Prawo ojca

Wierzę, że miłość ojcowska może być równie silna i skora do poświęceń jak miłość macierzyńska. Czasem jednak budzi ona moją nieufność. Zwłaszcza wtedy, gdy wybucha gwałtownie dopiero w czasie rozwodu i skierowana jest przeciwko matce dziecka.

reklama

Wreszcie głośno się mówi o przemocy w rodzinie. I choć jej ofiarami są najczęściej kobiety i dzieci, to niemal w każdym programie publicystycznym, który porusza ten problem, na pierwsze miejsce wysuwa się odkrycie, że bywają nimi również mężczyźni. Z pewnością jest to prawda, tyle że ich odsetek jest znikomy, choćby z racji przewagi fizycznej, którą zwykle mają. A jednak to ich krzywdy są opisywane szczegółowo, gdy mowa o zjawisku, które dotyczy głównie kobiet i przez lata było przemilczane. Nie uważam, że męskie krzywdy mniej zasługują na uwagę niż kobiece. Wiem, że przemoc to nie tylko męska specjalność. Tak jak nie są wyłącznie kobiecą domeną próby zawłaszczania dzieci po rozwodzie.

Stowarzyszenie Obrony Praw Ojca co jakiś czas ogłasza, że matki nie dopuszczają ojców do dzieci, że sfeminizowane sądy rodzinne automatycznie stają po stronie kobiet, przyznając im prawo do opieki. Że mężczyzna jest dla sądów figurą podejrzaną, stojącą z góry na straconej pozycji. I z pewnością tak to wygląda z perspektywy ojców, którzy bezskutecznie domagają się swoich praw. Ale znam wiele sytuacji, gdzie to oni walczą o to, by odebrać prawa matce. I czasem im się to udaje. Czy robią to z miłości do dzieci? Niektórzy tak. Częściej jednak motywem ich działań wydaje się chęć zemsty na kobiecie, którą kiedyś kochali. Wiedzą, gdzie uderzyć. Zatrudniają prawników, znajdują najdziwniejszych świadków, przeciągają dzieci na swoją stronę. I to latami. A te podobno prokobiece sądy rozpatrują sprawę za sprawą, rozważając, czy matka aby na pewno jest wydolna wychowawczo, czy potrafi zapewnić środki, czy jest wystarczająco odpowiedzialna, czy nie ulega nałogom, czy jest zdrowa

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »