Hanna Samson: Nie spadamy z nieba

felieton Hanny Samson
123rf.com

Dawno, dawno temu… To nie tylko początek bajek, ale także naszej historii, która zaczyna się na długo przed narodzinami. Przeszłość rodziny stanowi klucz do zrozumienia siebie. A najciekawsze jest to, że i przeszłość możemy zmieniać
Kto nadał ci twoje imię i dlaczego? To proste pytanie wyzwala zwykle opowieści o tym, że mama chciała dać inne, ale tata się uparł albo babcia, albo obydwoje nie mieli wątpliwości, bo to na czyjąś cześć, i tak dalej. Patrycjusz ma na imię tak, jak ma, bo jego mama chciała, żeby był szlachetny. Asia miała być Karolem, więc na drugie ma Karolina. A skąd wzięło się pierwsze? Asia nie ma pewności, ale chyba od Joanny d’Arc, którą jej mama była zafascynowana w młodości. Maria jest Marią, bo w jej rodzinie rodzą się Marie i Elżbiety na przemian. Ale bywa też tak, że osoba pytana o historię swojego imienia odpowiada: „nie wiem”. Jasne, że nie każdy ma dostęp do swojej przeszłości zamierzchłej, ale pytania tego nie zadaję ludziom, którzy nie mieli szansy znać swoich rodziców. Pytam wtedy, gdy wiem, że przynajmniej z jednym z nich przeżyli dzieciństwo i młodość. A mimo to czasem nie wiedzą.

reklama

– Mama nigdy mi o tym nie mówiła – odpowiada 37-letnia Aniela, choć to imię w jej pokoleniu należy do rzadkości i aż się prosi, żeby zapytać, skąd się wzięło. Aniela nie zapytała. Ciekawa jestem, o co jeszcze nie zapytała swojej mamy, do której ma wielkie pretensje, że wszystko robiła nie tak. Ale właściwie do kogo je ma? Aniela nie wie zbyt wiele o swojej matce. Wszystko sprowadza się do tego, że była nieczuła, nie brała jej na kolana, nie przytulała. Dlaczego taka była? Aniela nigdy o tym nie myślała.

Bo czy znamy swoich rodziców? Obwiniamy ich albo idealizujemy, tworzymy na ich temat własne mity, rzadko próbując konfrontować je z rzeczywistością. Kto z nas zadaje sobie trud poznania własnej matki?

Niedawno ukazała się książka Katarzyny Drogiej „Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca”, która jest opowieścią o rodzinie i kończy się wzruszającą sceną jej przyjścia na świat w wyniku cesarskiego cięcia.

„Jak ją nazwiemy? – zapytał szczęśliwy Leszek, pochylając się nad żoną.

– Chcesz może, żeby Cezaryna?

– Nie, nie – blada jeszcze i zmęczona Janka zaprzeczyła – wystarczy, że jest pierwszą cesarzówną w tym zambrowskim szpitalu…

– To może… Katarzyna?

Janka uśmiechnęła się.

– Dobre imię – szepnęła – caryc, królowych i pokojówek! I wsiowych dziewczyn. I z moich kochanych „Wichrowych wzgórz”. No i jej babci!

Leszek wspomniał matkę, uśmiechnięte szare oczy spojrzały na niego w nagłym wspomnieniu, łza pożegnania i powitania zabłysła na jego policzku. Mocno przytulił zawiniątko, ubrane w mikroskopijny kaftanik, który sam uszył.

– Witaj, Kasiu! – powiedział cicho”.

Wiele dzieje się w tej opowieści, nim dojdziemy do końcowej sceny. Katarzyna wnikliwie opisuje historię swoich rodziców, poznajemy koleje ich losu, wartości i wybory życiowe. Tę książkę czyta się jak powieść, ale blasku dodaje jej fakt, że wyrasta z prawdziwego życia. Autorka uważnie bada miejsce, które przygotowali jej rodzice, by mogła się pojawić na świecie. Każdy z nas ma swoje miejsce w świecie przygotowane przez rodziców. Jasne, że nie zawsze jest takie ciepłe i przytulne, czasem wydaje się wręcz, że go nie ma, ale to niemożliwe. Każdy z nas ma swój własny punkt startu, z którego rusza w życie. Z różnymi zasobami, które dostał w domu. Bo nikt nie wychodzi z niego z niczym, nawet jeśli się czuje dziewczynką z zapałkami.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »