Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska i beszamel


Są ludzie, którzy działają jak balsam na duszę.

Do takich należy Zosia Jabłonowska-Ratajska. Rok temu z hakiem poprosiła mnie o kilka zdań na okładkę książki „Walca tańczyłam najlepiej z panien… Z chęcią, odparłam. I wykonałam – a tu cytuję, bo oddaje naturę autorki. „ Wiecie, jak ona tańczy? Tak jak rozmawia, jak gotuje, jak opowiada – całą sobą. We wszystko tak wchodzi, w te historie też. Czyta się cudownie i lekko, jak w takt walca. Autorka zastępuje wodzireja: karnawałowe obyczaje raz, pożytki z tańców – dwa, patriotyczne obowiązki – trzy. Karnawałowy obyczaj rodzi się w średniowieczu, szlifuje w renesansie, trwa do dziś – ale co oznacza, czym się charakteryzuje? W czasie wszechogarniającego nasz kraj kilkutygodniowego okresu balowania do głosu dochodziły czynniki natury ogólnej, państwowej; także, a niekiedy – nade wszystko – intrygi personalne, planowanie mariaży, rozpoznanie zalet i wad „oferty”. Niby to rozprawka o przyjemnościach, sprawach ulotnych i ubocznych, toczących się gdzieś na  marginesie rzeczy wielkich. W istocie, dostajemy do ręki wachlarz… tematów: od mody do polityki, od konwenansów do postaw moralnych. Zofia Ratajska de domo Jabłonowska oprawia w błyskotliwy komentarz cytaty z pamiętnika babki (ten słynny niebieski zeszyt!), listy dalszych i bliższych krewnych, wspomnienia znajomych. Zabawia czytelnika listą tańców, gier towarzyskich, tanecznych figur – jak Rabelais litanią rozrywek, którym oddawał się młody Gargantua. Więc bądźmy czujni! Książka „Walca tańczyłam najlepiej z panien…” – napisana jakby mimochodem, bez dydaktycznych przechyłów – jest dokumentem przedstawionym w uroczej, prawie romansowej formie. Bo karnawał sprzyjał, i nadal sprzyja, miłosnym aferom. Ten literacki walc odtańczony do melodii granej przez tapera, orkiestrę cygańską czy magnetofonową taśmę uświadamia zmiany obyczajowe, społeczne i polityczne, jakie zaszły w naszym kraju przez ostatnie 160 lat (tak mniej więcej). Okazuje się, że zygzaki historii, przewartościowania tradycji, norm etycznych i estetycznych najlepiej widać na balu.”   Teraz o Zosi-kucharci. Już przy pierwszym spotkaniu byłam pod wrażeniem entuzjazmu, który z niej emanował. To jej podejście do życia, empatia dla bliźnich i optymizm zamieniały najzwyklejszy posiłek w ucztę. Posłuchajcie.   Pod pierzyną (Przepis na jarzyny w sosie beszamelowym z sadzonymi jajami)   Byli młodym, sympatycznym małżeństwem. Sławek Ratajski, choć w sztuce zorientowany na drapieżną ekspresję, miał naturę subtelną i nienaganne maniery. Zosia, dziedziczka historycznego rodu Jabłonowskich, wykazywała zdolności literackie i niezgłębiony pokłady optymizmu. Wizyta u nich należała do zajęć relaksowych. W jej trakcie Sławek uraczył nas pokazem swych najnowszych prac, a jego żona ciepłīm daniem. Zanim do tego doszło, pan domy bawił nas rozmową o wyższości dzikiej figuracji nad innymi plastycznymi kierunkami. – W tej chwili artyści mają poczucie większej wolności, zamykanie się w jednym stylu uważają za zniewolenie – prawił. – Mogą więc dzisiaj malować ekspresyjne figury, a jutro słodki obraz romantyczny. Nie o o to chodzi, że nagle przemieniam się w romantyka, tylko że mam prawo poddać się emocjonalnie jakiejś idei, która każe mi malować zupełnie inny obraz i użyć efektów wcześniej zaistniałych w malarstwie romantycznym. Podobnie mogę zacytować Picassa, van Gogha, czy nawet Rembrandta, jeżeli będzie mi to potrzebne do trafniejszego wypowiedzenia myśli – tłumaczył, podczas gdy Zosia podawała koreczki helskie – polskie anchois, położone na maleńkie kwadraciki bułki z masłem, ozdobione plasterkami świeżego ogórka. Zakąska pozwoliła oczekiwać bez zniecierpliwienia na ciepłą potrawę, zapowiedzianą jako światowa premiera. – Nowy ekspresjonizm związany jest z moim pokoleniem, uczestniczącym w subkulturze młodzieżowej – kontynuował Sławek po przełknięciu kilku koreczków. – Łatwość używania ostrych środków i przełamywanie barier jest dla naszej generacji czymś naturalnym. Użycie ostrego koloru, ukazywanie człowieka w nieprzewidzianych sytuacjach – to swego rodzaju następstwo przebywania w świecie głośnej muzyku, intensywnych barw, mocnych, brutalnych sformułowań. Słuchaliśmy, całkowicie zgodni. Patrząc z zewnątrz, scena mogła wydać się groteskowa: głowa Sławka ledwo sięgał blatu stołu, mój mąż garbił się ponad normę, wyniesiony stołkiem wysoko ponad poziom talerzy. Co do mnie, przydzielony mi dziewiętnastowieczny fotel zmuszał do przyklęknięcia. W tych zróżnicowanych pozycjach przystąpiliśmy do degustacji światowej premiery. Najpierw wjechała wiosenne sałata w sosie francuskim (tu Sławcio odkorkował białe wytrawne francuskie wino), zaraz po niej Zosia postawiła premierę. Przezroczysty, żaroodporny półmisek wypełniała biaława masa. Jej zapach niewiele wyjaśniał. Na wierchu parskały ledwo ścięte, sadzone jaja. Autorka nie chciała zdradzić, co weszło w skład dania, każdy dochodził tego indywidualnie, smakując przydzieloną porcję. – Seler, mam seler – zdecydowałam i okazało się, ze tak, mam rację. – Marchewka, znalazłem marchewkę – ucieszył się mój mąż. Też trafił. – Chyba trafiłem na kawałek wołowiny –  zatriumfował Sławek. Również nie pomylił się. – A co to za delikatny krem, jak sos beszamelowy? –  zbiorowo indagowaliśmy Zosię. – To sos beszamelowy – ta potwierdziła nasze przypuszczenia. – Mmm, Zosiu, to znakomite! – komplementował żonę Sławek. – Subtelne, a zróżnicowane smakowo! – dołączyliśmy się do wieńca zachwytów. Z trudem udało mi się wyciągnąć z Zosi przepis (czyli improwizację). Więc ugotowała włoszczyznę, pokroiła w plasterki, dodała kawałki pieczeni wołowej i wieprzowej, zalała sosem beszamelowym, na wierzchu posadziła jajka (po jednym na głowę) i zapiekła w piekarniku., Rzeczy była gotowa po 10 minutach. Na deser wydano kawę z kruchymi ciasteczkami. Do tego – rewelację. Nie, nie kulinarną. Chodziło o rychłe powiększenie (liczebne) rodziny Ratajskich. Przed wyjściem słuchaliśmy ulubionego zespoły gospodarza: The Doors. Podzielałam jego smak, lubiłam ekspresję. Po tych ostrych doznaniach wyszliśmy w niemal kompletną ciszę i ciemność żoliborskich ulic. – Jakby ktoś polał beszamelem… – ocenił mąż.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI