Agnieszka Dygant: Power do życia

Zdjęcia PIOTR STOKŁOSA/WARSAW CREATIVES

Żywiołowa, energiczna, typ zawadiaki. Agnieszka Dygant to jedna z najpopularniejszych polskich aktorek. I nic dziwnego – filmy z jej udziałem biją rekordy frekwencyjne i komercyjne. Niektórzy kręcą nosem, że to tylko kultura masowa. Ona cieszy się, że tyle ludzi ogląda filmy, w których gra.

Z sukcesem jest trochę tak jak z prawami w fizyce – jak czegoś przybywa, to czegoś innego ubywa. Zacznijmy od tego, czego pani przybyło.

Bo ja wiem… Może wiedzy o samej sobie. Choć wydawało mi się, że dobrze się znam, a jednak… Po zakończeniu pracy nad serialem „Prawo Agaty” zrobiłam sobie dwa lata przerwy w zawodzie, poświęciłam je rodzinie, synkowi, domowi. To był czas wyczekiwany, bo miałam wyrzuty sumienia, że nie ma mnie z dzieckiem, że znikam na całe dni. Zaskoczyło mnie, jak szybko straciłam poczucie własnej wartości, nie pracując.

Aż tak?

Aktorstwo trochę na tym polega, żeby cały czas się potwierdzać. Idąc na plan, stajesz przed kamerą, ekipą filmową, aktorami. Jak fajnie grasz, to od razu widzisz, że to działa, że twoje pomysły się podobają. To dodaje skrzydeł. Kiedy mi tego na co dzień zabrakło, zaczęłam zwijać się do skorupy i bardzo szybko w siebie wątpić. Pewnego dnia stwierdziłam, że już na pewno nie umiem grać. Wystraszyłam się. A potem zaczęło mnie to frustrować. To niesamowite, że człowiek z pozoru tak pewny siebie jak ja traci swoją podstawową cechę.

Czyli co się wtedy działo?

Nie miałam do siebie dystansu do tego stopnia, że jak mój partner wracał do domu, a jest reżyserem, i opowiadał, co było u niego na planie, to na początku chętnie tego słuchałam, potem udawałam, że mnie to ani ziębi, ani grzeje, aż w końcu wypaliłam: „Przestań już o tym pieprzyć, bo po pierwsze, w ogóle mnie to nie interesuje, a po drugie, serce mi pęka, że to nie ja tam gram, tylko moje koleżanki!” [śmiech]. Naprawdę zrobiłam się wredna.

Więcej w lutowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 02/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.