fbpx

Morfina Szczepana Twardocha – studium rozpadu świata

Szczepan Twardoch "Morfina"
mat. prasowe

Za powieść „Morfina” Twardoch otrzymał właśnie Paszport tygodnika „Polityka”. Jego książka to zarówno studium pękniętej osobowości, jak i rzecz o końcu pewnej epoki.

Szczepan Twardoch "Morfina"
mat. prasowe

„Morfina” to książka, w której każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie. Zresztą, sam autor lubi powtarzać, że powieść powinna być tak napisana, by każdy, kto po nią sięgnie, trafił na interesujący go wątek. Mamy więc Warszawę z początku czasów wojny, mamy męskiego bohatera o wielu zainteresowaniach (wojna, kobiety, narkotyki i wódka), mamy sceny walki, morderstwo i wyprawę przez zoraną przez wojnę Polskę, a to wszystko tak sugestywnie opisane, iż czytelnik ma wrażenie, że, idąc krok w krok za bohaterem, prawie dyszy mu w kark.

Główną postać „Morfiny”, Konstantego Willemanna poznajemy, gdy ten – skacowany po całonocnym piciu – budzi się w domu swojej dawnej służącej, próbując – jak się okaże po raz kolejny – zapanować nad swoim życiem. Mamy październik 1939 roku, Polska przegrała wrześniową ofensywę niemiecką. Kostek, jako podporucznik, musiał zdać broń i teraz ukrywa się jak inni wojskowi, by nie wpaść w ręce Niemców. Zatem wychodzi z domu i …. w tym miejscu fabuła zaczyna zagęszczać się, a czytelnik wpada pomiędzy kolejne płaszczyzny układanki, którymi raczy nas Szczepan Twardoch.

W Warszawie, gdzie jeszcze niewiele ponad miesiąc temu odbywały się tańce warszawskiej socjety, gdzie w słynnej Adrii i Ziemiańskiej spotykała się śmietanka towarzyska stolicy, teraz hula wiatr. Ludzie chowają się po domach, gdy wybija godzina policyjna, a na ulicach pojawiają się wojska niemieckie. Niby jeszcze okupant nie panoszy się na dobre, ale to ten moment zaraz po klęsce wrześniowej, ten międzyczas, kiedy nie wiadomo jeszcze, co się stanie, jak się rozłożą akcenty i kto na tym dobrze wyjdzie. Niby patrzymy na to samo miasto, ale tu jakiś zburzony dom, tam zamknięta ulica, na oczach Kostka wysadzona kamienica przy Nowym Świecie. Miasto w „Morfinie” powoli zaczyna przeobrażać się, a my już wiemy ze zdjęć, jaki wygląd przybierze za kilka lat.

Podobnie jak miasto, zawieszony w swoim działaniu jest Kostek. Ten znany bon vivant Warszawy, zawsze dostatnio żyjący dzięki pieniądzom matki, nagle – w swojej niemocy, w złości na to, co się stało, na klęskę, jaką poniósł kraj – zaczyna zadawać sobie pytania: kim jestem i kim nie jestem? Ten dylemat często przewijać się będzie się na kolejnych stronach „Morfiny”, bo kwestia tożsamości jest jedną z kluczowych w książce. Kostek ma ogromny potencjał: bogaty, pół-Polak pół-Niemiec, mąż i ojciec. A jednocześnie tego potencjału nie wykorzystuje, trwoniąc czas na kochanki i picie, przetracając majątek matki. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ, jak zdaje się odpowiadać autor, Kostek jest bohaterem naszych czasów. A nasze czasy to kryzys męskości i niemęscy mężczyźni, biernie uwikłani w relacje, które rządzą ich życiem. I tak Konstanty jest uzależniony finansowo od swojej władczej matki (która notabene zniszczyła jego ojca), emocjonalnie od żony, która oczekuje od niego bohaterstwa i oddania życia za ojczyznę, fizycznie od prostytutki, zawsze chętnej wstrzyknąć mu w żyły otępiającą morfinę. Sam nie ma dość woli – paradoksalnie do swojego nazwiska – by wykonać określający go ruch. To inni przesuwają go na planszy.

To poszukiwanie tożsamości w czasach kryzysu męskości, choć przeniesione do roku 1939, to niezwykle ciekawy wątek. Patrzymy na Kostka jak na osobowość pękniętą, niedającą nadziei na zmianę, od której jednak zależy życie innych. A jednocześnie Kostek jest bohaterem na miarę swojego miasta – człowiek bez właściwości, w Warszawie, która właśnie traci swoją tożsamość, gdy nie wiemy jeszcze, jaki kształt przybierze.

W książce Szczepana Twardocha zachwyca niezwykła intensywność przekazu i ogromna dbałość o szczegóły. Wiemy, jak nosi się Kostek, jak ładuje broń, znamy każdy cal ciała jego żony, a co najważniejsze – zyskujemy dokładny obraz Warszawy, w której rzecz się dzieje. To ogromna zaleta i dowód na to, że autor darzy czytelnika szacunkiem, nie sprzedając mu fasady, na tle której rozgrywa się historia, tylko pieczołowicie rekonstruuje świat – niemal na wzór XIX-wiecznej prozy – do którego go zaprasza.

Mam słabość do tak prowadzonej narracji, która nie pomija historii nawet trzecioplanowych, tylko pozwala im zaistnieć aż do puenty, nawet jeśli nie ma to wpływu na całość fabuły. Taką właśnie narrację znalazłam w „Morfinie”. Ta utkana niczym gobelin, wielopłaszczyznowa historia wciąga czytelnika od pierwszych stron, by – zaskoczonego – wypluć go pod koniec, w najlepszym do tego momencie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze