Jan Komasa – Portret nadwrażliwców

ITI Cinema / Kadr z filmu "Sala samobójców" (2011), reż. Jan Komasa

Jan Komasa zasłynął w 2005 roku realizując jedną z trzech nowej w głośnym projekcie filmowym „Oda do radości”. Teraz w kinach można oglądać jego najnowszy obraz pt. „Sala samobójców”, który właśnie wchodzi do polskich kin. O filmie, pracy nad nim oraz inspiracjach, które miały wpływ na jego ukształtowanie rozmawiają Piotr Czerkawski oraz Marcin Sobczak.
– Piotr Czerkawski:Sala samobójców” nie pozostawia obojętnym. Na przemian fascynuje i drażni, przyciąga i odpycha. Zastanawia nas, jak wiele wysiłku musiała kosztować Cię praca nad projektem angażującym tak wiele intensywnych emocji?

reklama

„Sala samobójców” zupełnie mnie pochłonęła. Przez kilka lat nie zajmowałem się w życiu niczym innym. Czułem się jakbym nie opuszczał planu filmowego. Wraz z członkami ekipy pracowaliśmy od rana do wieczora, żeby dopieścić stronę wizualną, jak najbardziej klarownie poprowadzić intrygę. Wydaje mi się, że rzadko kiedy w polskim kinie dostaje się taką możliwość. Dzięki studiu „Kadr” nie musieliśmy martwić się ani o czas, ani o pieniądze. Przekraczaliśmy terminy, ale na szczęście producent Jurek Kapuściński stał na stanowisku, że deadline stanowi prostu moment, w którym powstanie dobry film. Tę życzliwość staraliśmy się jak najlepiej wykorzystać.

– P. Cz: Nie czułeś, że w pewnym momencie możesz zatracić się w pracy zbyt mocno?

– W trakcie szlifowania scenariusza miałem moment, w którym rodzina wyjechała na wakacje i zostałem w domu sam. Przez dwa tygodnie pracowałem i prawie w ogóle nie wychodziłem. Zupełnie pomieszałem pory dnia. Potem wykorzystałem ten motyw w filmie. Zdecydowałem, że wszystko, co powinno dziać się w nim w dzień, będzie miało miejsce w nocy. Przez cały czas wiedziałem jednak, że muszę prowadzić normalne życie. Z drugiej strony, mimo tej świadomości, nieustannie pali mi się w głowie czerwona lampka. Wiem, że mogę natrafić gdzieś na jedną przypadkową scenę, podpatrzony gest czy przeczytane zdanie, które będzie stanowiło dla mnie źródło inspiracji. Pomysł na „Salę samobójców” przedstawiłem komuś w ciągu 5 minut na wieczorze kawalerskim kolegi. Takie olśnienia są niesamowite i zupełnie nieprzewidywalne.

– Marcin Sobczak: ”Salę samobójców” otwiera scena operowego występu. Jak możemy wydedukować z napisów końcowych, występuje w niej twój brat. Dlaczego zdecydowałeś się na takie rozwiązanie?

– Gdy tworzyłem „Salę…”, Szymek stanowił dla mnie poważne źródło inspiracji. Mój brat jest o pięć lat młodszy, więc mogłem z bliska przyglądać się jego dojrzewaniu. Wywoływało to we mnie mnóstwo emocji, sprowokowało wiele obserwacji. Dlatego uznałem, że jeśli w pierwszej scenie pojawi się właśnie Szymek, będzie to dla mnie bardzo ważne. Różnego rodzaju aluzji, choć może już nie tak osobistych, jest w tym filmie znacznie więcej. Można odnaleźć w nim poukrywane aluzje do postaci Kurta Cobaina, Sylvii Plath czy Szekspirowskiego Hamleta. Jeśli „Sala…” zapadnie komuś w pamięć i będzie chciał do niej powrócić, to wszystko na pewno rzuci mu się w oczy.

– P. Cz: Wspomniałeś o Szekspirze. W jednym z wywiadów powoływałeś się na niego także przy okazji „Ody do radości”. To interesujące, że wciąż odnajdujesz coś nowego u tak mocno eksploatowanego autora. Jaki jest twój sposób na Szekspira?

– Szekspir miał niesamowity talent do ukazywania archetypów ludzkich zachowań. Na przykład Hamlet zawsze będzie mi się kojarzył z dojrzewającym chłopcem, który nie potrafi ułożyć swoich relacji z matką. To ciekawe, że ostatnimi czasy powstało dużo dobrych filmów, które – jak choćby „Powrót” Zwiagincewa – opowiadają o rozliczeniu z ojcem. Mnie tym czasem ostatnio bardziej zainteresowała figura matki. Bardzo dużo dał mi do myślenia research do filmu przeprowadzony wśród uczniów warszawskich szkół. Z rozmów z tymi dzieciakami wyłaniał się obraz matki, która nie poświęca im oczekiwanego czasu, nie przynosi wsparcia i spodziewanego ciepła. W Polsce ten temat wciąż jest tabu, bo mamy przecież ściśle określony wzorzec matki. Jak widać, ów trop zaprowadził mnie bardzo daleko, ale nie podjąłbym go, gdyby nie wcześniejsza lektura Szekspira.

– M.S: W Twoim filmie Dominik, nastoletni bohater, który nie potrafi przystosować się do rzeczywistości popada w coraz głębszą depresję. Odwiedzający chłopca psychiatrzy nie potrafią pomóc, są zupełnie bezradni. Dlaczego zdecydowałeś się przedstawić ich właśnie w takim świetle?

– Nie ukrywam, że chciałem ukazać bezsilność takiej formy pomocy. Tyle, że wiąże się ona raczej z naszymi nieadekwatnymi oczekiwaniami wobec lekarzy. Wychodzimy z założenia, że jeśli złamiemy nogę, zgłaszamy się do chirurga, a jeśli mamy problem z głową, idziemy do psychiatry, który jakoś nas z tego wyciągnie. Tymczasem świetni warszawscy lekarze, z którymi się konsultowaliśmy, przekonywali, że podobne przypadłości są w leczeniu bardzo trudne. Chory właściwie zostaje z nimi sam. Jeśli nie będzie w nim woli wyzdrowienia, psychiatra w niczym nie pomoże.

– M.S: „Sala” wyróżnia się na tle polskiego kina nie tylko odwagą treści, ale i formy. Twój film zaskakuje spójną, przebojową ścieżką dźwiękową. Jakie cele towarzyszyły ci przy jej opracowywaniu?

– Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny, sam jestem po szkole muzycznej, więc kwestia ścieżki dźwiękowej musiała być dla mnie bardzo ważna. Od bardzo dawna szukałem kogoś z kim mógłbym w tym zakresie współpracować. W Polsce dominuje podejście, zgodnie z którym kompozytor musi zobaczyć film i dopiero potem napisać do niego muzykę. Tymczasem ja pracuję odwrotnie. Muszę usłyszeć dźwięki, które w mojej wyobraźni skomponują się z konkretnymi obrazami. Przed przystąpieniem do pracy nad filmem zawsze osadzam go w świecie określonego rodzaju muzyki. W przypadku „Sali samobójców” od początku wiedziałem, że będę korzystał z rocka. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wcześniej słuchałem głównie hip – hopu. Ta muzyka wydaje mi się jednak uporządkowana, klarowna. Rock jest znacznie bardziej rozchwiany, niejednoznaczny, wewnętrznie sprzeczny. W „Sali” wykorzystujemy zresztą jego specyficzną odmianę związaną z kulturą emo. Wokaliści takich zespołów są bardzo histeryczni. Potrafią w jednej chwili przejść ze śpiewania balladowego do wrzasku, który ociera się wręcz o pisk. Ten głos ma zresztą swoją specyficzną nazwę – „screamo”. Nie bez powodu w najbardziej ekstremalnych sytuacjach używa go także Dominik. Charakter słuchanej muzyki pełni decydującą rolę w dookreśleniu jego osobowości.

– P. Cz: Myślisz, że dla twojego bohatera nie było już ratunku?

– Bardzo wielu ludzi ma w sobie trudny do zdefiniowania, złowieszczy smutek. Na pewno miała go w sobie Magda- bohaterka reportażu z „Wysokich obcasów”, który stanowił podstawową inspirację dla mojego filmu. Zależało mi, żeby wokół Dominika funkcjonowała podobna aura. Kto wie, może w jakimś sensie istnieje ona także wokół mnie. Przykład Dominika pokazuje, że istnieją ludzie suicidalni, zaprogramowani na samobójstwo. Psychiatrzy dzielą zresztą ludzi na potencjalnych zabójców i samobójców. Ci pierwsi to ekstrawertycy wyładowujący niepowodzenia na otoczeniu. Drudzy są introwertykami, którzy kierują te emocje do wewnątrz i mają w sobie ogromny pęd ku autodestrukcji. Można próbować pomóc im na wszystkie sposoby, nie szczędzić nakładów finansowych, tworzyć iluzję normalności. Ale to nic nie da. Bestia, która drzemie w środku da o sobie znać. Nie uda się uciec przed samym sobą.