Aksamitna rewolucja

Arkadiusz Jan Zbiżek

Powtarzam to wszędzie, że faceci doskonale się sprawdzają w roli aktywnego rodzica, trzeba tylko dać im szansę. A my bywamy zaborcze, uważamy, że wszystko zrobimy lepiej – mówi Joanna Kos-Krauze, reżyserka i scenarzystka, mama 15-letniego Michała.

Mam dużo szczęścia, bo Misiek i Krzyś [Krzysztof Krauze, mąż Joanny – red.] nigdy się ze sobą nie skonfliktowali. Misiek poznał Krzysia, jak miał trzy latka. Z jego tatą mieszkaliśmy razem krótko. Myślę, że nie pamiętał tego okresu, więc łatwiej było mu zaakceptować Krzysia, który nie musiał rywalizować z jakimś obrazem ojca. Ale muszę przyznać, że Michał miał ze swoim tatą i nadal ma bardzo dobry kontakt, może trochę teraz rozluźniony, bo tata mieszka za granicą. Michał był w ogóle dzieckiem przylepą. Moja mama powtarza, że ja nie wiem, co to znaczy mieć dziecko, bo odkąd się urodził, to spał po 12 godzin, do wszystkich się uśmiechał, nie przysparzał żadnych problemów. To było takie jedno wielkie słoneczko i ciepło.

Od razu zaprzęgłam Krzysia do obowiązków rodzicielskich. Myślę, że między innymi dlatego sytuacji konfliktowych nie było. On chyba po raz pierwszy w życiu stanął przed takimi zadaniami, jak odwożenie dziecka do szkoły, wspólne zajęcia, zakupy. Dla mnie udział ojca w wychowaniu był czymś naturalnym, bo mój tata zawsze się nami zajmował. Dlatego gdy wyjeżdżałam, nie miałam oporów, żeby zostawiać Michała z Krzysiem. Powtarzam to wszędzie, że faceci doskonale się w tej roli sprawdzają, trzeba tylko dać im szansę. A my bywamy zaborcze, uważamy, że wszystko lepiej zrobimy, że jesteśmy niezastąpione. Teraz Misiek w pewnych sferach ma dużo lepsze relacje z Krzysiem niż ze mną. Odkąd wszedł w wiek nastolatka, Krzyś ma na niego wielki wpływ intelektualny, dużo rozmawiają: o polityce, sporcie, filmach, literaturze. Myślę, że się przyjaźnią.

Gdy zdecydowaliśmy się być razem, zrobiliśmy sobie z Krzysiem jedno założenie – że nasze dzieci nigdy nie mogą od nas usłyszeć złego słowa na temat byłego partnera. Zawsze robiliśmy wszystko, żeby Misiek i córka Krzysia nie cierpieli. A w takich sytuacjach dzieci traktuje się często jak zakładników, którzy służą do szantażowania byłych partnerów.

Michał utrzymuje kontakt z dziadkami ze strony taty, moi rodzice przyjaźnią się z byłą teściową, która bywa także u nas, Michał większość weekendów spędza u babci. Także mama Krzysia, która w ogóle pomaga dzieciom, uwielbia zajmować się Michałem – jest dla niej małym Krzysiem sprzed lat. Jak się mądrze kieruje dzieckiem w takiej wielorodzinie, ma ono więcej punktów oparcia, może czerpać z niej pełnymi garściami.

Urodziłam Misia bardzo młodo, w wieku 21 lat. Dopóki nie skończył półtora roku, byłam z nim non stop. Potem musiałam coś robić, bo powoli dostawałam kota. Zaczęłam pracować w telewizji, a Misiem opiekowali się moi rodzice. Przez dwa lata dojeżdżałam w weekendy z Warszawy do Olsztyna. W tym czasie wpadliśmy z byłym mężem w duże kłopoty finansowe – zbankrutował deweloper, nie mieliśmy pieniędzy nawet na wynajęcie mieszkania. Myślę, że nie poradziliśmy sobie dojrzale z tymi problemami i tak to się zaczęło sypać. Bardzo źle wspominam tamten okres. Dlatego jestem Krzysiowi bardzo wdzięczna, że jak zdecydowaliśmy się zamieszkać razem, to on postawił warunek: Natychmiast musimy ściągnąć Michała. Myślę, że przypomniało mu się jego dzieciństwo bez mamy, z nianią i ojcem.

Jak na taką rewolucję życiową przeszliśmy ją w aksamitny sposób. Michała posłaliśmy rok później do zerówki, dużo z nami jeździł po świecie. Wszyscy bardzo nam pomagali, szczególnie moi rodzice. Gdy wyjeżdżaliśmy, Michałem opiekował się mój tata. Myślę, że Misiek jest dzieckiem szczęścia. Ma ze strony dziadków uważność, bezwarunkową miłość.

Dziadkowie to instytucja nie do zastąpienia. Dzięki nim, mimo że znajdował się w różnych trudnych sytuacjach, jest teraz zdrowy emocjonalnie. Czuje się przez tyle osób kochany, podziwiany. Choć jest jedynakiem, ma przyrodnie rodzeństwo i zaprzyjaźnione dzieci naszej sąsiadki. Ale jak patrzę na jego rówieśników, widzę, że to jest samotne pokolenie, że ich relacje przeniosły się do Internetu. Wychodzimy z domu, mówimy do Miśka: „Zrób imprezę, zaproś kolegów i koleżanki”. Ja bym oszalała ze szczęścia, gdyby rodzice składali mi taką propozycję i jeszcze dawali kasę. A im strasznie ciężko coś wspólnie zrobić, nawet zdzwonić się. Widzę w tym jakiś rodzaj socjopatii i bardzo nad tym ubolewam.

Przez wiele lat Michał ukrywał przed kolegami, że jego tatą jest Krzysztof Krauze, miał problem z naszą obecnością w mediach. Dopiero od roku zaczął na to patrzeć inaczej, zrozumiał, że to część naszej pracy. Z kolei jak jeździł na obozy żydowskie, nie przyznawał się, że jego tata jest rabinem. Myślę, że nie chciał być nigdy traktowany wyjątkowo.

Teraz Michał żyje głównie sportem.
Gra w tenisa stołowego, nauczył się wreszcie porządnie pływać, nurkować. Ponieważ jako dziecko był grubaskiem, a ja mam obsesję na tym punkcie, bo kiedyś miałam problem z wagą, więc długo szukaliśmy dla niego odpowiedniej dyscypliny sportu. Po drodze była piłka nożna, sztuki walki, ale odkryciem okazał się dopiero tenis. Nieprawdopodobnie wciągnęły go też szachy, nawet w klasie je zaszczepił. Grać nauczył go Krzyś, ale gdy zaczął przegrywać, Michał musiał szukać nowych partnerów. Gra w sieci, ostatnio wygrał z dyrektorem szkoły. Sam uczy się grać na gitarze, to chyba z chęci bycia gwiazdą rocka (śmiech). Bardzo kocha też kino. Byliśmy zszokowani, jak okazało się, że w wieku pięciu lat znał wszystkie ścieżki dialogowe naszych filmów. Zna też na pamięć dialogi ze swojego ukochanego filmu „Miś” Barei.

 

Nie ma problemu z odejściem od komputera. Od dziecka był na tyle zdyscyplinowany, że o 21.30 mówił: „idę spać”. Nie zdarzyło mi się powiedzieć: idź do łóżka. Pamiętam, że kiedy był młodszy, a my stęsknieni za nim wracaliśmy z podróży, proponowałam: Może nie pójdziesz do szkoły? Wybierzemy się do kina albo coś ugotujemy. On się wtedy złościł: „Jesteście nieodpowiedzialni, ja przecież mam klasówkę, muszę się uczyć”. Teraz już mu przeszło, chętnie daje się namówić na takie wagary. Zawsze dobrze się uczył, przynosił świadectwo z czerwonym paskiem, choć nigdy na to nie naciskałam.

Idealne dziecko? Na szczęście nie. Bywa roztargniony, z głową w chmurach. Jest bardzo ironiczny, swoim poczuciem humoru balansuje na granicy złośliwości, bywa humorzasty, ale to akurat ma po mnie. Michał czuje duży respekt przede mną. Jest wyczulony na każdą moją minę, gest, słowo. Myślę, że nie chce mnie zawieść. Gdy go chwalimy, z jednej strony sprawia mu to przyjemność, a z drugiej irytuje: „Co ja takiego zrobiłem, nie wygłupiajcie się, to nic wielkiego” – mówi. Chcemy coś mu kupić na gwiazdkę, on na to: „ Ja wszystko mam”.

Mam z Michałem jeden problem – uważam, że jest za mało odważny. Potrafi, owszem, wygłosić swoje poglądy, ale ostrożnie podchodzi do nowych wyzwań. Od małego był ciekawy świata, czytał książki, chodził ze mną po muzeach. Trudno jednak namówić go na coś szalonego. Mnie ciągle gdzieś nosi, a on jest domatorem. Może jego żywiołem będzie zacisze biblioteki? W zeszłym roku nie chciał pojechać z nami do Afryki, bo za daleko, bo niebezpiecznie. I myśmy go do tego wyjazdu zmusili, po czym wrócił zachwycony.

Czy coś bym zrobiła inaczej, gdyby dało się cofnąć czas? Wczesne macierzyństwo ma taką cechę, że pojawia się nie w porę. Gdyby teraz było mi dane je przeżyć, nie śpieszyłabym się tak, posiedziałabym sobie z Miśkiem w fotelu czy na ławeczce, poprzytulała go. W młodym wieku człowiek jest bardzo zajęty sobą, nie ma za grosz wyobraźni, ale z drugiej strony jest optymistą, nie trzęsie się nad dzieckiem. Wszystko ma dobre i złe strony, wszystko okazało się potrzebne. Więc pewnie nic bym nie zmieniła.

Najbardziej dumna jestem z tego, że Miś ma wewnętrzne poczucie, że jak nie jest fajnie, to trzeba pewne rzeczy przepracować, a nie szukać winy wokół siebie. Nie ma też postawy roszczeniowej. Cieszy mnie to, bo uważam, że postawa: „należy mi się coś od świata, Pana Boga, ludzi”, niszczy nas najbardziej. On jest uczynny, jak się go o coś poprosi, to natychmiast to zrobi. Nigdy nie usłyszałam, że mu się nie chce, że później.

Pod pewnymi względami jest biedny, bo bywam twarda.
Uważam, że wyręczając we wszystkim dzieci, w jakiś sposób je ubezwłasnowolniamy. Efekt jest taki, że 12-latek nie umie zrobić sobie nic do jedzenia, nie potrafi posłać łóżka, skosić trawnika. Uważam, że to jest chore. Dziecko musi mieć obowiązki. To naturalna lekcja przygotowująca do życia. Misiek ściele łóżka swoje i nasze, wyjmuje naczynia ze zmywarki, wiesza pranie, wynosi śmieci. Lubi wstać rano, przed wyjściem do szkoły ogląda hiszpańskie filmy, bo uczy się hiszpańskiego. W ogóle jest dziwny (śmiech) – woli chodzić pieszo, zamiast jeździć do szkoły autobusem. Więc żeby zdążyć przejść trzy kilometry, wychodzi z domu o 7.10. Czasami  jeszcze rano uda mu się zagrać w tenisa stołowego. Skąd się to u niego wzięło? Może stąd, że jego ukochany dziadek robi w domu wszystko: potrafi gotować, prać, prasować. Jeśli nie ma nas w domu, Michał potrafi sobie sam coś ugotować.

Gdy już jesteśmy w komplecie, Michał najbardziej jest szczęśliwy, jak we trójkę siedzimy na kanapie, oglądamy film czy program, dyskutujemy, śmiejemy się. Ostatnio zaskoczył mnie, bo choć jeździł wcześniej na obozy, wycieczki klasowe, teraz woli wyjeżdżać z nami. W czasie wakacji byliśmy razem w Szwecji, Andaluzji i on był przeszczęśliwy.
Jestem zwolenniczką poglądu, że dzieci dostajemy na chwilę, że wychowujemy je dla innych, nie dla siebie. Jeżeli usuniemy im przeszkody spod nóg, to świat im potem je położy, a one nie będą umiały sobie z nimi poradzić. Dlatego nie można dzieci przed wszystkim chronić.

Joanna Kos-Krauze – reżyserka, scenarzystka, szefowa komisji scenariuszowej w Studiu im. Munka. Od lat współpracuje twórczo z mężem Krzysztofem Krauzem. Zdobyli razem wiele nagród, m.in. Złote Lwy na XXXI Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych za film „Plac Zbawiciela”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »