Przepis na kimchi

fot. 123rf

Bez dziwaczeń dla niewyrobionych, a ciekawych, jak smakuje.

reklama

Musisz mieć:

2 słoiki – polecam prawie litrowe

kapustę pekińską – wybierz największą, jaką tylko się da, najlepiej około 2 kg  

malutką ostrą wydrążoną z pestek papryczkę

szczypiorek dojrzały, gruby, taki, którego nie chcesz kupić do innych potraw

2 duże lub 3 małe ząbki czosnku

1 łyżeczkę sproszkowanego chili

kawałek świeżego, obranego ze skórki imbiru długości połowy małego palca

tylko 1 płat glonów nori – nadmiar zdominuje smak

2 czubate łyżki mąki ryżowej (jeśli jej nie masz – kup, bo niczym nie da się jej zastąpić)

1 łyżkę cukru

1 szklankę dobrej, wysokomineralizowanej lub przegotowanej i następnie odstałej wody

 Co zrobić:

  1. Liście wierzchnie odrzuć, głąb również, resztę poszatkuj tak jak lubisz. Otrzymaną olbrzymią stertę kapusty posól. Wetrzyj w nią sól, mocno przyciskając. Kapusta się zrelaksuje przez jakieś 2 i 1/2 godziny, żeby miała czas puścić sok. Ty w tym czasie robisz kleik ryżowy – proporcje są proste: na szklankę wody dwie czubate łyżki mąki i jedna nieczubata cukru, zagotuj wodę, posłódź, rozmieszaj w niej mąkę – i jest kleik.
  2. Kapustę, kiedy jest już miękka, w twardych białych miejscach opłucz i odciśnij.
  3. Dołóż sprasowany czosnek, chili, pokrojony na paseczki nori, imbir starty na tarce, paprykę i szczypior (ludzie wolą grubo krojony, a ja wolę cienko, więc zrób w dwóch słoikach i zobacz, co ci bardziej pasuje).
  4. Wymieszaj wszystko bez pośpiechu. Załóż rękawiczki, bo za paznokciami, żebyś nie wiem co robiła, na pewno masz niepotrzebne bakterie.
  5. Przełóż do słoików. Nie zakręcaj, tylko nakryj kuchennym papierowym ręcznikiem i zawiąż, żeby nie spadł. Odstaw w zacienione miejsce na blacie w kuchni, żebyś mogła do kimchi mówić i cieszyć się tym, co się w środku wyprawia.

Po trzech dniach sprawdź, jak smakuje i kiś dalej. Codziennie zjadaj tyle, ile chcesz, i ciesz się, jak smak się z dnia na dzień nieoczekiwanie zmienia. Prosta rzecz, skoro nawet ja dałam radę.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »