?
Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, ponieważ nie mogłem być na premierze ani w Rzymie, ani w innych miejscach z powodu zobowiązań zawodowych w Polsce.

Zdjęcia do „Tłumacza” były kręcone w Trydencie, który od lat znajduje się w czołówce włoskich miast, w których żyje się najlepiej. A jak panu się tam żyło i pracowało?
To pięknie miasto otoczone malowniczymi górami, gdzie język włoski przeplata się z niemieckim. To rownież ciekawa mieszanka kuchni włoskiej śródziemnomorskiej i tyrolskiej. Film kręciliśmy w lutym i to była naprawdę piękna, słoneczna zima.

Czy planuje pan wrócić na plan we Włoszech?
Mam tam agenta, ale nauczyłem się już niczego zawodowo nie planować. To była dla mnie wielka przygoda, z której przywiozłem ogromny plecak doświadczeń. Teraz czekam również na premierę innego filmu, tym razem koprodukcji amerykańsko-polskiej „Music, War and Love”, gdzie dla odmiany wcieliłem się w Niemca. Jestem otwarty na to, co przyniesie przyszłość.