Filip Springer: Pixel w Poznaniu

Lubię taką architekturę. Jest cicha i wzbudza zachwyt. Nie jest skromna ale nie krzyczy. Dzięki takim budynkom zaczynam wierzyć, że nie będzie tak źle.
Pomyślałem sobie ostatnio, że skoro kilka milionów ludzi radośnie podryguje przy kawałkach typu „Ona tańczy dla mnie” i nie czuje przy tym obciachu, to nigdy dobra architektura nie wygra w tym kraju ze złą, kiczowatą i przegadaną.

reklama

Tak, muzyka i architektura to dwa różne światy, ale gusta te same. Disco polo przeżywa podobno w Polsce renesans, a ci sami ludzie, którzy bez cienia żenady puszczają sobie w samochodzie coś w stylu „Mówiła mi Amore”, żyją tu i decydują w ten czy inny sposób o tym, jak wygląda nasz kraj. Robią to, malując choćby elewacje swoich domów, dekorując balkony czy stawiając sobie w ogródkach bociany i miniatury Jana Pawła II.

Nie oszukujmy się, nie jest najlepiej. Polska architektura codziennego użytku jest bardziej prostacka niż prosta. Już się z tym pogodziłem. Nie jestem wojownikiem. Bo przecież, skoro większości się podoba, to czego chcieć więcej. Żyję w wolnej Europie. Jak mi ten kraj obrzydnie zupełnie, to sobie wyjadę do Norwegii i będę żył w miejscu, które odpowiada moim gustom. Nie widzę powodu, by narzucać je innym. Jest w takim myśleniu pewna rezygnacja, trudno. Nie wszystkie wojny trzeba wygrywać.

Dlatego wyjechałem z Poznania. Dobry budynek powstaje tam mniej więcej raz na dekadę. Mówię o takich, które widać w mieście, bo kilka domów jednorodzinnych powstało na obrzeżach i bez wątpienia da się na nich oko zawiesić. Ale w centrum? Nic. Pierwsze dziesięciolecie nowego wieku wypełnił więc swoim eklektyzmem Stary Browar. Niby nowoczesny, ale de facto bardzo zachowawczy. Klinkier, mosiądze i industrial. A w środku świątynia konsumpcji i trochę sztuki, żeby nie wyszło prostacko. Udało się. Poznaniowi więcej nie trzeba.

Tamta dekada się jednak skończyła, a ja z niecierpliwością czekałem na następną. Zaczęło się stadionem miejskim. Ale to nie jest architektura, to jest budownictwo, czysta fizjologia, funkcja bez niczego, czym można by się zachwycić. Patrzyłem na stadiony we Wrocławiu, Gdańsku, a nawet w Warszawie i zastanawiałem się, czy ten nasz był wybudowany na tę samą imprezę. Wygląda jak wielka larwa. Porównanie o tyle uzasadnione, że obiekt, jak pasożyt, pożarł sporą część budżetu miasta. Ale nie o tym.

Niedaleko od tego stadionu powstał niedawno budynek, który przywraca mi wiarę w to, że jednak nie wszystko stracone. Nazywa się Pixel i jest siedzibą Allegro. To nie kryptoreklama, to oddanie honoru komuś, kto miał dość rozumu, by zamówić projekt nieoczywisty. Na czym ta nieoczywistość w przypadku Pixela polega? Na tym, że od ulicy ten budynek jest dość nienachalny. Prosta, grafitowa elewacja z horyzontalnymi pasmami okien i podciętym parterem. By go wybudować nie wycinano drzew, więc światła Pixela już późnym popołudniem przeświecają przez gałęzie. Można sobie przed nim stanąć i całkiem nieźle się przy nim poczuć. Chociaż ma sześć pięter, to nie przytłacza. Ledwo wystaje ponad drzewa. Ludzka skala została zachowana. Wygląda ładnie i solidnie.

Zabawa zaczyna się z tyłu. Trzeba obejść budynek i zajrzeć na jego zaplecze, by zobaczyć rozbitą na gigantyczne piksele tylną elewację. Robi niesamowite wrażenie – patrząc na nią ma się wrażenie, że oto gigantyczne zdjęcie budynku dopiero ładuje się w przeglądarce. Na razie widzimy tylko te kwadraciki, ale zaraz wszystko będzie wyglądało, jak każdy inny budynek. Podoba mi się ta zabawa z odbiorcą. I to, że forma tej architektury tak bardzo łączy się z jej wnętrzem. W środku pracują przecież ludzie obsługujący największy serwis aukcyjny w tym kraju.

Ale najbardziej podoba mi się to, że cała ta śmietanka jest z tyłu. Trzeba trochę dobrej woli i wysiłku by zobaczyć „jak to działa”. Zupełnie jak w internecie. Nie interesują mnie tysiące wersów kodu napisanego przez programistę. Ja chcę po prostu kliknąć i obejrzeć obrazek. Klikam i mam.