R14 kontra wi-fi

Lipiec 1981. Wakacje. Miejsce akcji – Włochy. Ciepły powiew Zachodu. Bardzo ciepły. W samochodzie Łada, niewprawnemu oku mogącym mylić się z dużym fiatem, powiew ten wpada jednym oknem i nieudolnie próbuje wypadać wszystkimi innymi.
Gdybyśmy usłyszeli wtedy słowo „klimatyzacja”, pomyślelibyśmy, że pewnie dotyczy jakiegoś zjawiska meteorologicznego. Plecy niemiłosiernie sklejone z oparciami foteli. Konsystencję powietrza zmienia jedynie co jakiś czas kolejny zapalany przez ojca papieros. Radio nie gra, bo je dzień wcześniej ukradli. Gra zakupiony za dewizy w Peweksie radiomagnetofon JVC, który z pietyzmem obsługuję z tylnego siedzenia.

reklama

Wkładam sześć baterii R14. Te poprzednie w nocy wyciekły i wszędzie jest dużo fajnej, brązowej mazi. Wkładam kasetę z piosenkami Paolo Conte i pilnuję, żeby nie wciągnęło. Przy długości taśmy 2 x 45 min to więcej niż prawdopodobne. Jak wciąga, trzeba szybko działać, bo zerwie i po ptokach. Jak nie zerwie, ołówkiem nawijam pomarszczoną taśmę z powrotem w kasetę. Potem tylko w tym miejscu będzie słychać małe rzężenie. Największy stres mam przy ulubionej kasecie ojca z piosenkami Leonarda Cohena. Dwa miesiące wcześniej, poznając tajniki nowego JVC, wcisnąłem przycisk nagrywania z radia. Zawsze po drugim „I need you” odzywa się męski głos: „Wsiadła do pociągu, perony u nas dopiero co…” i znowu Leonard: „I need you now!”. Ojciec wymownie spogląda w lusterko. Do dziś, jak słyszę tę piosenkę, nieswojo się czuję przy drugim refrenie. Co jeszcze? Ekspresowy kurs języka włoskiego. Hasło: „Io sono Polacco”, odzew: „Papa, Boniek!”. Rozdział piłkarski: „Posso giocare con voi?”. Rozdział gastronomiczny: „Io voglio coca-cola”. Zachwyt puszką z napojem. Chcę ją zabrać na pamiątkę do Polski.

Deborah na balkonie naprzeciwko. Też ma sześć lat i kwiatek w kruczoczarnych włosach. To znaczy ja akurat kwiatka nie posiadam, a włosy naonczas platynowe. Też ją zaciekawiły. Czarna saszetka. Zawsze przy ojcu. W niej paszporty z wizami – przedmioty najwyższej wagi, miesiącami załatwiane w ponurych urzędach, których na szczęście nie pamiętam. Saszetka zawsze najważniejsza.

Ciągają mnie po muzeach i trochę mylą mi się Rafaele, Donatelle i Michelangele i, niestety, przegrywają konkurencję z plażą i tortellini.Kolacja z Ważnym Panem. Wszyscy bardzo przejęci, a mnie strasznie śmieszy, że jest tak gorąco, a Pan nazywa się Mrożek. Pod koniec wakacji zdradzam pierwszy w życiu przejaw patriotyzmu: „tęsknię już za zieloną trawką!”. Saszetka, łada, JVC, powrót.

Lipiec 2011. Wakacje. Miejsce akcji – Unia Europejska. Samochód pożyczony w miejscowym rent a car.

GPS prowadzi mnie niby do celu, ale mam wrażenie, że ta baba gada takie same głupoty jak ta w Polsce. Każą mi przykręcić klimę, bo za zimno. Saszetka żółta, malutka, bo dowody osobiste i karty kredytowe dużo miejsca nie zajmują. Córka wkurzona, że jej roamingu nie wykupiłem. Może tylko grać w gry na telefonie. Nawet pogody sprawdzić nie może. Masakra. Ja sam lekko zaniepokojony, bo już dobry tydzień na Facebooku nie byłem i kompletnie nie wiem, co się dzieje… Trzeba będzie jakieś free wi-fi znaleźć, bo człowiek do reszty zdziczeje. Dobrze, że w hotelu znaleźliśmy TVP Polonia, to przynajmniej kontaktu z mową ojczystą do końca nie stracimy! Hotel zresztą przyjemny. Można sobie spokojnie usiąść z tabletem i postukać w szybkę, pisząc felieton. Trzeba jednak znaleźć to wi-fi, żeby wysłać… Rodzina mi się tylko gdzieś po mieście rozeszła i mam nadzieję, że mają komórkę, to wyślę SMS i sprawdzę, czy Donatello, czy plaża i tortellini!

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »