Po jasnej stronie

fotochannels.com

Wewnątrz nas znajduje się jasne centrum; rdzeń naszej najgłębszej istoty jest mocny i zdrowy. Jednak to jasne centrum bywa zazwyczaj ukryte. Na ogół działamy, kierując się krytycznym, osądzającym umysłem. Zdarza się, że z tego ograniczonego postrzegania wyrywa nas dopiero choroba, wypadek, kryzys, strata. Stąd bierze się dość powszechne przekonanie, że rozwija tylko to, co trudne. Ale zdarza się też tak, że do życia budzi nas drugi człowiek, ktoś wspaniały, kto pokazuje inny świat – miłości, radości, zachwytu, współodczuwania, wiary, nadziei, wspólnoty z innymi. Mistrzowie Wschodu często głoszą, że najwyższa radość jest jednocześnie najwyższą prawdą, że podkreślanie w życiu tego, co piękne, nie jest ucieczką od życia, jest jego afirmacją. Stać się wspaniałą osobą, otworzyć się na wspaniałych ludzi i zacząć żyć – a gdyby tak właśnie sformułować swoje cele?
W Irlandii Maga Korbel, absolwentka krakowskiej ASP, zmywała naczynia w knajpie. Wieczorami malowała obrazy. Już nie bardzo wierzyła w siebie. Po studiach wróciła do rodzinnej Bielska-Białej, ale nie znalazła dla siebie pracy, dlatego wyjechała. Któregoś dnia w Irlandii odwiedził ją kolega tam poznany.

reklama

– Jurek popatrzył na moje obrazy i zaniemówił z wrażenia – opowiada Maga. – Był zachwycony. Szczerze zachwycony. Ten jego zachwyt został we mnie, otworzył mnie.

Po jakimś czasie od tego spotkania wróciła do Polski. Przeprowadziła się do Warszawy. Od trzech lat próbuje tu żyć i utrzymać się. Maluje, wystawia swoje prace – grafiki, oleje, projektuje i szyje koszulki, ćwiczy jogę, medytuje. Marek Rudziński, psycholog, kilkanaście lat temu pracował na etacie w ZOZ-ie, gdy poznał trenera programowania neurolingwistycznego Hermanna Müllera-Walbrodta.

– Hermann uwierzył we mnie, zanim sam w siebie uwierzyłem – mówi Marek. – Na swoich zajęciach powierzał mi zadania, które mnie przerastały, prosił na przykład, abym samodzielnie przeprowadził grupę przez nowe ćwiczenie. Za każdym razem byłem zdziwiony i zachwycony, że sobie poradziłem. Kiedyś zapytał mnie, czy chcę się rozwijać wolno, czy szybko. Szybko, odpowiedziałem. Usłyszałem: „Więc rób to, czego się najbardziej obawiasz”.

Marzyli z żoną o założeniu własnej firmy edukacyjno-szkoleniowej, ale Marek obawiał się porzucić etat. Dzielił się z Hermannem wątpliwościami i lękami, mówił o ryzyku, jakie niesie ze sobą taka decyzja. Praca etatowa wydawała się pewna i bezpieczna.

– Hermann mnie prowokował: „Nic nie zmieniaj, etat to jest coś, trzymaj się go!” – wspomina Marek. – Później, gdy słyszał o moich kolejnych rozterkach, mówił: „Tak, to prawda, masz interesujące życie!”. To mnie zatrzymywało, zastanawiało: jak to interesujące życie? Pokazywał mi inną, zadziwiającą perspektywę: to, co przeżywam, jest trudne, ale i ciekawe. W końcu powiedział do mnie i do mojej żony: „Zaczynajcie, róbcie to, spełniajcie marzenia, będę wam wypłacał comiesięczne stypendium, dopóki nie zaczniecie zarabiać”. Skorzystaliśmy ze stypendium tylko raz. Nasza Neuroedukacja szybko zyskała klientów, mieliśmy dużo pracy.

Przynajmniej raz w roku dzwonimy do Hermanna, żeby mu podziękować za to, co dla nas zrobił – mówi Marek.
Joanna Szpak-Ostachowska, dziennikarka, trzy lata temu urodziła synka Antosia. – Dziecko mnie przebudziło – deklaruje Joanna. – Coś głęboko we mnie się zmieniło. Skoro mogłam go urodzić, jestem jego mamą, a on jest moim synem, codziennie go karmię, tulę, uczę świata, to znaczy, że wszystko jest możliwe, wszystko mogę. Zniknęła niemoc, której w różnym natężeniu doświadczałam. Pojawiła się moc. Wiem, co mam robić, wiem, kim jestem. Co nie znaczy, zastrzega Joanna, że kobieta musi urodzić dziecko, żeby poczuć swoją moc. Jej się po prostu tak zdarzyło, że gdy patrzy w oczy swojego synka, czuje, że wszystko jest na swoim miejscu, tak jak ma być.

Całkowicie po twojej stronie

„Zawsze pamiętaj, że jesteś kimś wyjątkowym. Jedyne, co musisz zrobić, to pozwolić innym, aby zobaczyli, że taki jesteś” – pisał jeden z najwybitniejszych terapeutów naszych czasów Milton Erickson. Erickson wiedział, że każdy człowiek ma zdrowy rdzeń, jasne centrum – i do tego wewnętrznego miejsca odwoływał się w swojej terapeutycznej pracy.

Nasze jasne centrum bywa zazwyczaj ukryte. Na ogół działamy, kierując się krytycznym, osądzającym umysłem. Zdarza się, że z tego ograniczonego postrzegania wyrywa nas dopiero choroba, wypadek, kryzys, strata. Stąd bierze się dość powszechne przekonanie, że rozwija tylko to, co trudne. Ale zdarza się też tak, że do życia budzi nas drugi człowiek; ktoś wspaniały, kto pokazuje inny świat – miłości, radości, zachwytu, współodczuwania, wiary, nadziei, wspólnoty z innymi. Mistrzowie Wschodu często głoszą, że najwyższa radość jest jednocześnie najwyższą prawdą, że podkreślanie w życiu tego, co piękne, nie jest ucieczką od życia, jest jego afirmacją. Potrzebujemy ludzi, którzy nas doceniają, uznają nasze talenty, podziwiają wyjątkowość. Wspierają nas i w nas wierzą. Dodają odwagi. Kibicują naszym przedsięwzięciom. Wydobywają z nas to, co najlepsze. Dzięki nim stajemy się lepsi, wzmocnieni, bardziej szczęśliwi i spełnieni.

Daniel Goleman w swojej bestsellerowej książce „Inteligencja społeczna” (Media Rodzina 2007) pisze: zapomnijcie o swojej samowystarczalności, wszystko, co w waszym życiu najważniejsze, dzieje się poprzez relacje z innymi. Podobnie Lillian Glass we „Wspaniałych ludziach” (Rebis 1998) przypomina, że to, co osiągamy, to, kim jesteśmy, jest możliwe dzięki innym ludziom. Wspaniali ludzie to najlepsze, co możemy dostać od losu. Łatwo ich poznać – kochają siebie, dlatego zależy im na innych. Są całkowicie po twojej stronie, hojni i twórczy, swobodni, otwarci, wrażliwi i współczujący. Gdy w naszym życiu zabraknie wspaniałych ludzi, kurczymy się, umieramy. „Istota ludzka jest bardzo krucha, wrażliwa i delikatna – pisze Lillian Glass. – Nie możemy dobrze funkcjonować, jeśli nie jesteśmy traktowani z miłością i czułością”.

Maga Korbel opowiada o babci Halinie, drobniutkiej, kruchej kobiecie o potężnej wewnętrznej sile: – Jako dziewczynka siadałam babci na kolanach, wtulałam się w nią i karmiłam się jej miłością. Otaczała mnie swoją aurą, wewnętrzną ciszą i spokojem. Rozumiałyśmy się bez słów. Babcia prawie całe swoje życie mieszkała w dworku w Pentowie, blisko ziemi, zwierząt, ptaków, przyrody. Była „ukorzeniona”, a jednocześnie wolna, wypełniona przestrzenią pól i łąk, malowała akwarele, haftowała obrusy. Nasiąkałam tymi klimatami. To, co dostałam od babci, pozwoliło mi przetrwać ciężkie chwile – młodzieńcze bunty, życie pod prąd, miłosne dramaty, depresje. Zasiała we mnie ziarno, które zaczyna kiełkować. Siedziałam niedawno w medytacji i niemal fizycznie poczułam, jak pęka we mnie skorupa lęku, niewiary w siebie i zaczyna kiełkować zielona roślina. Marek Rudziński wspomina spotkanie ze Stephenem Gilliganem, amerykańskim trenerem rozwoju osobistego, który po raz pierwszy przyjechał do Polski pięć lat temu: – Stephen zrobił na mnie duże wrażenie. Zaprzyjaźniliśmy się. Odbywaliśmy często całonocne rozmowy. Czułem się tak, jakby zajrzał we mnie i usłyszał wołanie mojej duszy. Jakby mi powiedział: „Widzę, kim możesz być”. Jest we mnie pragnienie, aby wspierać ludzi, być z nimi w głębokim kontakcie, dawać im siebie, bo wtedy czuję się świetnie. Ale życie mnie pogania i niechcący zacząłem się skupiać na biznesie. Codzienne obowiązki przesłoniły mi to, co najistotniejsze, co nadaje życiu sens, właśnie kontakt na głębszym poziomie. Nie dawałem sobie czasu, aby rozwijać tę część siebie. Teraz dzięki Stephenowi ją odzyskuję. Ale żeby hołubić relacje z ludźmi, najpierw potrzebuję mieć dobry kontakt ze sobą, dlatego jeden dzień w tygodniu postanowiłem podarować sobie na pracę wewnętrzną, zaglądanie w siebie, dystansowanie się od myśli i wyobrażeń, bo one przesłaniają centrum.

Pozwolić rosnąć zielonej roślinie

Wspaniałe opinie na nasz temat oddają prawdę, odzwierciedlają, kim naprawdę jesteśmy. A jednak najczęściej mamy trudność z przyjęciem tych słów. Nie wierzymy w nie, odrzucamy je. A nawet – co zdarza mi się słyszeć szczególnie od kobiet – wręcz nie możemy ich znieść, czujemy emocjonalny, a nierzadko i fizyczny ból, gdy ktoś mówi, że jesteśmy piękne. Deprecjonujemy. Piękna? Takie infantylne wyrażenie. Wykręcamy się z niezręcznej sytuacji zdawkowym podziękowaniem. Czujemy się samotne i zranione. Posądzamy innych o niecne zamiary: „Chce mnie zmanipulować, mieć nade mną kontrolę, skoro mówi mi dobre rzeczy. Czego tak naprawdę chce?”.
„Ludzie, którzy uważają, że nie zasługują na obecność wspaniałych osób w swoim życiu, przenoszą swoje obsesje i niepewność na te osoby – wyjaśnia Lillian Glass. – Zainteresowanie odbierają jako chęć zdominowania, odrzucają tych, których towarzystwa najbardziej pragną. Czynią to z obawy, że wspaniała osoba w końcu »pozna się« na nich i ich odrzuci”.

I tak dzień za dniem szerokim łukiem omijamy najlepsze spotkania, jakie mogą nam się zdarzyć. Maga Korbel zna ten mechanizm. Ostatnio słyszy dużo dobrego na temat swoich artystycznych prac. Ale uświadamia sobie, że w przeszłości ludzie także ją wspierali i dodawali jej odwagi, jednak wtedy nie mogła „usłyszeć” ich słów, jakby dotyczyły kogoś innego. Przyjąć czyjś podziw, szacunek, uznanie i zachwyt – tego się uczy. I jak oddać to samo innym, swobodnie brać i swobodnie dawać.

– Dopiero, gdy zaczęłam siebie lubić, gdy pozwoliłam rosnąć zielonej roślinie we mnie, byłam gotowa uwierzyć, że inni pragną, aby mi się powiodło – mówi Maga.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »