Przedszkola pod lupą: sześć rzeczy, których nie wiecie o przedszkolach

fot.123rf

Czy po wynikach szkolnych 15-latka można poznać, ile lat spędził w przedszkolu? Jacy rodzice posyłają dzieci do placówek najwcześniej? I komu tak naprawdę opłaca się zapewnienie opieki nad trzylatkami? Oto sześć rzeczy, których nie wiecie o przedszkolach.
Koniec kwietnia i początek maja: finał rekrutacji do przedszkoli publicznych. Czas ogłaszania wyników, czas decyzji, pisania odwołań, śledzenia list rezerwowych, wreszcie szturmowania placówek niepublicznych. Jak dobrze wybrać? Najlepiej zamknąć Internet pękający od forów, na których można znaleźć każdą opinię na każdy temat – tylko nie wiadomo, kto je pisze i jak to zweryfikować. Lepiej odwiedzić placówkę: popatrzeć, jak bawią się dzieci, jak zwracają się do nich panie. A przede wszystkim – umówić się na rozmowę. Taką, na której zadamy wszystkie nurtujące nas pytania. Jeśli dyrekcja nie znajdzie dla nas czasu, to też będzie ważny sygnał, jak traktuje rodziców.

reklama

Luksus wyboru jest jednak nie dla wszystkich. Cofnięcie obowiązku szkolnego dla sześciolatków uderzyło rykoszetem w trzylatki. Serwis informacyjny BIQdata po zebraniu danych ze wszystkich gmin w Polsce szacuje, że aby pomieścić i trzylatki, i sześciolatki, przedszkola musiałyby przyjąć o 400 tysięcy dzieci więcej, a stworzenie tylu miejsc do września jest mało prawdopodobne. Najgorzej sytuacja wygląda w gminach wiejskich i wiejsko-miejskich. Fatalnie w województwach: warmińsko-mazurskim, podlaskim, lubelskim, zachodnio-
pomorskim i lubuskim – tam w wielu gminach może zabraknąć miejsc dla 100 procent trzylatków. Nawet w województwach o statystycznie dobrej sytuacji – na przykład mazowieckim – są gminy z problemami. A przecież trudno wymagać od rodzica, aby dowoził dziecko do innej gminy. Dla trzylatka z Bemowa, który znajdzie się w gronie 682 maluchów bez miejsca w przedszkolach, nędznym pocieszeniem będzie informacja, że Warszawa ogólnie ma się nieźle, a dzielnica Włochy wręcz świetnie. – W 80 procentach gmin w Polsce nie ma żadnej formy opieki nad dziećmi do wieku szkolnego: ani prywatnej, ani publicznej – mówi nam doktor Dorota Szelewa z Instytutu Pedagogiki Społecznej, szefowa fundacji ICRA, Międzynarodowego Centrum Badań i Analiz.

I dodaje, że sytuacja w ostatnich latach i tak się poprawiła. Bo dostępność przedszkoli to nowa zdobycz i tym bardziej warto o nią dbać. Dowodzi tego sześć poniższych, wcale nie oczywistych, faktów.

  1. To nieprawda, że w PRL-u wszyscy chodzili do żłobków i przedszkoli

„W przedszkolu naszym nie jest źle” – śpiewał Jacek Kaczmarski, a jego piosenka przekłada się na powszechne wyobrażenie o opiekuńczych realiach minionej epoki. Po pierwsze, przedszkola były. Po drugie, było w nich źle.

O ile z tym drugim polemizować ciężej, to pierwsze jest mitem. Do placówek chodziło w najlepszym wypadku 38 procent dzieci. Do żłobków – około pięciu procent. Ciężar opieki brały na siebie rodziny, głównie mamy i babcie. – Wyraźny postęp dokonał się dopiero w ostatnich pięciu latach – mówi doktor Szelewa. – Odsetek dzieci od trzech do pięciu lat, które korzystają z jakiejś formy wychowania przedszkolnego, wzrósł dwukrotnie. Wynosił około 40 procent, a teraz prawie 80.

Jak pamiętamy z piosenki – jeśli już ktoś do przedszkola chodził, stykał się z despotyczną panią, która waliła „po pupach”, i w efekcie przy każdej zwrotce „w kącie połykał łzy”. 
To przekłada się na kolejną spuściznę po PRL-u: przekonanie o złej jakości placówek. I o tym, że z przebywania w nich nic dobrego nie wyniknie. Tymczasem może wyniknąć. Jeśli tylko spojrzy się na nie inaczej.

  1. To nie dziecko powinno wykazać gotowość

Wyobraźmy sobie, że w grupie trzylatków 80 procent radzi sobie z treningiem toaletowym; reszta nie. Może jeszcze nie wyrosły z pieluszek. Może umieją korzystać z toalety w domu, ale w obcym miejscu mają kłopot. Co z nimi? Doktor Radosław Kaczan, psycholog rozwojowy i ekspert zespołu wczesnej edukacji Instytutu Badań Edukacyjnych, nie ma tu wątpliwości. – Nie możemy tych 20 procent odrzucić – mówi stanowczo. 
– To przedszkole musi sobie z tym poradzić.

Doktor Kaczan we wszystkim, co mówi o przedszkolach i żłobkach, dokonuje przesunięcia punktu ciężkości. To nie dziecko musi wykazać się gotowością. To placówka powinna dopasować się do możliwości dziecka. – Kluczowa jest odpowiedź na pytanie: Czy dana instytucja jest gotowa na przyjęcie tych dzieci? Gdy tak się na to spojrzy, staje się drugorzędne, czy jakąś klasę nazwie się „1”, czy „0”. Tak samo jest z przedszkolami – przekonuje. – Można sobie wyobrazić, jaka opieka będzie bardzo dobra dla dziecka dwuletniego. I to nie dlatego, że ono ma dwa lata, ale dlatego, że właśnie opieka jest świetnie zorganizowana. To działa na każdym etapie rozwoju. I na odwrót, można też zorganizować opiekę w ten sposób, że większość pięciolatków nie będzie sobie radzić. Oczywiście, im starsze dziecko, tym więcej ma wewnętrznych zasobów mechanizmów adaptacji. Ale przecież nie chcemy, żeby placówki fundowały dzieciom stres pod tytułem „maszeruj albo giń” – dodaje.

Jeśli tak się na to spojrzy, widać, że kluczowa jest jakość. Odpowiednio przygotowana przestrzeń. Różnorodność zabawek. Nade wszystko – kadra. Po pierwsze, nieprzeciążona. Na jednego opiekuna nie powinno przypadać za dużo dzieci. Przyjmuje się, że w żłobkach to czworo, pięcioro maluchów na osobę dorosłą, a potem stopniowo więcej. Ale sztywnych zaleceń nie ma, to przecież żywa materia. Po drugie i ważniejsze, kadra musi być dobrze przygotowana. Doktor Kaczan, opisując ją, przywołuje pojęcie „responsybilność”. – To kalka z angielskiego. Ludzie pracujący z małymi dziećmi powinni znać, rozumieć i umieć rozpoznać ich potrzeby. Po to, aby odpowiednio na nie odpowiedzieć, zareagować – wyjaśnia.

Jeżeli opiekunowie tak działają, możliwe staje się kolejne przewartościowanie. Zakwestionowanie progów wiekowych.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »