Lekcja feminizmu

fotochannels.com

reklama

Ekspert od praw człowieka, który w więzieniu dla kobiet zrozumiał, na czym polega odpowiedzialność za życie. Wierzy, że warto pomagać, wszystko jedno – z wiarą w ludzi czy bez niej. O spłacanym do dziś długu wobec kobiet, o koszmarnej nierówności płci i odkrywaniu w sobie kobiecego pierwiastka opowiada nam profesor Wiktor Osiatyński.


– Bardzo pan dziś wesoły…
– Wesoły, bo mam już spokój.

Od czego?
– Od tego, że coś muszę.

Zawsze pan coś musiał?
– Zawsze. W ramach autoterapii kilka lat temu zawiesiłem nawet w domu kartkę z napisem: „Nie będę do siebie dzisiaj mówił: muszę”. Ale nadal mówiłem.

Co się dzisiaj zmieniło?
– Kilka godzin temu skończyłem coś, co męczyło mnie od wielu lat. To książka naukowa o prawach człowieka. Napisałem ją po angielsku. Ukaże się w Cambridge University Press w Nowym Jorku.

Dla studentów?
– Nie tylko. Dla każdego człowieka. Mogłaby się ukazać w serii „Biblioteka myśli współczesnej”. Wyjaśnia bowiem, czym prawa człowieka są, a czym nie; pokazuje ich historię, rozbijając masę stereotypów; zajmuje się też relacją między prawami a demokracją, prawami a kulturami, czyli uniwersalizmem praw.

A dlaczego pan „musiał” ją napisać?
– Zajmowałem się prawami człowieka przez ponad 20 lat – studiowałem je, uczyłem ich. I uznałem, że na tyle dużo na ten temat wiem, że powinienem zebrać tę wiedzę w formie książki. Powinienem choćby z tego powodu, że mam taki obowiązek wobec nauki. Ale mniej więcej po 10 latach prac przestało mnie to interesować. Strasznie się więc męczyłem. Parę razy rezygnowałem. Parę razy już tę książkę kończyłem, ale ciągle okazywało się, że to nie to. A teraz mam już spokój. Jutro sprzątnę bibliotekę i oddam wszystko, co przez tyle czasu na ten temat gromadziłem.

I co pan teraz będzie robił?
– Pewnie napiszę kolejną książkę. Choć z książek nie żyję i prawdopodobnie byłbym dużo szczęśliwszym człowiekiem, gdybym nie pisał, tylko robił to, co robię na co dzień: wykładał na uczelni, był w różnych radach nadzorczych organizacji zajmujących się prawami człowieka… Taka działalność przychodzi mi zbyt łatwo, więc piszę książki. Bo– choć pisanie jest koszmarem – dopiero wtedy mam poczucie, że jestem coś wart.

Wiele na polu praw człowieka zrobił pan dla kobiet. Może dla odmiany, zamiast pisać, zrobiłby pan teraz coś dla mężczyzn?
– Nie. Mężczyźni nie są tego warci.

?
– Proszę to napisać: mężczyźni nie są tego warci.

Może nie są warci, ale chyba warto – pan przecież już przeszedł drogę odkrywania świata uczuć, emocji, co przydałoby się każdemu mężczyźnie…
– Ale to kobiety są przedmiotem dyskryminacji. Mężczyźni mają władzę. A prawa potrzebne są tym, którzy władzy podlegają. Mężczyzna natomiast, jeśli ma problemy, są one raczej rezultatem jego własnej nieporadności, nieumiejętności. Nie potrzebuje obrońcy.

Ale wie pan, co mam na myśli?
– Oczywiście. Widzę nieporadność współczesnych 30-letnich mężczyzn, która przejawia się właśnie w nieumiejętności budowania relacji z innymi ludźmi, w tym także z kobietami. Prawdopodobnie bierze się to stąd, iż są bardzo przestraszeni tym, że hierarchia, którą jeszcze ich ojcowie wymuszali siłą czy pieniądzem, bardzo się zachwiała. Historyczna rola, która była mężczyznom przypisywana, dziś jest im zupełnie nieprzydatna. Ta zmiana kulturowa będzie trwała jeszcze przez co najmniej dwa pokolenia. Ale chyba nie chciałbym być dla mężczyzn przewodnikiem.

Czy zmieniło się pana myślenie o pisaniu po publikacji jednej z najpopularniejszych pana książek – „Rehab”?
– Odbiór „Rehab” przekonał mnie, że nieporównywalnie ważniejsze i bardziej nośne jest napisanie czegoś, co właśnie dotyka uczuć i życia człowieka.

Choć historia bohatera „Rehab” – 38-letniego dziennikarza, pisarza, określonego przez pana anonimowym W. – rozpoczyna się od tego, że brzydzi się on uczuć okazywanych przez innych członków wspólnoty, w której odbywa się terapia dla alkoholików.
– „Rehab” mówi o typowym u alkoholika, czy w ogóle uzależnionego, lęku przed otwarciem się na drugą osobę. Otwarciem zarówno psychicznym, jak i czysto fizycznym. Alkoholik potrafi manipulować innymi ludźmi, natomiast nie potrafi być tak naprawdę szczerze, uczciwie otwarty. I takie przejawy otwartości uczuciowej mogą go, tak samo jak bohatera „Rehab” pierwszego dnia na Farmie, mierzić. Ale tak naprawdę to nie jest to.

A co?
– Raczej strach. Straszny lęk przed bliskością, podczas gdy terapia polega na uczciwości wobec samego siebie. Dotarciu do własnych uczuć, bo one są u alkoholika zaburzone. Jeżeli jednak terapia postępuje skutecznie, szybko można to zmienić. Z czasem udaje się wręcz uświadomienie sobie, że nie ma w tym nic złego. Przeciwnie – okaże się, że otwartość uczuciowa jest najuczciwszym, budującym więzi sposobem bycia z innymi ludźmi. I że otwartość budzi otwartość. Dziś jako niepijący alkoholik mam mnóstwo tego rodzaju doświadczeń. Moja otwartość budzi otwartość innych, co tworzy wzajemnie wzmacniający się mechanizm. Bo tak naprawdę najważniejsze jest, co drugi człowiek czuje, a nie to, co myśli. Tymczasem nadal najczęściej mówimy to, co myślimy…

Także W. w miarę postępów terapii stopniowo zaczyna sprawiać przyjemność wymiana uścisków, serdeczności. Mam wrażenie, że cały proces terapii prowadzi do tego, że W. właśnie otwiera serce.
– Trudno mi mówić za bohatera „Rehab”, bo sam go stworzyłem. Mogę się jednak domyślać, że W. zawsze był uczuciowy i serdeczny. Albo chciał być, ale było to skryte pod pancerzem lęku, złości. W trakcie terapii zaczął wracać do siebie takiego, jaki z natury był i jakiego siebie lubił.

A więc można powiedzieć, że alkoholizm był dla W. błogosławieństwem?
– Nie. To bzdura. Chociaż kiedyś sam uważałem, a nawet mówiłem, że jestem wdzięczny za to, że jestem alkoholikiem. Alkoholizm to przede wszystkim jednak potworna choroba. Wyrządza bardzo dużo krzywd. Tylko co nieco z tych krzywd można naprawić. Ludzie, których alkoholik skrzywdził – żona, siostra, kochanka, koledzy, matka – z tymi krzywdami musieli przecież żyć, musieli sobie radzić. Natomiast bez wątpienia zdarza się tak, że człowiek, kiedy trafi na pomocną dłoń, może zacząć coś ze swoim życiem robić. I może zrobić coś, co pomoże mu żyć lepiej niż wtedy, kiedy pił. Często dużo lepiej niż wtedy, kiedy pić zaczął. Bo wielu ludzi zaczyna pić, nie umiejąc sobie radzić ze swoimi emocjami. Alkohol staje się na to lekarstwem. Ja sam na pewno dużo lepiej radzę sobie ze swoimi uczuciami, problemami dziś, niż zanim zacząłem pić. Ale bardzo bym się bał powiedzieć, że mój alkoholizm był błogosławieństwem albo dobrodziejstwem.

Ale zgodzi się pan z twierdzeniem: by przejść zmianę, trzeba rozbić się o mur własnych niemożności?
– Wierzę w to, że trzeba spaść na dno. Ale wierzę też, że to dno może być bardzo wyraźnie podniesione.

 

I od wielu lat tym się pan zajmuje.
– Od 25 lat zajmuję się podnoszeniem dna. I dzisiaj do Instytutu Psychiatrii i Neurologii, gdzie jest jeden z najlepszych na świecie oddziałów leczenia alkoholizmu, trafiają ludzie, którzy mają po dwadzieścia parę lat i tylko raz rozbili sobie nos. Ale kiedy ja przestawałem pić, to po pierwsze, miałem 38 lat i byłem jednym z młodszych, po drugie, każdy z nas strasznie dużo w życiu stracił: zdrowie, rodzinę, wolność, pracę… A dziś to wygląda inaczej – dzięki większej wiedzy lekarzy, sędziów, prokuratorów, policji, nauczycieli, terapeutów. Dzisiaj ludzie wiedzą, że w Polsce można być alkoholikiem i nie pić. A 25 lat temu nikt o tym nie wiedział. Ludzie wiedzą też, że to jest choroba, a nie kwestia słabej czy silnej woli.

Skąd ma pan tyle wiary w ludzi, że chce im pomagać?
– Ja nie mam wiary w ludzi.

To co jest pana motywacją?
– Wierzę, że warto ludziom pomagać. Wszystko jedno – z wiarą w ludzi czy bez niej. Wielokrotnie się na ludziach zawiodłem. Ale moje zaangażowanie wynikało nie tyle z wiary, ile z postanowienia, że skoro mnie ktoś pomógł, to i ja chcę pomagać innym. Niezależnie od tego, czy ci, którym pomagam, są dobrzy, czy źli. I czy przyjmą pomoc, czy nie. Sama wiara w ludzi jest potrzebna wtedy, kiedy ktoś chce kontrolować rezultaty swoich działań. A ja uważam, że człowiek może i ma prawo mnie zawieść. Robię, co mogę, żeby pomóc. Jeżeli na 10 razy 9 się nie uda, ale uda się raz, to jest to ogromne poczucie radości i satysfakcji.

Wracając do pomagania kobietom – uczył pan praw człowieka właśnie w więzieniu dla kobiet w USA.
– Tam zrozumiałem, jak ogromna jest nierówność płci. Żyjąc w patriarchalnym społeczeństwie polskim, bardzo trudno to nawet dostrzec, bo wszyscy przyjmują nierówność za normę. Zobaczyłem choćby, że przestępczość kobiet jest w 90 proc. przypadków spowodowana przez mężczyzn, którzy albo wciągają kobiety w przestępczy proceder, albo tak je molestują, że pozostaje tylko wziąć im do ręki nóż lub pistolet. W trakcie jednych z pierwszych zajęć zadałem tym studentkom-więźniarkom pytanie, kto i kiedy naruszał ich prawa. Byłem pewien, że powiedzą: policja, sąd, prokuratura. Ale tak odpowiedziała tylko jedna na 36 z nich. Reszta mówiła, że to był ojciec, brat, mąż.

Nauczyłem się od nich także tego, jak radzić sobie w sytuacji, z której nie można uciec – kiedy nie można zwalić wszystkiego na świat zewnętrzny. Pierwszy raz zrozumiałem, na czym polega odpowiedzialność za życie, dojrzałość, zmiana czy też warunki zmiany osobowej.

Może pan podać przykład?
– Jedna z kobiet, która była w więzieniu już bardzo wiele lat, powiedziała, że dla niej najgorszą rzeczą są nie tyle strażnicy, czyli ci, którzy mają potencjalnie nad nią władzę, ile jej współwięźniarki. Bo na wolności, kiedy nie chce się mieć z kimś kontaktu, można wyłączyć telefon, zamknąć się w domu, prawda? A jeśli w więzieniu pojawi się swoisty „drapieżnik”, który wybierze sobie ofiarę, to ofiara nie ma gdzie uciec. Zadałem jej więc kolejne pytanie: w jaki sposób zaczęła sobie z tym radzić? Odpowiedziała, że uświadomiła sobie, że jedyną rzeczą, jaką może zmienić, jest nie sytuacja, nie ten człowiek, tylko… ona sama. To znaczy sposób reagowania, myślenia i odczuwania.

