„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” w Lublinie. Recenzja spektaklu

fot. Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie /fot. Bartek Warzecha/

Na deskach lubelskiego teatru niedawno zagościła sztuka zrealizowana przez Remigiusza Brzyka. Trudno nie dopatrzyć się powiązań z poprzednią jego adaptacją – „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł”. Obie łączy analiza stereotypów, kompleksów i patriotyzmu. O ile pierwszy spektakl brał pod lupę Polaków rozlokowanych między Bugiem a Odrą, to tym razem opuszczamy granice kraju. Z naszymi lękami i wyobrażeniami o sobie wychodzimy na zewnątrz. Kierunek: Ukraina. Przyjrzyjmy się pokrótce najważniejszym elementom konstruującym sztukę.
Główny rys zdarzeń jest prosty. Dwaj koledzy jadą z plecakami za Bug. Na miejscu jedzą, piją, palą i wciągają. Taki zestaw gwarantuje kolorowe wspomnienia bez dodatkowego wysiłku, lecz ich ambicje są większe. Podczas wędrówki spotykają bardziej lub mniej realne postaci.

reklama

Przygody podróżników są katalizatorem rozważań o Polsce i Polakach. Padają pytania o to, na ile miejsce zamieszkania determinuje w ludziach polskość, czy Bug dzieli Polaków na lepszych i gorszych i czyj tak naprawdę jest Lwów. Bo chyba ani polski, ani ukraiński. Ze sceny padają także mocne słowa, które mają spowodować rewizję naszego samozachwytu. Tak jest choćby wówczas, gdy tancerka go-go przekonuje Piłsudskiego, że Polacy to „zabiedzona hołota”. To, że patriotyzm czy pamięć o ważnych historycznych postaciach nie jest w tym spektaklu żadną świętością, można zauważyć dość szybko. Niektórym może natomiast umknąć fakt, że patriotyczne postawy i gesty nie są tu ukazane jako niezrozumiałe, lecz zwyczajnie wyszydzane.

Sztuka zbudowana jest z dwu aktów. Pierwszy niektórym mógł się wydawać nieco zbyt długi i przegadany (komentarze we foyer). Drugi akt mógłby zupełnie swobodnie funkcjonować jako osobna sztuka. Jak to możliwe? Otóż książka Ziemowita Szczerka została napisana przed doniosłymi wydarzeniami na Ukrainie. Niejako na potrzebę chwili dołączono wszystko to, co wydarzyło się po Majdanie. Można by się zastanawiać, czy ten zabieg był konieczny. Z drugiej strony znalazły się tam sceny ważne, do tego momentami dość zabawne, jak choćby ta z udziałem ukraińskiej szeptuchy (Babałysi), która leczy ludzi ze wszystkich możliwych dolegliwości. Rzesze chłopów wyleczyła z alkoholizmu środkiem, który wypalił im przełyk. Ale chętnych nie brak, więc kolejni „pacjenci” muszą siedzieć na nocnikach, by doodbytniczo wchłaniać opary alkoholu.

„Sp…laj, mówi Piłsudski, „ni ch..ja” – to znów ksiądz. Nie wszystkich to śmieszyło. Być może zapomniano, iż każda k… rzucana ze sceny powinna mieć artystyczne uzasadnienie. Tym razem nie dość, że było ich mnóstwo, to jeszcze miały licznych adekwatnych partnerów. Nie przeczę, zdarzały się takie fragmenty, gdzie dobitność była na miejscu. Choćby wówczas, gdy Piłsudski ironizował, iż ruskie sp…liły piękną ideę komunizmu. Co innego – dodawał – gdyby wziął się za to Niemiec lub Szwed. Mówię tu o naddatku pewnych środków wyrazu, choć sądzę, że nie wszyscy widzowie by się ze mną zgodzili. Momentami widownią targały salwy śmiechu. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że to przede wszystkim młodsza część publiczności nie miała problemów z zaakceptowaniem zaproponowanej formy. Choć byli i tacy, którzy po pierwszym akcie już nie wrócili.

Spektakl, który widziałem (19 marca) był jednym z pierwszych, więc i aktorzy zapewne jeszcze się na dobre nie rozkręcili. Być może z tego powodu nie wszystko szło idealnie. Ponadto, zespół zbudowany na potrzeby tego artystycznego przedsięwzięcia był wyraźnie nierówny. Kłopot mieli choćby ci, którym przyszło grać obok doskonałego Krzysztofa Olchawy. Ale również wśród młodszej części zespołu widać osoby z wielkim potencjałem (Halszka Lehman).

W niektórych spektaklach scenografia staje się niemal elementem zespołu, a jej brak pozbawiłby wydarzenia kontekstu. Można powiedzieć, że to nie był spektakl tego typu. Stałe elementy scenografii (monitory, mury z lodówek i wentylatory) dość mocno kontrastowały z umiejętnie zaaplikowaną charakteryzacją, adekwatnie dobranymi rekwizytami oraz znakomitymi kostiumami (Iga Słupska, Szymon Szewczyk). Te ostatnie współtworzyły poszczególnych bohaterów, wspomagały aktorską ekspresję. W niektórych przypadkach tekst był właściwie dodatkiem do kostiumu i charakteryzacji, ale nie powodowało to żadnych pęknięć w narracji czy strukturze.

Do czego potrzebna jest Polakom Ukraina? Gdyby nie ona, Polacy nie mieliby wobec kogo być protekcjonalni. Nie mieliby gdzie poczuć się Panami. Według Ukraińców ich kraj to dla Polaków slumsy, zagłębie do robienia klimatycznych zdjęć do profilu na Facebooku. Dobre samopoczucie obywateli znad Wisły psuje jednak wypowiedź niemieckiej turystki podróżującej po Ukrainie, która zauważa : „Tu jest tak samo wszystko rozj…ane jak u was, tylko bardziej malownicze”.

Zatem jaki jest morał opowieści o tajnej historii Słowian? Otóż taki, że „Słowiańskość jest jak Azteckość” − zwyczajnie nie istnieje, a Mordor nie musi przychodzić, bo jest w nas.

„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”,Ziemowit Szczerek, prapremiera 14 marca 2014, Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie