Ksiądz Jan Kaczkowski o podejściu do chorych na raka

Vlog ks. Jana Kaczkowskiego - Smak Życia 1 - Boska Tv

Dawniej lekarze obchodzili się z pacjentami onkologicznymi bardzo delikatnie. Starali się oszczędzić ich psychikę, by mieli siłę do walki z chorobą. Mówili o rokowaniach niewiele, optymistycznie albo wcale. Teraz jest dokładnie odwrotnie. Obowiązuje dyktatura najgorszej nawet prawdy. Takiej prawdy, która bywa podana okrutnie i często jest trudniejsza do udźwignięcia niż sama choroba. Skąd wzięła się tak radykalna zmiana w podejściu do sprawy i czemu ma to służyć pytamy księdza JANA KACZKOWSKIEGO, założyciela puckiego hospcjum, a jednocześnie pacjenta onkologicznego, zmagającego się aktualnie z chorobą nowotworową.

fot. archiwum

reklama

Dlaczego lekarz stara się dziś być forpocztą śmierci? I czy aby na pewno pacjentowi, a nie lekarzom potrzebna jest ta ostateczna rozmowa, jakiej dawniej chorym oszczędzano?

Ja bym tę sytuację zniuansował. Ani tamta paternalistyczna – jak ją nazywamy w bioetyce – sytuacja, kiedy się pacjentowi prawdy nie mówiło, nie była dobra, ani ta obecna, w której mówi się prosto z mostu, bez żadnego psychologicznego wsparcia – także nie poprawia dobrostanu chorego.

A ten dobrostan jest przecież pacjentom bardzo potrzebny, żeby widzieli sens stoczenia walki z rakiem, aby znieść uciążliwości terapii.

Według WHO choroba to zaburzenie dobrostanu zarówno fizycznego, jak i psychicznego. I te dwa czynniki muszą być bardzo zrównoważone. Nie wyobrażam sobie współcześnie postawy paternalistycznej, ojcowskiej, która przyjmowała założenie, że pacjent nic nie rozumie. Z niego wynikało to, że lekarze rozmawiali nad głową chorego po łacinie, wymieniając jakieś zdawkowe uwagi. A zainteresowanemu nie mówili nic. Ale znowu też ta obecna, anglosaska szkoła, która się umocniła teraz zwłaszcza w Polsce, według której obwieszcza się pacjentowi diagnozę bez ogródek, ceregieli, bez wsparcia, za to z bezpośrednim wyliczeniem, ile panu zostało – w moim odczuciu jako praktyka opieki hospicyjnej, ale także, niestety, jako praktyka, który choruje – z całą pewnością nie jest do końca poprawna. Od wielu lat zajmuję się przekazywaniem trudnych informacji. Sam też byłem podmiotem ich przekazywania. Staram się także uczyć młodych lekarzy, jak je poprawnie przekazać. Muszę jednak zaznaczyć, że psychologia jest ważna, choć to nie wszystko. W większości typów nowotworów, wiem to od samych psychologów, nie wykazano korelacji pomiędzy dobrym prowadzeniem psychologicznym chorego a klinicznym postępem lub nie choroby. Co z drugiej strony nie oznacza, że opieka psychologiczna jest niepotrzebna. Ona stanowi o ogólnym dobrostanie, ale nie musi się bezpośrednio przekładać na postęp choroby. Stąd też błędne jest przekonywanie pacjenta: „Musisz się trzymać, bo jak nie…”. Takie stawianie sprawy może prowadzić do poczucia winy: „Nie trzymałem się, załamałem, nie potrafiłem wyzdrowieć”. Od naszej wolnej woli niewiele tu zależy.

Istnieje klucz do tej poprawności przekazywania trudnych informacji?

Przede wszystkim na początek jako ci, którzy przekazujemy trudne wiadomości, musimy wiedzieć, na ile pacjent wie, w jakim znalazł się położeniu. Mnie jest o tyle łatwiej, że mogę się schować trochę za wizerunek „głupiego księżulka”. Siadam przy łóżku pacjenta – nie stoję nad nim!

Żeby to była rozmowa na równym poziomie…

Tak, zgodnie ze sztuką psychologii, czyli siadam twarzą do niego, a nie za jego głową. Wyczuwam intuicyjnie, czy on chce być przeze mnie dotknięty, czy nie – bo też mamy różne sfery bezpieczeństwa czy intymności. Niektórzy od razu bardzo ciepło przyjmują to dotknięcie, niektórzy od razu dają sygnał, że lepiej być na dystans. Kiedy już zachowamy te wszystkie podstawowe prawa psychologii, ale także zwykłej ludzkiej kultury na poziomie nawyku, że pukamy do drzwi, zanim wejdziemy, i że się przedstawiamy, można zacząć: „Nazywam się ksiądz Jan Kaczkowski. Jestem tutaj dyrektorem. Czy mogę z panem porozmawiać? Jak pan ma na imię?” „Zbyszek”. „Czy mogę do pana mówić: panie Zbyszku?” Ja zasadniczo nie przechodzę z pacjentami na ty. Choć oni czasem to proponują. Ale wolę zachować pewien profesjonalny dystans. On mi będzie potrzebny wtedy, kiedy stan pacjenta zacznie się pogarszać. Kiedy pacjent będzie miał prawo być na mnie wściekły. Kiedy jestem w takiej w miarę kordialnej relacji: „Panie Zbyszku/pani Zosiu”, wtedy o wiele łatwiej troszkę cofnąć się za profesjonalizm. Początkowo ustalona kordialna relacja sprawia, że pacjent w przyjaznej dla niego atmosferze powie, co wie. I wtedy sytuacje bywają różnorakie. Oczywiście, idę do takiej rozmowy przygotowany, przeczytawszy uprzednio wszelkie udostępnione mi jako dyrektorowi hospicjum medyczne dokumenty o stanie chorego. Wtedy od razu mogę ocenić, jak dużo pacjent wie, czy nie wie nic, czy też stosuje wypieranie, bo na przykład mając zaawansowany nowotwór wątroby, mówi: „Och, tak mi jakoś… wątroba nawaliła”. Albo mając nowotwór płuc, mówi: „Miałem grypę, ale jej nie doleczyłem i stąd powikłania”. Wyparcie bywa bardzo głębokie, spotykam pacjentów po całym leczeniu onkologicznym, kiedy trafiają do opieki paliatywnej, a nadal wypierają chorobę mimo jej oczywistych objawów. I to nie zawsze jest wina lekarza. Bywa tak, że nie miał on odwagi powiedzieć choremu, że odstępuje od leczenia. Ale często pacjent słyszy wyraźnie takie słowa, ale je odrzuca. Natomiast jeżeli powie mi: „Myślałem, że to była grypa. Miałem gorączkę, ale później zrobiono biopsję i wyszło utkanie nowotworu w prawym płacie płuca”, to ja wiem, że on wie. Jeśli zaś okazuje się, że nie wie, wykonuję tak zwany strzał ostrzegawczy. I tak powinien postąpić każdy lekarz.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »