Pochwała niekonsekwencji

fot.123rf

Czy trzeba kończyć wszystko, co się zaczęło? Najpierw coś zamknąć,
by zrobić miejsce na nowe? I tak, i nie.

Przeprowadzałem się 17 razy, i to z pewnością nie koniec. Pracę zmieniałem jeszcze częściej, najkrócej wytrzymałem siedem dni, najdłużej siedem lat, chociaż w tej sytuacji to akurat już ze mną nie wytrzymali. Jednak prawie zawsze to ja odchodziłem. Na początku pracowałem jako jedyny dziennikarz w lokalnym tygodniku Szklarskiej Poręby, potem byłem kelnerem, sprzątałem biura, myłem okna, pracowałem jako barman, lektor, doradca zawodowy osób niepełnosprawnych intelektualnie, prezenter radiowy, wykładowca, redaktor, trener treningów interpersonalnych, sekretarz redakcji… Zdobyłem tytuł magistra pedagogiki, chociaż zabrakło mi jednego roku, by mieć drugi z resocjalizacji, odszedłem, studiowałem również przez chwilę geografię, przez dwa lata byłem w szkole psychoterapeutycznej. Wiele innych kursów i szkół skończyłem, części nigdy.

Chwalę się, teraz tak o tym myślę, chociaż przez długi czas byłem przekonany, że to moja słabość; że jestem niekonsekwentny, bo nie potrafię skończyć tego, co zaczynam. Zresztą wiele osób z mojego otoczenia, w tym nauczyciele i mądre głowy z gazet i telewizora, wspierało takie myślenie. A to nie tak. Potrafię skończyć, co zaczynam, czasami po prostu mi się nie chce. I nic w tym złego.

Zacznij od „nie wiem”

Od samego początku szkoły przechodzimy ostry trening konsekwencji, którą wpaja się nam jako wartość nadrzędną nad samodzielnością czy wolnością. Tymczasem akcenty powinny być przesunięte tak, by swoisty reżim ustępował miejsca kreatywności, która byłaby połączona z ponoszeniem konsekwencji za swoje decyzje. Do tego zamiast kary za błędy powinna istnieć ich szczegółowa i niespieszna analiza. Jest zupełnie odwrotnie, nagradzany jest ten, kto pierwszy podniesie rękę, kto odda pracę w terminie, kto wypełni polecenie, ten, kto będzie wiedział, ale niekoniecznie rozumiał. A to wymaga odrzucenia intuicji na rzecz coraz szybciej zmieniających się i upadających autorytetów.

„Nie wiem” to idealny moment, by zaczynać, by zachować w sobie ciekawość i nienasycenie, takie, które drżąc cały czas w środku, popycha do coraz odważniejszych odkryć. I nie chodzi mi tylko o egzystencjalne pytanie „kim jestem?”, na które wciąż nie mam odpowiedzi, ale bardziej prozaiczne, z którym mierzy się wielu moich bliskich i znajomych: „co chcę robić?”, „co tak naprawdę sprawia mi największą frajdę?”. Kilkanaście lat odmierzanych dzwonkiem, dziennikiem i ocenami nie za pomysły i poszukiwanie, ale recytowanie i powielanie, skutecznie zasypuje tkwiącą w każdym z nas odpowiedź. Proces dochodzenia do siebie bywa długi, utrudniony lękiem stworzonym przez myśli, w które uwierzyliśmy. Jeśli pozwolę sobie odejść, zrezygnować, porzucić coś w połowie, spotka mnie kara, stracę poczucie bezpieczeństwa. Świat ma wiele określeń dla takich ludzi, mówi się, że mają słomiany zapał, że są niepoważni, i jeszcze, że ziarnko do ziarnka. Z pewnością i ta droga czasami się sprawdza i opłaca. Tylko mnie nigdy jakoś specjalnie nie pociągało przywiązanie do jednego miejsca, zależność od kogoś, kto będzie o mnie wiedział więcej i lepiej niż ja sam.

Odchodź, kiedy czujesz, że chcesz

Jeden z moich ulubionych cytatów to myśl Johna Updike’a: „nikt nie może nigdzie dojść, jeśli skądś nie odszedł”. Od dawna korzystam z prostej recepty: odchodzić z miejsc i od ludzi, z którymi źle się czuję. Początki były trudne, podszyte niepewnością i lękiem. Zawsze był ten głos w głowie, który krzyczał: „uważaj, zastanów się, lepsze bywa wrogiem dobrego”. Ale gdy oglądam się za siebie, widzę, że taka droga się opłaca. Lubię sprawdzać siebie w nowym miejscu, wśród nowych ludzi, w nowej pracy, zadaniu, wyzwaniu. I jeśli dam sobie chwilę czasu, potraktuję siebie uczciwie i z szacunkiem, to moje ciało, moje emocje mają dla mnie odpowiedź. Mówią mi, czy miejsce, w którym jestem, jest dobre czy złe. W pierwszym wypadku chce mi się wstawać do nowego dnia, rozmawiać, nie potrzebuję większej motywacji poza wewnętrznym pragnieniem, chociaż pieniądze, a bardziej to, co mogę za nie mieć, również czynią cuda. Jeśli jest odwrotnie, czasami boli mnie głowa, ludzie irytują, ogarnia mnie niechęć, coraz większa apatia i rutyna, a otaczające mnie zadania i ludzi zaczynam traktować mechanicznie. Czasami nie jest to takie oczywiste. Uwielbiam pisać, cały ten proces związany z wymyślaniem tematu albo bohatera, później moje ego przyjemnie puchnie, gdy czytam gdzieś swoje nazwisko, a czytelnicy piszą pochwalne komentarze. Ale cały ten żmudny proces tkwienia nad pustą kartką, samotność, niepewność, w którym kierunku iść, bywają nużące, wymagają konsekwencji. I to jest mój wybór, znieść owe niewygody w imię wolności, którą daje mi taka praca.

Nie chcę nakłaniać do tego, by zachowywać się jak szaleniec, który przy najmniejszym emocjonalnym tąpnięciu, chwilowym lub nawet kilkudniowym złym samopoczuciu odchodzi z pracy, porzuca ludzi i znane miejsce w imię niepewnego, być może lepszego. Jestem jednak przekonany, że intuicja i emocje bywają lepszym drogowskazem od myśli, teoretycznych paradygmatów i stania w ustalonym przez zwierzchników szeregu. Buszowanie po różnych światach pozwala sprawdzić siebie, zrozumieć, co lubię, gdzie są moje granice, a to daje wiedzę na temat tego, jak inaczej można pracować, żyć, traktować współpracowników, siebie.

Droga do siebie nie ma końca

Nie musi się coś skończyć, by coś nowego się zaczęło, ten proces zazwyczaj nie jest uchwytny. Po przejściu wielu różnorodnych dróg znalazłem tę, która daje mi poczucie spełnienia, wolności i umożliwia przetrwanie. Przede wszystkim piszę, a czasami prowadzę treningi interpersonalne i inne szkolenia. Jest miejsce na spotkanie z ludźmi i samotność, podróże i rozwój. Wmówiono nam, że cnotą jest konsekwencja. Z pewnością może nią być, jeśli jest to konsekwencja w podążaniu drogą do znalezienia siebie, drogowskazu tkwiącego wewnątrz, odkrycia miejsca, które wszędzie można ze sobą zabrać. Sens w kończeniu wszystkiego, co się zaczyna, jest proporcjonalny do sensu przerywania wszystkiego, co się zaczyna.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »