Małgorzata Rejmer: „Za wzgórzami”, w piekle naszym powszednim

„To nie jest film o miłości lesbijskiej ani o dziewczynie opętanej przez diabła, ani o fanatycznym zakonniku, ani o kościele ortodoksyjnym, ani o dobru i złu, ani o tym, co zdarzyło się w Tanacu – powiedział o swoim najnowszym filmie „Za wzgórzami” Cristian Mungiu, autor słynnego „4 miesiące 3 tygodnie 2 dni”.
Tym, co zdarzyło się w Tanacu, żyła cała Rumunia. My tu sobie pędzimy nasze pogodne, facebookowe żywoty pełne lajków i linków, a tam, w mołdawskim monastyrze, mniszki uwijają się jak szalone, próbując wypędzić diabła z jednej z sióstr, pod miłościwym okiem ojca przełożonego. W tym celu mniszkę przywiązuje się do krzyża, nie daje się jedzenia ani picia przez trzy dni, by nie karmić diabła, trzyma się ją w nieogrzewanej kaplicy w środku zimy, by osłabić złego, po czym diabeł ucieka, a dziewczyna oddaje czystą duszę Bogu, wyzionąwszy ducha. Jest rok 2006, w Rumunii wybucha skandal: jak to się mogło stać?

Mungiu wykorzystuje w swoim filmie wątki tragedii w Tanacu, by po raz kolejny pokazać skalę kryzysu, w jakim znajduje się rumuńskie społeczeństwo od 1989 roku. (Choć, jak twierdzą niektórzy historycy, Rumunia jest w kryzysie odkąd zapragnęła stać się częścią Europy, czyli od dobrych dwustu lat). Gdy w bukareszteńskim kinie skończyła się projekcja i zapadła grobowa cisza, po raz kolejny pomyślałam, jak niełatwo być Rumunem w kraju, który ma takich znakomitych reżyserów. Polakom dokłada głównie Wojtek Smarzowski, a tymczasem Rumuni mają całą armię bezlitosnych, samoświadomych rozliczycieli, specjalistów od kina społecznego. Czy można Rumunom się dziwić, że nie znoszą rodzimego kina?

„Za wzgórzami” podejmuje dialog ze słynnym filmem „Śmierć pana Lazarescu” Cristiego Puiu, pokazując szpital jako serce rumuńskiej znieczulicy, umieralnię, w której pracują ludzie niezdolni do wzięcia na siebie odpowiedzialności, instytucję przeżartą korupcją. W Rumunii służba zdrowia jest bezpłatna, co w praktyce oznacza, że w kopercie zostawionej na biurku lekarza musi być co najmniej 100 lei. Bezpłatny zastrzyk kosztuje 5 lei, ale jest bolesny, bo pielęgniarce się spieszy; bezpłatny zastrzyk bezbolesny kosztuje 10 lei. Kobieta, która daje łapówkę za poród, dostaje po porodzie torebkę z lodem; ta, która łapówki nie dała, słyszy: „Pani lodu nie potrzebuje”.

W filmie „Za wzgórzami” pada pytanie: kto jest winy temu, co się stało? Ale reżyser zdaje się pytać: kto jest winy temu, w jakim społeczeństwie żyjemy? I odpowiada: winni są wszyscy. Czyli nikt nie jest winny.

Alina, główna bohaterka, która zdaje się opętana, a w istocie jest chora psychicznie, to jednostka jednocześnie zbyt silna i zbyt słaba, by poradzić sobie we współczesnej Rumunii. Ojciec Aliny powiesił się, matka oddała ją do sierocińca. Tam dziewczynka musiała bronić siebie i swojej przyjaciółki Voichity, by uniknąć gwałtów. Wreszcie Alinę zaadoptowała bezdzietna para, ale po to, by mieć jeszcze jedną parę rąk do roboty. Alina wyjeżdża za granicę, ale po jakimś czasie wraca do Rumunii, by zabrać ze sobą Voichitę, która tymczasem, bezpańska i niczyja, została mniszką; monastyr jest dla niej namiastką rodziny. Nadwątlona psychicznie Alina, odrzucona przez Voichitę, dostaje w klasztorze ataku furii, zwiastującego załamanie nerwowe. Gdy zostaje przywieziona do szpitala, pielęgniarki sugerują, że pacjentka jest opętana, a lekarz uznaje, że w monastyrze będzie jej lepiej.

Alina musi unikać stresu, tymczasem trafia do miejsca, gdzie najmniejszy przejaw indywidualizmu jest karany, gdzie droga do Boga musi prowadzić określonymi etapami, a każdy gest jest reżyserowany przez ceremoniał. Alina, którą życie nauczyło, że naturalną formą reakcji jest agresja i bunt, w starciu z klasztorem-instytucją musi ponieść klęskę.

U Mungiu piekło jest ziemskie i realne: piekłem jest rodzina, sierociniec, rodzina zastępcza, szpital. Tylko w zakonie los samotnej dziewczyny kogoś interesuje, ale w tym przypadku dobre chęci zakonnic brukują Alinie piekło. „Za wzgórzami” to jeden z tych filmów, które oglądałam struchlała, choć nie jest on tak intymny jak „4-3-2”, nie ma takiej siły rażenia. Tym razem Mungiu przygląda się swoim bohaterkom z oddalenia, bez zbliżeń, pokazując przede wszystkim społeczne tło, wnętrza, plenery, przedmioty – to bardziej przypowieść o społeczeństwie niż historia prywatnego horroru.

Zastanawiałam się, dlaczego reżyser odwleka koniec, dodając kolejne epizody, aż zrozumiałam, że przygotowuje widza do sceny finałowej, gdy przednią szybę samochodu, wypakowanego bohaterami dramatu, zalewa bryzg brudnej, śniegowej brei. Asta e Romania, taka jest Rumunia, zdaje się mówić Mungiu.

[iframe src=”http://www.youtube.com/embed/npOe0gzdBfQ” frameborder=”0″ allowfullscreen” width=”100%”
height=”315″]