Był pan też współzałożycielem Partii Kobiet. Właściwie dlaczego pan tak mocno angażuje się w sprawy kobiet?
– Bo mam wobec nich dług. Chyba wiele kobiet w swoim życiu skrzywdziłem albo przynajmniej tak mi się wydaje. A poza tym mam coraz mocniej narastające poczucie koszmarnej nierówności między kobietami a mężczyznami. I świadomość, że bez działań mężczyzn ruch kobiet będzie słaby. Oczywiście nadal najważniejsze jest to, czego kobiety chcą i co mogą uzyskać samodzielnie. Ale obecność mężczyzn jest ważna. Zresztą ciekawe, że większość mężczyzn angażujących się w działanie tej Partii na początku mówiła o poczuciu długu, jaki mają wobec kobiet.

A co pan zawdzięcza kobietom? Pana żona Ewa Woydyłło jest terapeutką zajmującą się uzależnieniami.
– Mam dobrą i mądrą żonę. Często współpracujemy, przede wszystkim przy tworzeniu ośrodków leczenia uzależnień i umacniania grup AA na świecie. Obecnie zajmujemy się działalnością w krajach byłej WNP, na Dalekim Wschodzie – na Kamczatce, we Władywostoku… Ewa jest osobą, która samym swoim nastawieniem i postawą wobec mnie – pełną akceptacji, ciepła, zdolności do powiedzenia, co czuje – była bardzo pomocna w moim procesie trzeźwienia. Ale nie była nigdy moją terapeutką ani lekarką. Kiedy się poznaliśmy i kiedy trzeźwiałem, ona była jeszcze tłumaczką, dziennikarką, historyczką sztuki. Została terapeutką później, kiedy już przestałem pić.

– Inna bardzo ważna kobieta to pana mama. Kiedy zmarła, napisał pan, że właśnie jej zawdzięcza wrażliwość, potrzebę wyrażania samego siebie poprzez pisanie.
– Mama pisała wiersze, niektóre bardzo piękne. Jeden umieściłem na jej nagrobku na Bródnie. Chciała być pisarką, ale nie miała do tego warunków. Była sierotą i musiała ciężko pracować, później miała trójkę dzieci i męża do wykarmienia, obszycia i oprania. Gdy dorośliśmy, a ojciec zmarł, mama zaczęła pisać poezje, ale już było za późno, bo długo walczyła z przewlekłą chorobą. Cieszę się, że dziś ktoś przechodzi koło jej grobu, czyta piękny wiersz i myśli, że ona była poetką. Ale mama nie nauczyła mnie pisać. Ona mi to wpoiła. Bo kiedy pytałem, kim by chciała, żebym został, ona odpowiadała: „pisarzem”.

Umiałby pan sam nazwać, co zawdzięcza kobietom?
– Po pierwsze, parę miłych zdarzeń. Parę chwil. A to jest już bardzo dużo. I inne spojrzenie na świat, perspektywę, której sam z siebie bym nie miał i bez której byłbym nieporównanie uboższy.

I myśli pan, że dziś jest na kobiecą perspektywę patrzenia i kobiecą stronę samego siebie otwarty?
– Nie zawsze. Bardzo często myślę, że nie. Ale równie często myślę, że tak. A kiedyś nigdy nie byłem.

Bohater książki „Rehab” marzył o pisaniu literatury pięknej… Sądzi pan, że mu się udało napisać taką książkę?
– Udało się. Napisał tę książkę. To „Rehab”.


WIKTOR OSIATYŃSKI pisarz, prawnik konstytucjonalista. Jako trzeźwy alkoholik od 25 lat aktywnie działa na polu szerzenia informacji o alkoholizmie. Autor książek „Alkoholizm. Grzech czy choroba”, „Alkoholizm. I grzech, i choroba, i…”, „Rehab”. Od 1995 r. członek rady Instytutu Społeczeństwa Otwartego. Specjalista w dziedzinie praw człowieka, pomysłodawca powstania w 2004 roku w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Programu Spraw Precedensowych oraz członek jego rady programowej. Wykładał na wielu uniwersytetach, m.in. Columbia, Stanford, University of Chicago. Profesor Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.