„Celuloid” polska muzyka filmowa na dwie gitary. Wywiad z Markiem Napiórkowskim i Arturem Lesickim

fot. BTW photographers Maziarz/Rajter; mat. V-records.pl

Na płycie „Celuloid” znalazły się najlepsze polskie motywy filmowe, w tym dwa utwory autorskie do nieistniejących filmów, w nowych harmonizacjach na dwie gitary. W wywiadzie dla Zwierciado.pl muzycy opowiadają, jak powstawała płyta i na czym polega frajda grania z przyjacielem.
Kiedyś graliście razem, potem mieliście dziesięcioletnią przerwę. Czy było łatwo „dotrzeć się” po takiej przerwie?

reklama

celuloid-frontMarek Napiórkowski: Faktycznie nie graliśmy razem prawie dziesięć lat, niekiedy sporadycznie się spotykaliśmy, ale czym jest dziesięć lat wobec naszej znajomości – znamy się świadomie od siódmego roku życia (śmiech). Stąd nie mieliśmy problemu z tym, żeby się dopasować w sensie energetycznym. Ale granie w małych składach to jest dość wymagająca forma.

Artur Lesicki: Okazjonalnie w okresie tego dziesięciolecia grywaliśmy, natomiast mieliśmy ze sobą kontakt prawie codziennie, zarówno w sprawach muzycznych, jak i innych, więc nie bardzo możemy mówić o przerwie a raczej o zbieraniu dobrej energii, która, mam nadzieję, eksplodowała na naszej płycie.

Czy łatwo się nagrywa płytę z kumplem? Nie ma w tym jakiejś ukrytej trudności?

MN. Łatwiej! Na podstawie moich wieloletnich doświadczeń z muzykowaniem zauważyłem, że ten aspekt pozamuzyczny, to, co się dzieje poza dźwiękami, jest niezwykle ważny. Zatem jeżeli my jesteśmy zaprzyjaźnieni od dwunastego roku życia i utrzymujemy ciągły kontakt, to, mając już po czterdziestce obaj, naprawdę się znamy. Dysponując umiejętnościami grania na instrumencie, dostajemy dodatkową nadbudowę tej bliskości.

AL. Podobne pytanie ktoś zadał mi ostatnio , ale raczej w kontekście czy nie nudzi się nam grać, mimo że się tak dobrze znamy, czy nie jest to powtarzanie utartych schematów… Odpowiedziałem, że wprost przeciwnie. Grając z kimś, kogo się dobrze zna, możemy mówić o pewnym rodzaju bezpieczeństwa: wiemy, że cokolwiek się zdarzy, to wylądujemy na cztery łapy i dzięki temu możemy bardziej ryzykować i eksplorować inne obszary. Natomiast osobiście wolę grać z ludźmi, którzy są po prostu fajni, których lubię i z którymi nie muszę się spierać poza sceną.

Mam więc pytanie od drugiej strony: skoro wreszcie spotkaliście się razem, to czy nie mieliście pokusy, żeby pograć więcej – płyta nie jest bardzo długa, a waszych utworów jest tylko po jednym?

MN. Prawdę mówić, pomysł płyty nie wyszedł od nas. Wydawca z wrocławskiej firmy V-Records wpadł na pomysł, żeby nas zarejestrować w akustycznym gitarowym duecie. Spodobało się nam to od razu, ale zastanawialiśmy się, jak to zrobić. Z racji tego, że ja nagrałem ostatnio płytę „UP”, na której była tylko moja muzyka, a także wcześniej nagrywaliśmy swoje kompozycje, pomyśleliśmy, że nagramy płytę, na której będą utwory polskich kompozytorów muzyki filmowej. Co zaś się tyczy sie naszych utworów na płycie, to jest to zabieg zamierzony – umówiliśmy się, że każdy napisze po jednej piosence, która
będzie ścieżką dźwiękową do nieistniejącego filmu, a skupimy się na najpiękniejszych utworach ze świata muzyki filmowej i niejako po raz pierwszy nagrany płytę ze standardami. A „więcej-mniej”? Gdy nagrywam płytę, zawsze mam potrzebę, żeby była to całość. Uznaliśmy, że tyle właśnie utworów zaciekawi słuchacza i sprawi, że jak skończy słuchać , to będzie chciał sięgnąć po tę muzykę ponownie.

Czy nagrywanie sprawiało wam frajdę?

MN. Taki mamy zawód, lubimy to robić!
AL. Jest to ciężki kawałek pracy choć satysfakcjonującej. Samo nagranie trwało około trzech dni, ale przygotowanie zajęło, myślę, prawie rok…
MN. Nie, pół roku…
AL. Licząc całe przygotowania, pomysł, przesłuchanie całej monografii Kurylewicza – bo na początku był pomysł, żeby nagrać tylko utwory Kurylewicza – czyli powiedzmy fazę researchu, aranżowanie, ćwiczenia, gdy się okazało, że to jest dość skomplikowane w graniu – myślę, że około roku to mogło trwać.
MN. Artur, już drugi raz mówisz o tym, że rok… Może to było rozciągnięte w przeciągu roku, ale nie chciałbym, żeby czytelnicy myśleli, że my rok ćwiczyliśmy. Pojawił się pomysł, było docieranie pomysłu, rozmowy, to trwało jakiś czas, potem, na pewnym etapie, powiedzmy: pół roku przed nagraniem zaczęliśmy gromadzić utwory. Takie utwory, które nam się bardzo podobają, niosą emocje, ale także dają nam możliwość wypowiedzenia się własnym językiem. Szukaliśmy pięknych utworów i od razu sposobów, jak je zagrać. To ta koncepcyjna sprawa tyle czasu zajęła, same próby trwały krótko. Nie będziemy mówić ile, bo muzycy rockowi nigdy w to nie uwierzą (śmiech).

Mówicie o „najpiękniejszych utworach polskiej muzyki filmowej”, to niewymierne kryterium. Jak wybieraliście utwory?