W czerwcowym numerze „Zwierciadła” – jak i w życiu – Grażyna Wolszczak mówi „Ahoj, przygodo!”. Aktorka z wiekiem nie zwalnia, wprost przeciwnie: bierze udział w półmaratonach, ma świetną kondycję, mnóstwo pomysłów. I żaden z nich nie wiąże się z emeryturą. – W ogóle nie
przyjmuję do wiadomości, ile mam lat – dodaje z uśmiechem aktorka.
- „Moją misją jest przekonanie dziewczyn, żeby ruszyły się z kanapy” – mówi Grażyna Wolszczak, która w wieku 67 lat przebiegła swój pierwszy półmaraton i szykuje się do kolejnego startu.
- Aktorka opowiada, dlaczego nie wierzy w wymówki, jak motywuje się do regularnego ruchu i co robi, by zachować sprawność fizyczną oraz psychiczną na długie lata.
- „Mental jest chyba najważniejszy” – przekonuje. Zdradza, jaką rolę w zdrowiu, wyglądzie i energii odgrywają nastawienie, poczucie sensu oraz relacje z ludźmi.
- W rozmowie mówi także o prowadzeniu Garnizonu Sztuki, potrzebie niezależności, zdrowym odżywianiu, medycynie estetycznej i swoim przepisie na aktywne, satysfakcjonujące życie po sześćdziesiątce.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026.
Alina Gutek: Muszę przyznać, że zaimponowałaś mi tym półmaratonem w Walencji.
Grażyna Wolszczak: Ja sobie jeszcze bardziej.
Bieganie to przecież nie twoja bajka.
Kompletnie nie moja.
To tym bardziej godne podziwu. Jak do tego dojrzałaś?
Nie dojrzałam, samo przyszło. Ode mnie zależało, czy zignoruję tę szansę, która spadła z nieba, czy pójdę za nią. Zgłosiła się do mnie trenerka biegania Monika Słomska z propozycją, że przygotuje mnie do maratonu. Obśmiałam się tylko, bo dalej niż do autobusu nigdy nie biegałam.
Nie chcąc jej rozczarować, obiecałam jednak, że kogoś znajdę – chodziło o znaną osobę, która pomoże rozpromować jej działalność – a znam sporo ludzi biegających, dla których to prawdziwa pasja. Ale od razu odezwał się we mnie mój zodiakalny Strzelec, czyli charakter „Ahoj, przygodo!”.
Maraton to nie, ale może półmaraton? Zaczęło mnie korcić. Półmaraton oznaczał przebiegnięcie równie abstrakcyjnej liczby kilometrów, ale zawsze to pół. 21 to jednak nie 42. Trenerka mnie przekonywała, że spokojnie: zrobimy najpierw wszystkie badania, potem zaczniemy powoli, ale systematycznie. Te badania też mnie skusiły, były o wiele bardziej szczegółowe niż te standardowe.
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
No i?
Nie było łatwo. Zaczęłam trenować 15 stycznia, a półmaraton przebiegłam 26 października 2025 roku. Przygotowywałam się step by step, systematycznie, konsekwentnie. Badania, treningi, stopniowo wydłużany dystans. Pierwsze pięć kilometrów przebiegłam w kwietniu w Maratonie Gdańskim. Myślałam, że umrę. Ale dostałam mój pierwszy medal. Postępy robiłam, ale byłam rozczarowana, bo były mało zadowalające. Hmm, może to ma coś wspólnego z wiekiem? A może z tym, że wcale nie sprawia mi to przyjemności?
Patrzyłam na tych pasjonatów biegania, którzy mówią właściwie tylko o tym, ile kilometrów, jaki czas, jakie przewyższenia na trasie, jakie tętno, które buty najlepsze – życia nie wyobrażają sobie bez biegania. Czekałam, kiedy mnie też wyrosną takie skrzydła. Nie wyrosły do dziś.
Ale w lecie zaczęłam już biegać dystanse 10, czasem 12 kilometrów. Wolno, co prawda, ale przecież limit czasu na ukończenie półmaratonu to trzy godziny. „Jakoś się doczołgam”, myślałam. Aż tu nagle wiadomość, że w Walencji ten limit to dwie godziny 45 minut. „No nie, nie dam rady… No to nie dasz, co się znowu stanie, zejdziesz z trasy, wielkie mi rzeczy”, tak gadałam sama ze sobą. Przybiegłam na metę w dwie godziny i 36 minut, hurra, udało się. Ten medal jest naprawdę cenny!
Wykonałaś zadanie i skończyłaś z bieganiem? Czy się wkręciłaś?
Byłam pewna, że to koniec tej przygody, koniec z długimi dystansami, że będę sobie biegać dla zdrowia pięć, siedem kilometrów ze dwa razy w tygodniu. Ale okazało się, że jak mnie nikt nie pilnuje, jak nie wisi nade mną widmo kompromitacji, to trudno mi się zdyscyplinować. Bo taką miałam strategię od początku. Ogłosić wszystkim ten start w półmaratonie, żeby wstyd było się wycofać. Nawet „Gazeta Wyborcza” zrobiła ze mną wywiad na ten temat, więc nie miałam wyjścia, nie mogłam okazać się cieniaską. A potem gdy misja była wykonana, brakowało mi tej motywacji, więc co zrobiłam? Zdecydowałam się na start w półmaratonie w Kopenhadze we wrześniu tego roku. I znowu – nie ma zmiłuj.
Czyli ogłosiłaś to światu, więc nie masz wyjścia.
Mam konkretny plan treningowy i, co najważniejsze, trzymam się go – choć oczywiście z pewnym marginesem na życie. Trzy razy w tygodniu biegam, pilnując, by każda sesja trwała co najmniej 40 minut. Do tego dochodzi solidna baza: raz w tygodniu trening siłowy pod okiem trenera, raz sesja EMS oraz joga lub pilates dla elastyczności i balansu.
Lubię ten rytm, tylko jeden dzień w tygodniu zostawiam sobie na pełną regenerację. Zresztą, odzyskuję siły zaskakująco szybko – duża w tym zasługa regularnych inhalacji wodorem (gaz Browna). To moje najnowsze odkrycie, jeśli chodzi o szybki powrót do formy. Dzięki temu ciało nadąża za głową, a ja mam energię na inne aktywności.
Czyli u ciebie bardziej działa motywacja z zewnątrz, bo nie masz do biegania wewnętrznego programu?
Jest też motywacja wewnętrzna. Ta konstruowała się stopniowo, gdy widziałam wśród bliskich okrutne choroby neurodegeneracyjne: demencja, alzheimer zabierały im umysł i ciało, czasem wolno, a czasem bardzo szybko. Zawsze powodowały cierpienie chorego i wszystkich wokół. Jak zrobić, żeby mnie to nie spotkało? Jak na stare lata, które dopadną każdego, być w formie fizycznej i umysłowej? Wiesz, że mięśnie nóg mają wpływ na kondycję mózgu? Bardzo polecam podcast profesora Marka Postuły „W stronę długowieczności”. Zresztą takich materiałów na wyciągnięcie ręki jest mnóstwo. Łącznie z Chatem GPT, który odpowiada na wszystkie pytania. Teraz tylko wprowadzić w życie te wszystkie, potwierdzone naukowo wskazówki. Tylko! Łatwo powiedzieć.
Dla mnie jest oczywiste, że nie da się przechytrzyć systemu ani iść na skróty, trzeba się napracować, żeby uzyskać pożądane rezultaty. Tymczasem większość znajomych mówi: „Wiesz, podziwiam cię, ja nie dałabym rady, jestem taka leniwa”. Serio? To ma być argument? A ja nie jestem leniwa? Jestem, jak cholera.
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że funkcjonujesz w zbiorowym myśleniu, zwłaszcza kobiet, jako osoba, która się nie starzeje. Dlatego dzisiaj ustalamy, co takiego robisz, żeby tak wyglądać i mieć taką kondycję. Mówiłyśmy o ruchu, to po pierwsze. A po drugie?
Po drugie to, co jemy – tu też wszelkie informacje są na wyciągnięcie ręki. I po trzecie głowa. Głowa jest ważna. W ogóle nie przyjmuję do wiadomości, ile mam lat.
Długie lata, nawet jeszcze po pięćdziesiątce, miałam 37 lat i jakoś nie dopuszczałam myśli, że jest więcej. Teraz trochę się posunęłam, mam coś około 42 lat. Wiem, że mój PESEL i Wikipedia mówią, że 67, ale co z tego? Chyba wiem lepiej, nie?
Koleżanki czasem pytają, czy nie czuję spadku energii, bo one już nie mają tyle siły, co kiedyś. No nie czuję. A może czuję, tylko o tym nie wiem? I dzięki temu zasuwam tak samo jak 30 lat wcześniej. Albo nawet bardziej. Psychika człowieka jest niezwykła.
Mental decyduje o wszystkim?
Tak, mental chyba najważniejszy. „Jak być piękną, młodą i bogatą” to tytuł książki, którą napisałam w 2007 roku, czyli prawie 20 lat temu. Napisanie tej książki to nie był mój pomysł. Ale jak dostałam tę propozycję, zaczęłam intensywnie myśleć nad tytułowym pytaniem, zastanawiać się, gdzie tkwi sekret mojego dobrego wyglądu – już wtedy dobrze wyglądałam w kategorii „jak na swój wiek”.
I ułożyłam sobie taki łańcuszek zależności: jak człowiek lubi siebie, lubi ludzi wokół, lubi to, co mu życie przynosi, to jest zdrowszy.
Bo wiadomo, że większość chorób ma podłoże psychosomatyczne. A jak człowiek zdrowy, to i zmarszczek ma automatycznie mniej. A więc mental. Żeby być piękną i młodą, nie mogę zbytnio się frustrować, zamartwiać. Proste? Wiadomo, że nie proste. Ale możliwe. Od zawsze mam charakter, który nazwałam sobie charakterem wioskowego głupka, który chodzi z uśmiechem od ucha do ucha po świecie i wydaje mu się, że jak wszystkich lubi, to wszyscy też go lubią. Ani mi się śni wytrącać się z tego przekonania, bo zwyczajnie łatwiej i szczęśliwiej mi się żyje dzięki temu. I dzięki temu jestem zdrowsza.
Zazdrość, frustracje, poczucie krzywdy, niezgoda na miejsce, w którym się jest, to niszczące emocje. Dlatego gdy w moim życiu nie szło tak, jak chciałam, a umówmy się – w życiu prawie nigdy nie idzie tak, jak chcemy, to wymyślałam sobie różne aktywności, żeby to zmienić.
Na przykład wymyśliłaś sobie Garnizon Sztuki.
Tak. Miałam niedosyt kreatywności. Marzyłam o większej decyzyjności, o tym, żeby wymyślić projekt, a potem go zrealizować. Od początku do końca. O tym samym marzyła Joanna, moja późniejsza wspólniczka, i z tego naszego spotkania, w ciągu 10 minionych lat, rozwinął się Teatr Garnizon Sztuki. Teraz to podobno najmodniejsze miejsce w stolicy, wiedziałaś o tym?
Teraz już wiem.
Ciągle – wzorem naszego byłego prezydenta – się uczę. Także funkcjonowania w tym naszym zarządzającym duecie. Jestem tą, która chce szybko rozwiązać problem (a problemy są codziennie), żeby szybko mieć z głowy i iść dalej. A ona mówi: „Zaczekaj, zastanówmy się”. I często ma rację. Ja szukam drogi na skróty (nawet przez trawnik), a to nie zawsze dobra strategia. Bo szybko niekoniecznie znaczy dobrze.
Praca to kolejny element wpływający na kondycję? Bo przecież mogłabyś odcinać kupony, pławić się w nicnierobieniu na emeryturze. A ty nie tylko grasz, ale bierzesz się za nowe rzeczy, które, wydawałoby się, nie są dla ciebie, bo nie masz doświadczenia.
Nigdy nie rozumiałam marzenia o emeryturze. Czasem byłam świadkiem, jak koleżanki po czterdziestce wzdychały, że jeszcze tylko 10 lat i idą na wcześniejszą emeryturę. Czy jeszcze jest coś takiego jak wcześniejsza emerytura? Mnie na sam dźwięk słowa „emerytura” przechodził zimny dreszcz, mam tak do tej pory.
I nie chodzi tu o świadczenie, które po latach mi się należy, ale o brak pracy. Bo praca jest wspaniałą wartością! Na pewno w moim życiu. Dla mnie wzorem jest Krystyna Feldman, z którą dzieliłam garderobę jako młoda aktorka w Teatrze Nowym w Poznaniu. Krysia miała w grudniu premierę, a w lutym umarła. Też bym tak chciała: pracować do ostatniego momentu życia.
No dobrze, chcesz pracować jak najdłużej, rozumiem to, sama tak mam. Ale zabierać się za biznes, czyli prowadzenie teatru? Skąd w ogóle taki pomysł?
Aktor jest człowiekiem do wynajęcia, czeka na propozycje, nie mając zbyt dużego wpływu na to, jaką rolę dostanie, a potem – jak już zagra – co z tą rolą zrobią inni. I tu przypomina mi się słynna opowieść Piotra Gąsowskiego, którą opisał w doskonałej książce „Co mi w życiu nie wyszło”. Zagrał u boku Robina Williamsa w międzynarodowym filmie „Jakub kłamca” dużą, ważną rolę, planował już w głowie zagraniczną karierę, agenta w USA i tak dalej. Zaprosił na przedpremierowy pokaz filmu całą rodzinę i ważnych ludzi z branży filmowej. I co się okazało? Że calusieńki jego wątek został wycięty. Że w ogóle go w tym filmie nie ma. Wyobrażasz sobie? Taka to opowieść o naszym zawodzie. Niedziwne więc, że chciałam spróbować czegoś innego. Sama oczywiście nie czułabym się na siłach, bo jest mnóstwo rzeczy, o których nie mam zielonego pojęcia, jak PR i marketing na przykład. Dlatego ośmieliłam się wystartować dopiero w duecie z Joanną Glińską. Razem tworzymy super duet.
Jak zabrać się za prowadzenie biznesu? Przeszłaś kursy, szkolenia?
Nie, ale nie rzuciłam się na głęboką wodę, tylko zaczęłam od małych kroków. Powiedziałyśmy sobie: wyprodukujmy jeden spektakl i zobaczymy, co z tego wyjdzie, a jak nie wyjdzie, to zakończymy przygodę. Okazało się, że powstał spektakl, który gramy do dziś. „Pozytywni” idą przy kompletach, nie musimy go nawet specjalnie reklamować. Wszystko robiłyśmy na początku we dwie. Ja na przykład zajmowałam się przelewami dla aktorów i innych pracowników. Dopiero potem, powolutku, zaczynało nas być stać, żeby zatrudniać.
Jak to jest: być po drugiej stronie sceny? Bywasz dla aktorów nadopiekuńcza, bo wiesz, co czują, czy ich dociskasz, bo znasz ich możliwości?
Do aktorów trzeba mieć dużo cierpliwości i wyrozumiałości, bo to gatunek człowieka o dużej wrażliwości.
Zależy nam na najlepszych, na tych, których ludzie znają i kochają, bo to oni gwarantują nam pełną widownię. Musimy liczyć się z tym, że gwiazdy są rozrywane, że kiedy gwiazda dostanie propozycję na przykład filmu za granicą, to trzeba nagle robić za nią zastępstwo. To generuje mnóstwo dodatkowej pracy.
Musisz to wszystko brać na klatę.
Tak. Jest mnóstwo spraw, o których nie miałyśmy pojęcia, a z którymi musimy się mierzyć. Kiedyś na przykład pokłóciły się się dwie garderobiane i trzeba było tę sprawę też rozwiązać. Podjęłyśmy w ciągu tych 10 lat milion decyzji, zdarzały się też nietrafione, ale uczymy się na błędach, to są cenne lekcje.
Nie masz zatem czasu myśleć o wieku, tylko rozwiązujesz problemy. W ten sposób trenujesz mózg, a mózg, jak mówią zgodnie neurobiolodzy, wpływa na kondycję całego organizmu.
Mówią też, że ważne jest mieć w życiu cel, a najlepiej cele krótko- i długoterminowe. To powoduje, że masz po co żyć, że nie dziadziejesz. Bo o to chodzi, żeby nie zdziadzieć, co nie?
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
I nie zbabieć, jak napisały w swojej książce Dorota Wellman i Paulina Młynarska.
Otóż to. Wiesz, kiedy podobno jest najwięcej zgonów? Po świętach. Staruszkowie czekają na ten czas z rodziną, dożyć do świąt, to jest ich cel, a potem tracą motywację do życia. Witek Sadowy w wieku 95 lat napisał jeszcze bardzo grubą książkę, potem wiedział, że czeka go huczna impreza w Teatrze Ateneum na setne urodziny. To się wydarzyło, wybuchła pandemia, nie mógł chodzić do teatru, spotykać się ze znajomymi, więc umarł, nie doczekawszy 101. urodzin. Cel w życiu – to jest to!
A czy uważasz, że takim kolejnym elementem wpływającym na kondycję są relacje? Jest takie słynne badanie Harvard Study of Adult Development prowadzone od 1938 roku do dziś. To jedno z najdłuższych badań nad zdrowiem i szczęściem ludzi. Kluczowy wniosek z niego płynący jest następujący: najważniejsze dla zdrowia, szczęścia i dłuższego życia są dobre relacje, niekoniecznie te małżeńskie, ale relacje w ogóle.
Zawsze lgnęłam do ludzi, pewnie dlatego, że byłam jedynaczką. Uwielbiałam szkołę jako miejsce życia towarzyskiego. Stale towarzyszy mi ciekawość drugiego człowieka. Kocham podróże.
Pakuję walizki i gnam tam, gdzie mnie jeszcze nie było. Ostatnio do Chin. I wiesz, co najbardziej lubię w tych wyjazdach? Krajobrazy, zabytki są fajne, ale najfajniejsi są ludzie. Wpraszam się do domów, pytam, co robią, jak się poznali, jak żyją, nie zaglądam tylko do lodówki, bo nie wypada, ale chętnie bym zajrzała, bo wszystko mnie ciekawi. Znam ludzi, którzy wszystko już wiedzą o życiu. A ja zawsze biorę pod uwagę, że mogę się mylić. Że z innego punktu widzenia sprawy wyglądają inaczej. I ten punkt widzenia zawsze mnie interesuje.
Z Cezarym Harasimowiczem od lat tworzycie tandem oparty na ogromnym szacunku do własnej niezależności. Czy niezależność może być fundamentem bliskości?
Mam tak silne poczucie niezależności i wolności, że w każdej relacji trudno akceptuję ograniczenia. Zawsze mieliśmy z Czarkiem wspólną przestrzeń, ale mnóstwo osobnej. To przyjaźń jest najważniejsza. Rozumiem jednak, że niektóre kobiety mają potrzebę, żeby ktoś się nimi zaopiekował, nawet za cenę mniejszej autonomii, nie oceniam tego.
Dajesz wolność synowi? Pamiętam, jak w rozmowie ze mną w cyklu „Jak wychowuje” mówiłaś, że nie chcesz trzymać go kurczowo przy sobie.
Nawet więcej. Kiedy dorastał, chciałam, żeby był samodzielny, proponowałam mu wyjazdy na zagraniczne stypendia, ale wtedy nie był na to gotowy. Teraz pracuje jako informatyk programista, mieszka w Berlinie ze swoją dziewczyną, która jest lekarką. Ma 37 lat i mówi, że powoli dojrzewają, żeby zostać rodzicami. Może więc doczekam się wnuków.
Powiedz, skąd masz taki stosunek do życia, optymistyczny, pozytywny. Wzięłaś go z domu, wychowania czy sama się go nauczyłaś?
Z nieba chyba. Bo nawet jak życie mi przywala, to i tak widzę szklankę do połowy pełną. Porażki są wspaniałe. Wiem, to dziwnie brzmi, ale nie ma nic piękniejszego, niż podnieść się i iść dalej.
Zdarzyły się w twoim życiu wypadki poważnego kalibru: w wieku 38 lat zmarł twój mąż, zostałaś sama z siedmioletnim synkiem.
Nawet wtedy nie pomyślałam, że oto życie się skończyło. Kilka dni po śmierci taty mój syn powiedział mi, że nie chce, żeby wszyscy płakali, chce, żeby było normalnie. To było konkretne zadanie, które potraktowałam poważnie i wykonałam najlepiej, jak potrafiłam. Zapewnić dziecku normalne życie. Na początek zabrałam go na wakacje.
Czytałaś książkę Joanny Chmury „To nawet lepiej”?
Byłam kiedyś na jej wykładzie, absolutnie się zgadzam. Kiedy zatrzasnęły się z hukiem jedne drzwi, otworzyły się potem inne. To niesamowite. Takie właśnie jest życie.
Mówisz jak oświecona osoba. A może do życia zahartowała cię też mama, o której mówisz, że była wymagająca.
Nie jestem oświecona, jestem świadoma. Mama rzeczywiście była wymagająca, wszystko chciała kontrolować. Dlatego powtarzam teraz innym matkom: nie trzymajcie tych cugli za mocno, bo dziecko zrobi wszystko, żeby je zerwać. Ja się zerwałam. Najdalej jak się dało – z Gdańska do Wrocławia.
Poszłaś na aktorstwo wbrew rodzicom, ale to dla taty zrobiłaś dyplom.
Tak, napisałam i obroniłam pracę magisterską, bo wiedziałam, że mu na tym zależy. Czułam też, że jestem mu to winna za całe wsparcie, jakie w nim miałam. Także finansowe. Na wsparcie mamy nie mogłam liczyć, ale wiem, że wszystko, co robiła, robiła dla mojego dobra. Po prostu nie umiała inaczej. Bardzo się o mnie bała, więc zabraniała mi wszystkiego. To dlatego postawiłam w swoim macierzyństwie na zaufanie i samodzielność. Wiem, że Filip to docenia. Co oczywiście nie znaczy, że byłam matką idealną. Do dziś potrafię się go czepiać [śmiech].
Powiedziałaś na początku, że masz w sobie skłonność do przygody. Czyli masz dziecko w sobie?
To było niesamowite odkrycie. Kiedy z Joanną otworzyłyśmy w końcu nasz Garnizon Sztuki, pojawiło się mnóstwo problemów, znalazłyśmy więc trenerkę biznesu, z którą do dziś przegadujemy różne sprawy. I ona na pierwszym spotkaniu dała nam do rozwiązania parę testów.
Jedno zadanie polegało na tym, żeby przyjrzeć się kilkudziesięciu niekwestionowanym wartościom, skreślić połowę z nich, potem zostawić 10, następnie trzy najważniejsze, a na koniec tylko jedną. Jakież było moje zdziwienie, kiedy skreśliłam nawet miłość, przyjaźń, lojalność i inne, a zostawiłam… przygodę.
Zrozumiałam wtedy, dlaczego podejmowałam w życiu różne ryzykanckie decyzje, że ciekawość i chęć przeżycia zawsze były dla mnie ważne. Może to też jest mój klucz do trzymania się w formie, bo zawsze mnie nosi.
Pracujesz nad tym, żeby się czasem zatrzymać?
Nie. To pewnie cenna umiejętność, ale dobrze jest, jak jest.
Chyba jednak zatrzymujesz uwagę na tym, co jesz?
Zdecydowanie! Mama miała fioła na punkcie zdrowego odżywiania, nie pozwalała mi jeść niczego niezdrowego, to było okropne dla dziecka, nie móc spróbować tych wszystkich pyszności, którymi zajadali się moi rówieśnicy. A potem minęły lata i ten fioł przeszedł na mnie. Jem czasami gorzką czekoladę, suszone śliwki, żurawinę, słodzę erytrolem. Kawałek sernika od czasu do czasu zjem, ale w domu nie mam słodyczy. Jem dużo warzyw, mięsa mało, ale jem, bo białko i tłuszcze są niezbędne dla zdrowia. Stosuję posty przerywane, czyli nie jem między godziną 18 a 8 rano. A ostatnio z przyjaciółmi zrobiliśmy sobie leczniczy post. Plan zakładał trzy dni bez jedzenia, ale tym razem wyszło nam 60 godzin. O procesie autofagii też łatwo można znaleźć informacje.
Otwarcie przyznajesz się do poprawiania urody.
To nietrafione słowo. Przyznawać się można do błędu albo do winy. A ja z przyjemnością korzystam z dobrodziejstw medycyny estetycznej. Kocham lasery, różne fale, mezoterapie. Jedyne, od czego trzymam się z daleka, to wypełniacze, bo nie podobają mi się u innych efekty ich stosowania. Łatwo przegiąć. Ale gdy wyśledzę jakąś nowinkę, mówię, że zaraz sobie to zrobię. Ale i tak najważniejsze są: codzienna pielęgnacja, oczyszczanie, dobre kremy czule wklepywane.
Określasz się – zawodowo – jako producentka pozytywnych emocji. Ale to określenie pasuje też do ciebie prywatnej.
Nigdy nie spisałyśmy z Asią żadnego manifestu artystycznego naszego teatru, ale zaraz na początku naszej przygody powiedziałyśmy sobie, że widz ma wychodzić z Garnizonu z nadzieją, nawet jak nasze spektakle nie kończą się oczywistymi happy endami, to zawsze niosą jakiś pozytywny przekaz. Śmiech i wzruszenie, tego chcemy dla naszych widzów, to tak w największym skrócie.
Mówiłaś o potrzebie stawiania sobie celów krótko- i długoterminowych. Jakie ty sobie stawiasz?
Krótkoterminowy to wspomniany półmaraton w Kopenhadze, co wcale nie jest łatwe, bo powinnam biegać trzy razy w tygodniu, a biegam dwa, powinnam siedem, osiem kilometrów, a przebiegam pięć i pół. A ten długoterminowy to chyba utrzymanie status quo, jeśli chodzi o zdrowie, kondycję i – powiedzmy to śmiało – urodę. A zawodowo: harmonijny rozwój Garnizonu Sztuki, taki, w którym kolejne projekty byłyby tak samo ekscytujące dla nas, dla naszych aktorów i dla widzów. Bo gdy nasi widzowie wychodzą po spektaklach uśmiechnięci, poruszeni, kiedy piszą entuzjastyczne komentarze, to wiemy, że nasz wysiłek ma sens.
Bo w życiu chodzi też o poczucie sensu?
Poczucie sensu jest kluczowe! Ale czasem robię rzeczy bez większego sensu, tylko dla frajdy.
Przez trzy lata uczyłam się hiszpańskiego na Duolingo, wszyscy myśleli, że może chcę kupić nieruchomość w Hiszpanii, a ja dla czystej przyjemności się mordowałam, bo trzeba powiedzieć, że nauka języka to konkretny wysiłek umysłowy.
Marzysz o filmowej roli życia?
Nie. Przyjdzie albo nie przyjdzie. Garnizon dał mi bezcenną wolność, jeśli chodzi o oczekiwania co do mojego zawodu. Mogę grać, ale nie muszę.
Wydaje mi się, że masz teraz inną misję: inspirować kobiety do aktywności, zdrowego życia.
Moją misją jest przekonanie dziewczyn, żeby ruszyły się z kanap. Mimo wewnętrznego lenia, który tkwi w każdym z nas. Im jesteśmy starsze, tym ruch jest coraz ważniejszy, a my ruszamy się coraz mniej. I tyjemy. Dziewczyny, to od was zależy, jak będzie wyglądała druga połowa waszego życia!
Grażyna Wolszczak, aktorka, producentka. Widzowie pokochali ją za role w „Wiedźminie”, „Ja wam pokażę!” oraz serialowe kreacje w „Na Wspólnej” i „Pierwszej miłości”. Współzałożycielka warszawskiego Garnizonu Sztuki, autorka książki „Jak być zawsze młodą, piękną i bogatą”, promotorka zdrowego stylu życia. Po przebiegnięciu półmaratonu w Walencji, szykuje się do kolejnego startu w Kopenhadze. Ambasadorka Vichy Neovadiol.