Jeśli życie ma sens: Szczepan Twardoch – wywiad

fot. Rafał Masłow

Z założenia raczej nie lubi ludzi, dopóki ich nie pozna. Łatwo się irytuje. Nie cierpi słowa „związek”. Posiadanie dzieci uważa za lepsze przedłużenie egzystencji niż pisanie książek. Jakim jest zatem ojcem i jakim pisarzem – Szczepana Twardocha pyta Robert Rient.

fot. Rafał Masłow

reklama

Czym jest męskość?

To złożona sprawa. Jest wiele efektownych aforyzmów, ale z natury rzeczy są to zwykle charakterystyki jednowymiarowe.

O bohaterze „Morfiny” napisał pan, że jest kiepskim mężczyzną. Co to znaczy być kiepskim mężczyzną?

Męskość jest dla mnie kwestią praktyki, wiąże się z odpowiedzialnością za siebie, swoje czyny. Nie lubię używać sformułowania „w dzisiejszych czasach”, bo zwykle służy do uzasadniania złudzeń, że kiedyś było lepiej, ale w tym przypadku rzeczywiście mam wrażenie, że dziś mężczyźni wyrzekają się odpowiedzialności za swoje życie, chętnie godzą się z myślą, że są determinowani przez dzieciństwo, spotkanych ludzi, historię, pecha czy szczęście. Irytuje mnie to powszechne wycofywanie się z odpowiedzialności za cokolwiek. Ale ja w ogóle łatwo się irytuję.

Co pana jeszcze irytuje?

Im jestem starszy, tym więcej spraw mnie gniewa, ale tak szybko jak się ten gniew rozpala, tak szybko gaśnie. Taki raczej sangwiniczny jestem. I ponieważ coraz więcej spraw mnie gniewa, to staram się od tego odcinać. Nie czytam gazet, nie oglądam telewizji, nie słucham radia, nie chcę być zanurzony w ten świat.

A co gniewa pana w spotkaniu z drugim człowiekiem?

No, nie wiem dokładnie, ale z założenia raczej nie lubię ludzi, dopóki ich nie poznam. To nie jest tak, że trzeba się starać o moje względy, bo łatwo się zaprzyjaźniam, ale ludzi dzielę tak dla siebie, roboczo, na żywych albo martwych – metaforycznie oczywiście, bo to się odnosi do ludzi biologicznie żywych. Chodzi o to, czy wewnętrznie żyją. Lubię ludzi żywych.

Jacy to są ludzie?

Potrzebuję tej metafory, bo inaczej tego nie umiem wyrazić. Lubię tych, którzy mają w sobie jakiś ogień, nie przepadam za tymi, którzy wygaśli.

Czym jest ten ogień?

To głód, chęć życia, wieczne nienasycenie. Nie mogę być zaspokojony – gdyby tak się stało, oznaczałoby to, że nie żyję. Zawsze chcę czegoś nowego i chcę więcej.

Do końca studiów mieszkał pan u rodziców, potem się ożenił i zamieszkał z żoną, potrzebuje pan obecności innych?

Gdybym mieszkał sam, tobym oszalał. Lubię od czasu do czasu wyjechać na dwa tygodnie i być tylko ze sobą. Ale to są momenty zaprzeczające prawdziwemu życiu, takie wakacje od domowego zgiełku albo praca twórcza. Jak każdy, potrzebuję czasami samotności, by usłyszeć własne myśli, ale nigdy nie mieszkałem sam.

Od 15 lat jest pan w związku…

…proszę pana, ja nie jestem w związku, ja w ogóle nie rozumiem, co to jest „związek”. Jestem żonaty, to jest małżeństwo, nie żaden związek. Związek to może być radziecki albo zawodowy… Proszę mi wybaczyć, ale słowa są dla mnie ważne. Nienawidzę słowa „związek” w tym kontekście tak samo, jak nie cierpię określeń „partner” i „partnerka”.

Dlaczego?

Bo to ustawia relacje ludzi tak, jakby to była spółka jawna, cywilna, a najczęściej z ograniczoną odpowiedzialnością. W tym nie ma życiowej odpowiedzialności, konkretności, romansu. Są ustalone granice, wzajemne zobowiązania. Jak ludzie zostają kochankami, to nie po to, by spisać intercyzę: „tu mnie możesz dotknąć, tutaj pocałować, to mi zrobić, a ja zrobię ci to”. Coś potwornego! Wszystko ustalmy, nazwijmy, wypowiedzmy – nie ma w tym przyciągania. To nie mój problem, ale samo nazewnictwo: „związek”, „partner” – ustawia relacje międzyludzkie w sposób nieludzki.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »