Spotkania: Julia Hartwig

fot. Rafał Masłow

O jej poezji napisano, że ma moc ocalania. Julia Hartwig sama obserwuje ją z ciekawością, cieszy się nieustającą zmianą. W najnowszym tomie wierszy „Zapisane” odsłoniła się być może najbardziej – patrzy na życie, w którym dni są liczone do końca, i na to, co zostaje. To wielki hymn życia.

Dzisiaj chętniej mówi pani o sobie?

Jestem tak ukształtowana, że trudno mi mówić o bardzo osobistych sprawach. Pisanie najczęściej nie pochodziło u mnie z emocji, chociaż emocje grają rolę w każdym pisaniu. Kiedy powstał pierwszy wiersz z tomu „Zapisane”, zrozumiałam, że jest zupełnie inny od tego, co dotąd pisałam, i że następne będą kontynuacją tej formy. Wiersze zaczęły się składać w jeden duży poemat o ludzkim losie, o wartości życia, tworząc książkę bardzo osobistą, a jednak daleką od obnażania siebie. Właściwie o żadnej książce tak nie myślę jak o tej, że jest naprawdę moja.

Czytelnicy znajdują w tych wierszach coś, co powoduje, że pytają panią jak filozofa albo kogoś, kto zapewne wszystko o życiu wie. Słyszałem, jak ktoś panią zapytał: „Po co jest życie?”. Jak pani się z tym czuje?

To dla mnie kłopotliwe, bo nie poczuwam się do wiedzy o dobrym życiu. Oczywiście, człowiek, który zajmuje się sztuką, wie o życiu więcej. Sztuka daje możliwość odpowiedzi, bo jej dzieło przeszło przez naszą wewnętrzną próbę. To, co napisane, to wynik tej próby. Czytelnicy pytają, bo mają do mnie zaufanie. Starają się do mnie dotrzeć poprzez to, co piszę. Tak to jest pomyślane.

„Zapisała” pani również Paryż, miasto przez siebie ukochane, jako „dzisiaj samotne”. Dlaczego?

Widzę je jako samotne beze mnie i nie widzę w nim nikogo bliskiego.

Dużo spacerowała pani po Paryżu?

Bardzo.

Nocami też?

Tak. Zawsze była otwarta jakaś kawiarnia, mogłam zejść na kawę, przyjrzeć się ludziom. To były wspaniałe spacery. Miałam poczucie, że nic nie muszę. Wszystko było i należało do mnie.

fot. Rafał Masłow

Zdarza się pani myśleć o powrocie?

Pobyty w Paryżu to było chodzenie, dużo już bym teraz nie uchodziła, ale nie jest wykluczone, że jeszcze tam wrócę kiedyś.

Jest jakaś ulica, za jaką pani tęskni?

Chętnie bym wróciła na rue de Tournon, gdzie mieszkałam, po drugiej stronie Saint Germain. Nie byłby to Paryż do zdobywania, tylko do przypominania. Poszłabym na targ, który miałam obok, do restauracyjki z ostrygami. Jestem ciekawa, czy jeszcze sprzedają kwiaty na straganach, które pamiętam.

A jeśli nie ma ani restauracyjki, ani straganów?

Rozpaczy nie ma. Ale mogę powiedzieć: to było. To też jest dla mnie przeżycie.

O Paryżu napisała pani: „miasto pożegnane”.

A wciąż cicho nawołujące. Tak jest dalej w tym wierszu.

A Lublin?

Rozgrywa się w innej przestrzeni pamięci. Tam jest rodzina. Dobre wspomnienie dzieciństwa. Czyli to, co później nie było już dla mnie ważne. Lubię być w Lublinie. Tam na cmentarzu mam właściwie połowę mojej rodziny. Mamę na cmentarzu prawosławnym, a siostrę i ojca – na katolickim.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »