Dlaczego przejmujemy się opinią innych?

fot.123rf

To proste: bo żyjemy wśród ludzi. I jedynie w odniesieniu do innych możemy siebie określić. Ale opinie są tylko opiniami. Za każdym razem musisz odnieść je do siebie i spytać: Co ja na to? Ten proces oswaja psycholog Ewa Klepacka-Gryz.
Wyobraź sobie, że właśnie wychodzisz z domu. Ostatnie spojrzenie w lustro i… „Jest OK”, a może: „No nie, tak się nie mogę pokazać”. Dla kogo tak się starasz? Dla siebie? Chyba nie. Nie zastanawiasz się przecież, czy w tym stroju dobrze się czujesz, tylko jak wyglądasz. Bo jak cię widzą, tak cię piszą.

reklama

Kto ważniejszy: „oni” czy „ja”?

Z jednej strony żyjemy w czasach kultu pozytywnego egoizmu i narcystycznego indywidualizmu, z drugiej przejmujemy się opinią innych na nasz temat, a o tę drugą nietrudno zwłaszcza w sieci. Mamy w sobie silną potrzebę zachowania i obrony własnej niezależności, odrębności, decyzyjności, a jednak… Ile razy chciałaś coś zrobić, zmienić w życiu, jednak wycofałaś się, być może w ostatniej chwili, bo nie starczyło ci odwagi, żeby skonfrontować się z tym, jak zareagują inni?

Bo choć jesteśmy niepowtarzalni i wyjątkowi jak nasze linie papilarne, to chcemy też czuć się częścią większej całości, pragniemy poparcia, akceptacji i miłości zwłaszcza ludzi, którzy są dla nas ważni. Chcemy być inni, ale też podobni, żyć własnym życiem, lecz wśród innych, a kiedy tak się nie dzieje, czujemy się poza nawiasem; wyobcowani i odrzuceni. Od dzieciństwa przyzwyczajeni do porównywania i oceniania – najpierw w rodzinie, potem w szkole, ciągle się pozycjonujemy: Jak wypadam na tle innych? Jestem lepsza czy gorsza? I nie ma w tym niczego złego, dopóki to, co powiedzą lub nawet pomyślą „oni”, nie staje się ważniejsze od tego, co myśli „ja”.

Twoja własna przestrzeń

Wielu pacjentów trafiających do mojego gabinetu chce pracować nad poczuciem własnej wartości czy niską samooceną. Kiedy dopytuję, o co tak naprawdę chodzi, zwykle okazuje się, że sprawa sprowadza się do tego samego: uzależnienia od opinii innych.

Ilona bardzo liczy się ze zdaniem bliskich i dalszych znajomych na swój temat. Jej scenariusz na życie to zawsze być w zgodzie z innymi. By nikogo nie urazić, nie obrazić, nie zniechęcić do siebie – spotyka się z koleżankami, za którymi nie przepada, bo boi się ich „negatywnego nastawienia do siebie”. Wchodzi we współpracę z osobami, które ją wykorzystują, bo: „jeśli tego nie zrobię, oplotkują mnie na mieście”. Rezygnuje z ważnych dla siebie rzeczy, bo ktoś jej doradził, że tak będzie lepiej. Ignoruje podpowiedzi swojej intuicji, a potem nie może spać kilka nocy z rzędu, bo myśl „Czy dobrze zrobiłam?!” nie pozwala jej zmrużyć oka. Na ostatniej sesji opisała mi, co się z nią dzieje, kiedy staje po stronie „zewnętrznego doradcy”, zdradzając tym samym siebie: – Czuję ogromną, rozżarzoną kulę w okolicach splotu słonecznego, która podchodzi mi do gardła i dusi. W głowie mi szumi, pojawiają się zawroty, oddech przyspiesza, mam wrażenie, że za chwilę zemdleję.

Tego typu doznania są bardzo dotkliwe, ale to dobry znak, że Ilona powoli zaczyna zauważać, jakie są reakcje jej organizmu, kiedy robi coś wbrew sobie. Wszyscy dokonujemy wyboru pomiędzy własnym dobrem a dobrem innych. Ale nie wszyscy odczytujemy komunikaty naszego ciała w tej sprawie.

Kiedy na spotkaniach grupy rozwojowej proszę, by uczestniczki narysowały za pomocą symbolu (np. kółka) siebie i bliskich, często okazuje się, że żyjemy jak w matni; kółka, czyli opinie i przekonania na nasz temat, jak pętla zaciskają się wokół naszej szyi.

– Popatrz, jak jest ciasno wokół ciebie, nie masz czym oddychać – mówię. – Co by się stało, gdybyś zbudowała ogrodzenie wokół siebie, tym samym robiąc przestrzeń, w którą nikomu nie wolno ingerować?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »