„Byłem panią domu”. Wywiad z poetą i blogerem Jakobe Mansztajnem

fot. Beata Zawrzel

„Byłem panią domu”, czyli co jest dziś męskie a co żeńskie? Z poetą i blogerem Jakobe Mansztajnem rozmawia Magda Kuydowicz

reklama

Rozmawialiśmy na łamach dwa lata temu. Sporo się u ciebie od tego czasu zmieniło: autorski program z Rafałem Żabińskim „Make Poland Great Again” na gazeta.pl, trzecia przeprowadzka do Warszawy, kolejny nienapisany wiersz i zaniedbany wpis na blogu. Coś pominęłam?

Obawiam się, że lista moich zaniedbań jest dłuższa z każdym rokiem. Dwa lata później wciąż mam problem z odbieraniem telefonu, na wiadomości odpisuję nieregularnie, zapominam o ludziach. Ostatnio przegapiłem imieniny mojej matki, mimo że pół Polski o nich trąbiło. Matka to Barbara. Staram się chociaż zdrowiej odżywiać, sumiennie po sobie zmywam i odkurzam trzy razy w tygodniu. Przynajmniej tyle.

Często też robisz pranie. Przynajmniej sądząc z Facebooka… A tak serio, to przecież dostajesz nagrody literackie, autorski program, który robicie, świetnie ogląda się w sieci, więc jest powód do radości i satysfakcji. Najwyraźniej czegoś jednak takiemu mężczyźnie jak ty brakuje.

Moja była dziewczyna mówiła to samo (śmiech). Doceniam to, co udało się zrobić, ale myślę, że to jednak bardzo niewiele. I mówić o satysfakcji czy radości w mojej sytuacji – kolesia, który ostatecznie tylko napisze okazjonalnie wiersz i czasem coś powie w Internecie na temat smogu czy szczepionek – to byłaby przesada. Częściej niestety myślę o tym, czego nie zrobiłem albo co straciłem. Na pytanie: „Czego żałujesz w życiu?” – zazwyczaj ludzie odpowiadają twardo, że niczego. Nigdy tego nie rozumiałem. Ja akurat żałuję wielu rzeczy. I na pytanie, czego mi w życiu brakuje, mógłbym odpowiedzieć: „Nie wiem, od czego miałbym zacząć”.

To porozmawiajmy o mężczyznach w ogóle. A konkretnie o ich roli w dzisiejszym świecie przedsiębiorczych i samodzielnych kobiet. Co jest dziś według ciebie męskie a co niemęskie kompletnie i stało się takie… no żadne?

Trudno powiedzieć, sytuacja jest dynamiczna. Kiedy byłem berbeciem, męskie było zajarać szluga na przerwie w kiblu. Albo z kimś się pobić. To była taka męskość typu „John McLane w Nakatomi Plaza”. Dzisiaj podobno bardziej męskie jest publicznie się wzruszyć albo przyznać do błędu. Słyszałem też, że płaczący mężczyzna jest seksowny. Sam już straciłem rachubę… Poza tym to mnie tego typu definicje raczej średnio odpowiadają. To zawsze jest jakiś rodzaj uogólnienia, a każde uogólnienie jest odmianą kłamstwa. Mam np. koleżankę, która pięknie pali papierosy, tak kobieco, powiedziałbym. I przysięgam, wygląda wtedy jak z filmów Godarda. Ale to przecież nie oznacza, że palenie jest kobiece.

Poprzesuwały się te granice. Gdzie ty je stawiasz, jeśli w ogóle?

Pytasz o to, czy są rzeczy, których nie robię, bo wydają mi się „niemęskie”? Pewnie są. Jestem w końcu produktem swojego wychowania, swoich lektur i filmów. Nie płaczę publicznie, staram się swoje słabości raczej ukrywać niż się z nimi afiszować. To może nie jest najmądrzejsza strategia w życiu, zwłaszcza jak się przenosi na życie prywatne, ale takiej już jestem konstrukcji durnej, że roztkliwianie się nad sobą zawsze wydawało mi się raczej przejawem słabości niż siły. I paradoksalnie zostałem poetą (śmiech). Ale jednocześnie nie uważam, aby istniały zachowania zarezerwowane tylko dla mężczyzn albo tylko dla kobiet. Niech każdy sobie żyje po swojemu, wedle własnej definicji.

A podział ról wciąż istnieje? Czy w domu wiesz, co robić czy trzeba ci palcem wskazywać: wynieś śmieci, chleb się skończył…?

Z wiekiem przejmuję cechy swojego ojca i robię się pedantyczny. Dlatego śmieci wynoszę, zanim ktokolwiek się zorientuje, że kosz jest pełny. A chleby kupuję zwykle dwa. Jeden mrożę, żeby przypadkiem rano nie zabrakło. Ale abstrahując od tych obsesji – skoro już mieszkamy razem, to róbmy rzeczy razem. Czasem ja pojadę na szmacie w kuchni, czasem ona. Parę lat temu byłem w związku z lekarką. Ja pracowałem w domu, pisząc te swoje książki smutne i wymyślając żarty na Make Life Harder, podczas gdy ona chodziła do szpitala na 16 godzin i leczyła chorych z raka. Tradycyjny Janusz powiedziałby, że byłem panią domu. I w pewnym sensie byłem. Ale umówmy się, że męskość kryje się gdzie indziej niż w niechęci do umycia podłogi.

No tak, ale czasem musimy i my kobiety powiedzieć wam, facetom wyraźnie, czego oczekujemy. Ale gdy ja wyraźnie wyartykułowałam przyjacielowi, że jestem chora i potrzebuję, żeby wyszedł z psem i przywiózł mi rosół, to z psem wyszedł, ale rosół spodziewał się zastać na stole, ugotowany przez mnie. I był zdziwiony: ja–rosół!?

Ja rosołu akurat nie umiem, mógłbym co najwyżej wodę na herbatę ugotować. Ale herbatę potrafię dobrą.

Można kupić gotową zupę. I ją podgrzać. Takie niedogadania mogą w krótkim czasie doprowadzić do szału obie strony, ale podobno nie na tym polega budowanie więzi.

W ogóle niedogadanie prowadzi do szału. Takiego ogólnożyciowego. Jakiś czas temu boleśnie przeżyłem związek, w którym nie potrafiłem artykułować tego, co powinienem był. I wielkim odkryciem było dla mnie, że miłość to nie wszystko, trzeba jeszcze mieć odwagę rozmawiać ze sobą, często o rzeczach trudnych i niewygodnych. Inaczej to niedogadanie i przemilczenie będą się odkładać jak osad w czajniku i w końcu wszyscy od tego zwariują. Zupa będzie wtedy najmniejszym zmartwieniem.

Tyle że my takie drobiazgi jak zupa uważamy za niezwykle ważne. Można się nauczyć dbałości o siebie nawzajem?

Pewnie, że można. Nie oczekujmy od siebie, że każdy będzie urodzonym Ridgem z „Mody na sukces”. Ridge był takim panem doskonałym, prawda? Zrodzonym z taktu, słuchania i wyjątkowej kultury osobistej. Tymczasem życie dwojga osób bardziej przypomina grę w sapera, co chwilę się wywalasz, ale ta suma błędów, jakie się w związku i w ogóle w życiu popełnia, to tak naprawdę jedyna lekcja, którą warto przecierpieć. I jak się tych lekcji wystarczająco naodrabia, to człowiek jest ciut mądrzejszy, nie tylko w swojej głowie, ale też w relacji z innymi. Nawet tej nieszczęsnej zupy się nauczy.