1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Przeglądałam się w otchłani. Poprosiłam: „Judytka, wracaj”. Katarzyna Grochola szczerze o trudnym czasie w swoim życiu

Przeglądałam się w otchłani. Poprosiłam: „Judytka, wracaj”. Katarzyna Grochola szczerze o trudnym czasie w swoim życiu

(Fot. Marta Surovy/Feed Me Lab)
(Fot. Marta Surovy/Feed Me Lab)
Jedna z najbardziej znanych pisarek w naszym kraju. Mistrzyni rozbudowanych dygresji, które zawsze prowadzą do meritum. Katarzyna Grochola po ponad 20 latach wraca do swojej najsłynniejszej bohaterki. Idealny pretekst, żeby porozmawiać o tym, jak znaleźć się po jaśniejszej stronie ulicy.

Spis treści:

  1. Judyta z „Nigdy w życiu” wraca po 20 latach
  2. „Skoro chciałaś pisać, może to właśnie jest czas na książkę”. Tak powstało „Nigdy w życiu!”
  3. Judytowanie, czyli dlaczego pokolenie Z pokochało Judytę
  4. Katarzyna Grochola o swoich wnukach
  5. Katarzyna Grochola: „Wiem, co to znaczy przeglądać się w otchłani”
  6. Katarzyna Grochola: „Jestem po 69 latach ciekawego życia, w momencie, kiedy jeszcze mam marzenia”

  • Judyta, bohaterka „Nigdy w życiu” Katarzyny Grocholi, powróciła po dwóch dekadach, ale rozmowa z autorką skupia się przede wszystkim na jej życiu.
  • Pisarka opowiada o chorobie, rodzinie, wnukach, pisaniu i ludziach, którzy pojawiali się dokładnie wtedy, kiedy byli najbardziej potrzebni.
  • Pisarka zdradza również, dlaczego nie wierzy w zgorzknienie i jak dowiedziała się, co to znaczy „judytowanie”.
  • „Nie opłaca się tkwić w przeszłości” – mówi też Katarzyna Grochola, która w wieku 69 lat wciąż ma nowe marzenia.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026.

Judyta z „Nigdy w życiu” wraca po 20 latach

Zofia Fabjanowska: Dlaczego akurat teraz? Dlaczego dopiero po ponad 20 latach przerwy napisałaś kontynuację przygód Judyty?

Katarzyna Grochola: Już od jakiegoś czasu słyszałam pytania, głównie od moich przyjaciółek, czy bym do niej nie wróciła. Wokół coraz bardziej niespokojnie, dostajemy tyle smutnych wiadomości, dobrze byłoby wrócić do świata, który się zna i lubi. Najpierw myślałam: spokojnie, nie ma pośpiechu, niech Judyta sama do mnie zapuka i powie: „Kasiu, zestarzałam się. Co ty na to?”. Aż do zeszłego roku, który był dla mnie wyjątkowo ciężki. W końcu to ja sama poprosiłam: „Judytka, wracaj! Inaczej nie dam sobie rady”.

Czyli traktujesz ją jak osobny byt?

Oczywiście. Czuję z nią mocną więź, bo to ona spośród wszystkich moich bohaterek i bohaterów jest najbardziej mną. Choć, co często powtarzam, nie znaczy to, że jestem Judytą ani vice versa.

A dlaczego w najnowszej książce Judyta prowadzi biuro matrymonialne? Coś czuję, że wiele osób, które mają dosyć Tindera, zatęskni, czytając te fragmenty, do bardziej analogowych metod szukania miłości.

Pracowałam kiedyś w takim biurze, dawno temu, w latach 90. Założyło je moje kuzynostwo, byłam zatrudniona jako doradczyni. Przeszłam specjalny trening, rodzaj szkolenia, bo choć rozmawiać z ludźmi akurat umiem, to w swataniu trzeba zachować daleko idącą powściągliwość. Nie wiem, czy w Polsce zachowały się jeszcze takie biura, ale z tego, co wiem, są na Zachodzie i cieszą się dużym powodzeniem.

Czy w 2001 roku, kiedy ukazała się powieść „Nigdy w życiu!”, od razu odczułaś skutki jej gigantycznej popularności? Jak szybko po premierze w twoim życiu – zawodowym i prywatnym – nastąpiła rewolucja?

Zaczęło się, pamiętam, od laptopa. Dostałam go od dziewczyny, z którą się wcześniej w ogóle nie znałyśmy. Przeczytała wywiad ze mną i postanowiła mi pomóc. Mam ten laptop do dzisiaj, choć już od dawna nie działa, na pamiątkę. Jako przypomnienie, że cuda się zdarzają.

(Fot. Marta Surovy/Feed Me Lab) (Fot. Marta Surovy/Feed Me Lab)

Opowiesz, jak to dokładnie było?

Krótko po premierze „Nigdy w życiu!” udzieliłam pierwszego wywiadu. Dorocie Wellman, do dziś bardzo się lubimy. I w tym wywiadzie przyznałam się, że nie mogę pisać na moim starym wysłużonym komputerze, kiedy mi w domu siada prąd. A siadał non stop, zresztą to, że „Nigdy w życiu!” w ogóle powstało, zawdzięczam awarii prądu, ale to już inna historia. W każdym razie wywiad się ukazał, aż tu nagle dzwoni do mnie Dorotka Wellman: „Słuchaj, zgłosiła się do mnie pani. Ma dla ciebie laptop, mówi, że będziesz go mogła używać, nawet jeśli zabraknie prądu. Przyślę tę panią do ciebie”. No i przyjechała do mnie Agnieszka, cudna, piękna. Pojawiła się akurat w czasie burzy, jak otwierałam jej furtkę, walnęło tak, że natychmiast wszędzie zgasło światło, siedziałyśmy i rozmawiałyśmy przy świeczce.

Agnieszka oddała mi własny laptop, nawet nie wykasowała z pamięci swoich rzeczy, ufając, że nie naruszę jej prywatności. No kurczę, ja to mam właśnie takie szczęście do ludzi!

„Skoro chciałaś pisać, może to właśnie jest czas na książkę”. Tak powstało „Nigdy w życiu!”

A co z pisaniem „Nigdy w życiu!”? Powiedziałaś, że książka nie powstałaby, gdyby nie awaria prądu…

Bo gdyby nie awaria, nie przepadłaby mi caluteńka baza danych, którą miałam w komputerze. Potrzebna mi do pracy – odpowiadałam wtedy na listy czytelników jednego z czasopism. To był też czas, kiedy zaczęłam chodzić na terapię do Wojtka Eichelbergera, więc poskarżyłam mu się, że nie mam jak pracować, życie znowu pakuje mi kłody pod nogi. Na co Wojtek odpowiedział, żebym spróbowała spojrzeć na to inaczej: „Skoro chciałaś pisać, może to właśnie jest czas na książkę”. Tak powstało „Nigdy w życiu!”. No a potem zdarzyła się historia z laptopem i tak powolutku wiele rzeczy się zmieniało. Nagle było mnie stać na ogrzewanie, kupiłam samochód…

Milion sprzedanych egzemplarzy, rozpoznawalność, o jakiej inni autorzy i autorki mogli tylko pomarzyć. Pamiętasz konkretny moment, kiedy o tym wszystkim, co się wokół ciebie działo, pomyślałaś, że to przełom, że nagle stałaś się znaną pisarką?

Pamiętam, jak moja mama mówiła mi: „Spokojnie, nie ma się co cieszyć i dzielić skóry na niedźwiedziu. Każdy może być autorem jednej książki. Zobaczymy, co będzie dalej”. To mnie mocno uziemiło.

Nie masz do niej żalu, że była hamulcową twojego entuzjazmu?

Chciała mnie chronić przed rozczarowaniem, martwiła się, że za dużo sobie obiecuję. Dodała jeszcze: „Pamiętaj, że nikt nie żyje z samego pisania”, na co odparowałam butnie: „W takim razie będę pierwsza”. Oczywiście kompletnie w to nie wierząc. Po prostu coś trzeba było matce odpowiedzieć [śmiech].

Pełnoprawną pisarką poczułam się dopiero po „Trzepocie skrzydeł”. Nie wiem, która to była moja książka: siódma, ósma? Pomyślałam, że skoro umiem pisać zarówno pogodne książki, jak i taką o przemocy, po której ludzie zgłaszają się na terapię, to chyba nie jest ze mną źle.

Judytowanie, czyli dlaczego pokolenie Z pokochało Judytę

A jak przyjęłaś tiktokowy trend, który pojawił się jakieś dwa lata temu? Zaczęły powstawać setki nagrań pod wspólnymi hasztagami #judytaera i #judytowanie…

Słyszałam coś od znajomych. Ja sama nie mam TikToka z prostej przyczyny: przecież nie mogę być od wszystkiego uzależniona. Starczy, że bez przerwy oglądam w telefonie filmy ze zwierzętami. Na przykład panią, która kiedyś wyjęła haczyk z paszczy jednego rekina i od tamtego czasu podpływają do niej inne rekiny, żeby je również wyratowała. I ja to wszystko oglądam i nie mogę przestać. Podarowałam ten zwyczaj Judycie – we „Właśnie, że tak!”, żeby podnieść sobie dopaminkę, Judyta ogląda w sieci rekiny. A wracając do pytania, tak naprawdę, co oznacza termin „judytowanie”, dowiedziałam się dopiero trzy dni temu.

Trzy dni temu?

Tak. Od jednego dziennikarza. Wcześniej myślałam, że chodzi o samą Judytę, że jej teksty z filmu [ekranizacji „Nigdy w życiu!” z Danutą Stenką w roli głównej – przyp. red.] stały się na TikToku popularne i o to chodzi w całym tym trendzie.

Tymczasem, jeśli dobrze rozumiem, judytowanie to chęć spędzenia życia w sielskości, poza miastem, nieśpiesznie. Jeśli tak, to podoba mi się taki trend.

(Fot. Marta Surovy/Feed Me Lab) (Fot. Marta Surovy/Feed Me Lab)

Przy okazji wyszło na jaw, że twoja najsłynniejsza bohaterka jest rozpoznawalna także wśród zetek. Że to najmłodsze pokolenie, które podobno jest tak różne od naszych, znajduje w tym, co napisałaś, coś dla siebie. Wiesz, co to jest?

Nie wiem dokładnie, ale chyba nietrudno się odnaleźć w tym, jaka Judyta jest. W tych momentach, kiedy mówi „nie”, a myśli „tak”. Albo odwrotnie: chlapnie coś szybciej, niż pomyśli. Kiedy jest grzeczna, choć przydałoby się, żeby była niegrzeczna. I kiedy daje upust swojej złości akurat w najgorszym możliwym momencie.

Ja po prostu całe życie zajmuję się obserwowaniem świata. Pisania uczyłam się od ludzi w kolejce WKD – wystarczyło patrzeć i słuchać.

À propos kolejek WKD: parę lat temu przyszła do mnie sąsiadka zza płotu. Znamy się, przyjaźnimy, aż tu nagle ona przychodzi z egzemplarzem „Nigdy w życiu!”, otwartym gdzieś w środku, i każe mi się dokładnie w tym miejscu wpisywać. Patrzę, a to rozdział, gdzie opisuję historię z matką i dzieckiem jadącymi wukadką. To ten fragment, kiedy Judytę olśniło, zrozumiała, co to naprawdę znaczy „Mogę ci dać tylko tyle, ile mam”.

Napisałam to z życia i do dziś pamiętam, jak to faktycznie wyglądało. Do kolejki, którą jechałam, wsiadła pani z małym dzieckiem, dziewczynką. Dziecko głośne, nie dało się spokojnie czytać – bo wtedy się jeszcze czytało w pociągach książki, a nie oglądało telefony – co było robić, człowiek zastrzygł uszami i słuchał. Jedziemy, dziewczynka zadaje miliony pytań, sytuacja w miarę stabilna do momentu, kiedy mała zaczyna się niecierpliwić. „Mama, mama, ja chcę loda!” „Kupimy, jak dojedziemy”. „Ale ja chcę teraz”. I tak w kółko. Ludzie patrzą wilkiem, pewnie się zastanawiali, czy dziewczynka w końcu dostanie w tyłek – bo to też były takie czasy – ale nie, matka zamiast tego spokojnie wyciąga to, co ma w torbie: „Zobacz. Mam tylko jogurt i serek. Nic więcej. Nie mogę ci dać niczego, czego nie mam”.

Usłyszałam to zdanie i jakby wszechświat się przede mną rozstąpił! Wróciłam do domu, palnęłam rozdział, zmieniłam tylko dziewczynkę na chłopca. No i wysunęłam z tego jednego zdania wniosek o małżeństwie Judyty i o wielu innych sprawach dotyczących jej życia. No i teraz wracam do sąsiadki i do tego egzemplarza, który miałam dla niej podpisać. Zapytałam, dlaczego akurat na tej stronie. „Bo to ja byłam tą kobietą z dzieckiem, z którą jechałaś kolejką. Wtedy się jeszcze nie znałyśmy, ale ja ciebie zapamiętałam. W kółko pisałaś coś na żółtych kartkach”. Wyobrażasz sobie? Jej córka dzisiaj jest już dorosła.

Świat się przez te ponad 20 lat oczywiście zmienił. Po drodze Judycie zdarzyło się zebrać bęcki za to, że nie jest dość feministyczna. Bo ciągle tęskni za facetem, bo mimo wszystko wierzy w miłość. No cóż, jeśli zakasanie rękawów i wzięcie spraw w swoje ręce – niezależnie od tego, czy tęsknisz, czy nie i czy wierzysz, że się jeszcze zakochasz – nie jest feministyczne, to już naprawdę nie wiem, co jest.

A jeśli chodzi o tę postać feministki z książki, która wykrzykuje, że „niepotrzebny nam mężczyzna”, to było moje przymrużenie oka do feminizmu zaburzonego. Nie lubię radykalizmu w żadnej postaci, nie o to chodzi, żeby facetów wycinać w pień, są inne sposoby walki o swoje. A Judyta nigdy nie musiała być ani najmądrzejsza, ani radzić sobie ze wszystkim. Mogła się potykać, mylić, gadać głupoty i jak każdej z nas zdarzyło jej się chodzić po mieście z rozmazanym tuszem pod jednym okiem, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Myślę, że właśnie przez to na poziomie emocjonalnym czytelniczki odbierają jej losy jako jakiś rodzaj prawdy o sobie. No i emocje. Ona wierzy w miłość i w przyjaźń. Że to największa siła napędowa w życiu. Dokładnie tak jak ja. Nie wiem na pewno, ale jakoś mi się wydaje, że młode dziewczyny pod tym względem wcale się ode mnie czy od ciebie nie różnią.

„Właśnie, że tak!” dedykujesz dwóm szczególnie bliskim ci zetkom, czyli twoim wnukom: Wandzi i Antkowi. Dlaczego?

Uważam, że należy im się dedykacja ode mnie. To są cudowne, mądre dzieciaki, kocham je niesamowicie. Po równo – i to małe, i to duże. Ja w ogóle uważam, że dzisiejsza młodzież jest fajna, mądra. Nie cierpię, jak się czepiają młodych pokoleń.

Katarzyna Grochola o swoich wnukach

Młodsza wnuczka Judyty też nazywa się Wanda, natomiast postaci Antka w książce nie ma.

Trochę z prawdziwej Wandy korzystałam, z różnych jej powiedzonek i zachowań. A wnuczka Judyty miała z początku inne imię aż do czasu, kiedy Wanda zapytała mnie, co piszę. Powiedziałam, że taką książkę, że jest tam Judyta i ona ma wnuki. „Jak mają na imię?” Zaczęłam wymieniać: Jasiek, Lenka… „Powinni się nazywać Antek i Wanda!” Tłumaczyłam, że Antka musiałabym zapytać, czy się na to zgadza. „Wiesz, mógłby nie chcieć, to nie jest moja decyzja. Ale co do Wandy, jak chcesz, nie ma sprawy, już zmieniam, jednym ruchem palca”. Kliknęłam „znajdź i zastąp” i w całym tekście „Lenkę” zastąpiłam „Wandzią”.

Wiem z kilku niezależnych źródeł, że z Antkiem [Sztabą, rocznik 2002, aktorem znanym m.in. ze słynnego musicalu „1989” czy seriali „Przesmyk” i „Aniela” – przyp. red.] macie świetną relację.

Antek mi kiedyś powiedział, że jestem zajebistą babcią. Uczyłam go jeździć samochodem, jak miał 12 lat [śmiech]. Byłam też, obawiam się, pierwszą osobą, która nauczyła go brzydkich słów.

Oj!

Miałam dobry powód, to była lekcja.

Antek odezwał się do mnie jakoś nieładnie, coś mu się tam wyrwało, no to ja mu na to: „Chodź no tu, stary. Czy ty myślisz, że jak tak mówisz, to ja nie mogę gorzej? Otóż mogę”. I zaczęłam wymieniać wszystkie przekleństwa, jakie tylko przyszły mi do głowy. Nie zapomnę tych zdumionych oczu [śmiech].

Puenta była taka, że Antek ma zostawić sobie przekleństwa na odpowiednią okazję i że cała mądrość polega na tym, żeby je znać, ale ich nie używać, z wyjątkiem momentów, kiedy będą mu rzeczywiście potrzebne. A już na pewno nie można uderzać nimi w ludzi, na których mu zależy. Nie wiem, czy moja córka [Dorota Szelągowska, projektantka wnętrz i popularna dziennikarka telewizyjna – przyp. red.] w ogóle o tamtej naszej rozmowie wie. Wie natomiast, niestety, że opowiedziałam kiedyś małemu Antkowi bardzo brzydki dowcip. Przemilczę, jaki dokładnie, oględnie mówiąc, chodziło o ciało pedagogiczne, ale niech to lepiej nie idzie w druku.

Opowiedziałam niechcący, wymsknęło mi się. Próbowałam poniewczasie ratować sytuację, mylić tropy, bo Antek nie w pierwszej chwili zrozumiał, ale się, kurczę, szybko zreflektował. Od małego był, bestia, bystry!

Spanikowałam, poprosiłam: „Antek, ja ci opowiedziałam ten dowcip, ale niech to będzie nasza tajemnica. Twoja mama mnie prosiła, żebym takich rzeczy nie robiła, potraktujmy to jako gentleman’s agreement: ty nie powtórzysz żadnemu dzieciakowi w szkole, ja nie powiem nic mamie, okej?”.

Był weekend, a już w poniedziałek dzwoni do mnie moja córka i tonem mojej własnej matki robi mi wyrzuty. Słyszę w słuchawce: „Mamo, myślałam, że ustaliłyśmy kilka rzeczy dotyczących mojego syna, ale widzę, że moje prośby nie odnoszą skutku. Przed chwilą miałam telefon ze szkoły w sprawie Antka”. Przeprosiłam natychmiast. Było mi naprawdę głupio i przykro, ale też nie kryłam, że jestem poruszona tym, że mieliśmy z Antkiem umowę i nie dotrzymał słowa. Mówię więc: „Dorota, ja się do wszystkiego przyznaję, ale nie mieści mi się to w głowie. On mi obiecał, że nie powtórzy tego dowcipu żadnemu innemu dziecku”. Na co moja córka: „No i nie powtórzył dziecku, tylko nauczycielowi” [śmiech].

Ostatnio chwilę pomieszkiwał u nas, bo miał w pobliżu w Milanówku plan filmowy. Wracał po nocy, niemiłosiernie wyziębiony, wychodził o świcie przy 13-stopniowym mrozie. Mógł liczyć na nas właściwie przez całą dobę, bo ja jestem nocnym Markiem, z kolei mój mąż to ranny skowroneczek.

(Fot. Marta Surovy/Feed Me Lab) (Fot. Marta Surovy/Feed Me Lab)

Miło patrzeć, kiedy relacja wnuka i babci jest tak bliska i żywa.

Ja też uważam, że to fajnie, chcę tylko zwrócić uwagę na pewien szczegół: jak mój wnuk był mały, nie widywałam go często. Raz, że mieszkałyśmy z Dorotą stosunkowo daleko od siebie, dwa, że nie zdawałam sobie do końca sprawy, jak się Dorota wtedy czuła, w jakiej była kondycji, że podżerała ją depresja. Moja córka chroniła mnie przed złymi wiadomościami, tak jak ja chroniłam wcześniej swoją matkę. Typowa międzypokoleniowa sztafeta.

W związku z tym, że widzieliśmy się z Antkiem rzadko, miałam pole do popisu. Nie musiałam się przejmować, czy przypadkiem nie zje za dużo cukierków i nie dostanie od tego szajby albo próchnicy. Od odpowiedzialności miał swoją mamę.

Pamiętam, jak kiedyś poszłam z nim do zoo. Myślałam, że tam zejdę! Od klatki z lwami biegiem do huśtawki, od huśtawki do parowoziku, potem hop na gumową skocznię i zjeżdżalnię, na której, byłam tego pewna, mój wnuk za moment wybije sobie przednie zęby. Tu „Babciu, balonika”, tam „Babciu, pluszowego króliczka”.

Nigdy nie byłam babcią wychowującą i to jest superwygodny układ. Dużo przyjemności, mało odpowiedzialności. Dorota wykonała kawał dobrej roboty, nawet ostatnio o tym myślałam. Po tym, jak Wanda podeszła do mnie, kiedy akurat nad czymś pracowałam. Popatrzyła na mnie uważnie: „Czy ty jesteś na mnie zła?”. „A dlaczego pytasz?” „Bo masz taką minę”. Powiedziałam dziecku wprost, że jestem już starsza i jak o czymś myślę i się nie uśmiecham, to mi opadają kąciki ust. Ale też dodałam: „Fajnie, że zapytałaś”. I to jest wielka zasługa Doroty. Dużo rozmawiają z Wandą o tym, czym jest smutek, radość, jak się dobrze bezpiecznie złościć, a nie wściekać i frustrować. Z kolei Antek jest jedynym znanym mi mężczyzną, który sprawdza, czy jesteś smutna, czy może chodzi o co innego. W mig wyłapuje takie niuanse, pyta, czy się przypadkiem źle nie czuję.

A już tak poza wszystkim, to myśmy się z Antkiem dobrali charakterologicznie, myślę, że pod pewnymi względami jesteśmy podobni. Starałam się pokazać mu parę ważnych dla mnie filmów. To ze mną obejrzał na przykład „Lot nad kukułczym gniazdem”. Lubimy ze sobą gadać, mamy intelektualne porozumienie.

Wiem, że ty też miałaś ukochanego dziadka. Organistę.

Dziadek był kapitalny. I też był drugim – zaraz po księdzu – najważniejszym człowiekiem w Lutoryżu – we wsi, w której my też krótki czas mieszkaliśmy z rodzicami. Grał do każdej mszy, na każdym weselu i każdym pogrzebie. I zabierał mnie do maleńkiego lutoryskiego kościółka.

Wtedy starszym ludziom się nie pyskowało, nikt by nie śmiał powiedzieć dziadkowi, że nie ma w czymś racji, więc kiedy się na niego zezłościłam, mówiłam, żeby mu dopiec: „A Boga i tak nie ma!”. Na co mój dziadziuś spokojnie odpowiadał: „Nie szkodzi, że myślisz, że go nie ma. Najważniejsze, że on wie, że ty jesteś”. Siedzi we mnie mocno to wspomnienie.

Byłam nieochrzczonym dzieckiem i kiedy się ochrzciłam w wieku 21 lat, pierwsze, co mi przyszło do głowy, to: czy dziadziuś będzie ze mnie dumny. Owszem, ucieszył się. Skomentował: „Będziesz umiała zmówić wiecznie odpoczywanie na moim grobie”. Ja mu na to: „Nauczyłabym się i bez tego!”.

Nie miałam wrażenia, że cokolwiek się między nami zmieniło. Dziadek kochał mnie tak samo, bez względu na wszystko.

Albo inna historia z mojego dzieciństwa: ktoś, nie pamiętam już kto, wyniósł na dwór igłę szewską – naprawdę dużą, ostrą, zszywało się nią grube skóry, ale również worki – i przez nieuwagę zgubił ją na łące. Jak to wyszło na jaw, bano się wypuścić krowy, żeby któraś na igłę nie nastąpiła i się nie skaleczyła. Dziadek zarządził więc w rodzinie poszukiwania. Wszyscy mieliśmy wyjść i szukać. A tam dwa hektary łąki. Babcia załamywała ręce: „Kto ci znajdzie igłę w stogu siana!”. Tymczasem ja od razu oznajmiłam, że znajdę. I co? Chodziliśmy zgięci w pół, chodziliśmy, wydawało się, że nic z tego, aż w końcu to ja miałam szczęście. Wypatrzyłam. Po raz pierwszy byłam czegoś tak pewna: że to właśnie będę ja i już. Nie ma innej opcji.

Byłaś odtąd postrzegana jako dziecko szczęścia?

Sama też tak o sobie myślałam. To znaczy może nie jak o dziecku szczęścia, uważałam raczej, że jestem wybrańcem losu.

Katarzyna Grochola: „Wiem, co to znaczy przeglądać się w otchłani”

Co to dla ciebie znaczyło być wybraną? Że jesteś wyjątkowa?

Bardziej miałam poczucie, że jestem osobą, do której został przydzielony anioł stróż. Dobry i silny. Że go do mnie przysłano z czyjegoś polecenia z przykazem: „Ty miej w opiece tę Kaśkę, bo ona ci jeszcze będzie różne rzeczy wyprawiać”. A czasami tego poczucia nie miałam, opuszczało mnie zupełnie. Dlatego wiem, co to znaczy przeglądać się w otchłani. Ta otchłań nigdy nie była aż tak głęboka, żebym nie mogła z niej wyleźć, ale na tyle głęboka, by zdać sobie sprawę, że nigdzie wokół nie ma światła, już tak.

Los ci zgotował bardzo różne doświadczenia, także wyjątkowo trudne, graniczne. Niełatwo znaleźć wywiad z tobą, w którym prędzej czy później nie pada pytanie o chorobę nowotworową. Jedną, drugą. Czy o przemoc domową, której doświadczyłaś jako dorosła osoba. Ani razu nie pomyślałaś, że jesteś raczej ofiarą tego wszechmocnego losu?

Dla mnie przełomowym momentem dla myślenia w stylu „Dlaczego ja?” była jedna z moich wizyt w centrum onkologii. Szłam na kolejne naświetlania, wchodziłam do szpitala przez obrotowe drzwi i minęłam się z panią, która pchała wózek inwalidzki ze swoim dzieckiem. Chorującym na nowotwór gałki ocznej. W takich chwilach człowiek zmienia myślenie o sto osiemdziesiąt stopni.

Niemniej wiele osób będących na twoim miejscu dopadłoby zgorzknienie, stałyby się nieufne wobec świata. Zupełnie tego w tobie nie widzę. Zastanawiam się, czy nie ratuje cię przypadkiem wrodzona przekora. Twoje „Właśnie, że tak!” i „Ja wam pokażę!”, które wybrałaś na tytuły swoich książek. Zgadzasz się?

W sumie mogę się częściowo zgodzić, ale z zastrzeżeniem, że przekora pakowała mnie tak samo często w różne kłopoty.

Ja chyba od zawsze – no dobrze, nie od zawsze, tylko od pewnego czasu – wychodzę z założenia, że nie opłaca się tkwić w przeszłości. Bo przeszłość w ogóle nie istnieje. Wcale nie wygląda tak, jak ją pamiętamy, bo przecież mamy tendencję do pamiętania tylko tego, co nam wygodnie.

Najogólniej mówiąc, warto się pożegnać z wszystkim, co jest jak kotwica, trzyma cię i więzi. I mówię to ja, osoba, która ma olbrzymie trudności z żegnaniem się. Dobrze to widać po moim mieszkaniu, które składa się głównie ze starych mebli, ale nie z drogocennych antyków. To są krzesła mojej babci, na tym fotelu siedziała moja nieżyjąca przyjaciółka, ten kwiat uratowałam po śmierci ojca – stał u niego na balkonie od grudnia do marca, zamienił się w patyk, a ja się uparłam, że będzie rósł, i do tego doprowadziłam. Cudem się puścił.

Kilka razy żegnałaś się z tym światem.

Raz się żegnałam, a już za chwilę myślałam: „Nie ze mną te numery”, „Tu się zgina dziób pingwina”. Kiedy Dorotka była mała, a ja chorowałam, genialnie opanowałam metodę wyparcia. Lekarz, który brał udział w moim konsylium, zeznawał potem, że pierwszy raz widział na oczy kogoś, komu się mówi: „Nie będzie pani operowana”, a odpowiedź brzmi: „Rozumiem, ale o tym porozmawiamy po mojej operacji, na razie muszę załatwić opiekę nad dzieckiem”. Mówili mi: „Ale nie będzie operacji, zostały inne sposoby leczenia”. A ja swoje: „Przyjmuję to do wiadomości, ale muszę znać termin operacji, żeby moja matka mogła się zająć moją małoletnią córką”. I tak dalej, i tak dalej. Ja naprawdę słyszałam co innego. Zrozumiałam, że zostałam wezwana, żeby ustalić datę zabiegu i tak to zapamiętałam. Podobno lekarze na konsylium byli bezradni. Kobita się uczepiła i co zrobisz? Odezwali się do profesora Roszkowskiego z innego szpitala i on zgodził się przeprowadzić zabieg.

Katarzyna Grochola: „Jestem po 69 latach ciekawego życia, w momencie, kiedy jeszcze mam marzenia”

Kiedy cię pytają: „Pani Katarzyno, jak żyć, jeśli wciąż się ma pod górkę” – a jestem pewna, że słyszysz takie pytania – co odpowiadasz?

Wiesz, to tak jak w przypowieści o właścicielu sklepiku mięsnego w Nowym Jorku, co miał siedem córek na utrzymaniu. Znasz?

Chętnie poznam.

Pewien nowojorski Żyd miał sklepik mięsny i siedem córek. Aż nagle wyburzono plac przed jego sklepikiem i zawisła tabliczka, że powstanie tam supermarket. Wszyscy w sąsiedztwie posprzedawali swoje interesy, ale jego sklepiku nikt nie chciał kupić. Nasz bohater poszedł więc do rabina po poradę. „Rebe, daj mi jakieś przekleństwo na ten supermarket”. Rabin postukał się w głowę. „Przekleństwo? Głupi! Posłuchaj, co ci powiem. Masz od jutra wstawać pół godziny wcześniej, myć z pyłu chodnik przed swoim sklepem, pucować sklepową witrynę i posyłać z uśmiechem siedem błogosławieństw w stronę supermarketu”. Sklepikarz zmuszał się więc codziennie do wstawania, do uśmiechu i słał błogosławieństwa, ale nikt do niego nie zaglądał. Supermarket rósł i rósł, aż raz zajechała przed sklepik luksusowa limuzyna. Wysiadł facet, przywitał się. „Jestem właścicielem tego supermarketu. Od miesięcy pana obserwuję i jestem pod wrażeniem. Czy nie zechciałby pan zostać kierownikiem naszego działu mięsnego?”.

Opowiedziała mi to moja znajoma, przykazując, żebym i ja codziennie przesyłała siedem błogosławieństw. Byłam wtedy porzuconą kobietą, pełną gniewu i żalu, a ona mi kazała myśleć o moim byłym mężu aż siedem dobrych rzeczy! Musiałam się naprawdę nagłowić, żeby je wymyślić, ale pomogło, puściło. Nie starczało mi czasu i energii, żeby myśleć o tych złych.

A gdyby ktoś z zaskoczenia zapytał cię, w jakim teraz jesteś momencie życia, jaka byłaby twoja pierwsza spontaniczna odpowiedź? Co to dla ciebie za czas?

Jestem po 69 latach ciekawego życia, w momencie, kiedy jeszcze mam marzenia. Kiedy mogę się ucieszyć z tego, co mnie spotkało, i mogę być dumna z bliskich. Z tego, jakie fajne mam dzieciaki, męża, jak moja córka pięknie się rozwinęła, jakim mój wnuk jest świetnym mężczyzną, jak moja ukochana Wandzia cudownie operuje magiczną różdżką wróżki, kiedy się razem bawimy.

To również czas, w którym chcę zaprzeczać złu tego świata poprzez własną postawę: nie dopuszczam do siebie zła, nie mam zamiaru się nim zajmować. Zamiast tego chcę szukać pogodnych stron. Wierzyć, że ten świat jest – mimo wszystkiego, o czym się mówi i słyszy – w trakcie przemiany na lepsze. Że to jak z raną – może wygląda paskudnie, ale wkrótce nastąpi proces zdrowienia.

Katarzyna Grochola, autorka 25 książek, w tym powieści, zbiorów opowiadań, rozmów. Jako pisarka zadebiutowała powieścią „Przegryźć dżdżownicę” (1997), a największą popularność przyniosła jej „Nigdy w życiu!” (2001), która doczekała się czterech kontynuacji: „Serce na temblaku” (2002), „Ja wam pokażę!” (2004), „A nie mówiłam!” (2006). „Właśnie, że tak! Nigdy w życiu! 20 lat później” dopiero co ukazała się na rynku i już wiadomo, że – tak jak w przypadku dwóch pierwszych części przygód Judyty – powstanie na jej podstawie film. Główną bohaterkę ma zagrać Danuta Stenka.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE