Matki i singielki w jednej pracy

fot.123rf

Z jednej strony: „Dlaczego to znów ja mam zostać po godzinach, a ona może wyrwać się o 16 do domu?”. Z drugiej: „Jak mam być bardziej wydajna w pracy z chorym dzieckiem?”. Pytanie: kto jest tu ofiarą, a kto agresorem?
Zaczynasz pracę w nowej firmie i angażujesz się w nią bez reszty, chcesz wywrzeć na współpracownikach dobre wrażenie i przekonać do siebie szefa. Często zostajesz po godzinach, kiedy wszyscy inni poszli już do domu. Z czasem każdy przyzwyczaja się, że zawsze pracujesz dłużej niż inni. Przecież jesteś singielką i nikt wieczorami nie czeka na ciebie z kolacją, ty też dla nikogo nie musisz gotować. Koledzy i koleżanki spieszą po pracy do swoich rodzin, dzieci, partnerów, proszą więc o pomoc ciebie. W końcu ty nie masz obowiązków i możesz dokończyć zadanie za nich – to fragment artykułu z portalu e-darling. Bardzo trafnie pokazuje pewien mechanizm, którego staramy się nie widzieć, kiedy stajemy po jednej albo drugiej stronie barykady.

reklama

Dużo mówi się o problemie dotyczącym delegowania przez współpracowników osób samotnych do pełnienia dyżurów, zastępstw czy wyjazdów służbowych w niewygodnych terminach. Według obiegowej opinii matki mają wygrywać w tym starciu z singielkami, wytaczając argument opieki nad dziećmi jako niepodważalny. Nie znam badań na ten temat, ale podejrzewam, że gdyby ktoś je przeprowadził, wyniki wcale nie byłyby tak jednoznaczne, jak sugeruje obiegowa opinia. Myślę, że jest wiele (a nawet pokuszę się o twierdzenie, że większość) matek, które zdecydowawszy się na łączenie pracy zawodowej i macierzyństwa, godzą jedno z drugim bez konieczności obciążania współpracowników. Bycie matką lub bycie singielką jako argument w dyskusji to przykrywka umożliwiająca toczenie rozgrywki polegającej na wkręcaniu i dawaniu się wkręcać, czyli bardziej naukowo mówiąc: na uczestniczeniu w manipulacyjnej grze.

Układ: prześladowca–ofiara–wybawca

Mamy zadziwiającą skłonność do rozgrywania wielu problemów metodą wchodzenia w układ: prześladowca–ofiara–wybawca. Ten trójkąt dramatyczny ma taką właściwość, że ludzie początkowo przyjmują jakieś role, by później – w wyniku rozwoju akcji – zamieniać się nimi nieraz w nieskończoność, co pozwala trwać dramatowi. Najczęściej obsadzamy się w jednej z ról, ale wyeksploatowawszy możliwości, jakie ona daje bez osiągnięcia pożądanej zmiany, popadamy w drugą skrajność: z ofiary stajemy się agresorem, agresor obejmuje pozycję ofiary – gra się toczy, wszyscy są coraz bardziej wykończeni, a rozwiązania nie ma. Skarżenie się bliskim i znajomym na taki stan rzeczy jest dalszym etapem polegającym na poszukiwaniu wybawcy, który przyjdzie i rozsądzi – obroni ofiarę i ukarze agresora. Jednak jak tego dokonać, gdy ofiara i prześladowca co chwilę zamieniają się rolami?

I tak, jeżeli zaczniemy od obsadzenia w roli ofiary singli, usłyszymy, że są oni bardziej wykorzystywani w pracy, bo nie mogą zasłaniać się rodziną i dziećmi, że są stawiani pod ścianą zwłaszcza w kwestii konieczności pracy po godzinach, w weekendy i święta, no bo jaki kontrargument przedstawić na wiadomość, że świetlice, przedszkola i żłobki pracują najdłużej do 17, a w weekendy i święta – wcale?

Kiedy z kolei damy możliwość matkom wyżalić się z pozycji osoby pokrzywdzonej, usłyszymy, że one nie mogą pozwolić sobie na zabieganie o przychylność szefa poprzez branie większej ilości pracy i poświęcanie jej tyle czasu, co single. Dzieci nie informują z wyprzedzeniem, kiedy zachorują, obsługa czynności domowych to drugi etat, a do tego matki w pracy traktowane są jak zło konieczne i przegrywają w przedbiegach z mającymi na wszystko czas – w tym dbanie o siebie, swój wygląd i rozwój – singielkami.

Osobiście znam matki siedzące do nocy w pracy i singielki, które za pięć szesnasta w ubraniach wierzchnich, z torebkami w dłoni popychają wzrokiem wskazówkę minutową zegarka, jeśli akurat w ich pracy zwraca się uwagę na porę przyjścia i wyjścia co do minuty. Nie chodzi tu więc o to, czy jest się singielką, czy matką, tylko raczej na ile posiada się taką konstrukcję psychiczną, która radzi sobie z asertywnością lub nie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »