Kozak na Nowy Rok

Idzie nowe. Małymi krokami, nieśmiało, ale idzie. O trendach w kuchni na następny rok napiszę w przyszłym tygodniu a na razie przypomnę jeden z trendów na 2012 i podzielę się dobrym adresem: na humus, na porządne śniadanie, na krakowskie nicnierobienie, na jedzenie ładnie i tanio. Hamsą po prostu.

reklama

Ten trend prognozowany na 2012 rok mówił o wzroście zainteresowania regionalnymi kuchniami: nie tylko tymi z Warmii, Mazur czy specjałami z Milwaukee, czy Bordeaux, lecz również szerszą dostępnością – również w Polsce – kuchni koreańskiej, libańskiej, gruzińskiej, marokańskiej, kanadyjskiej, rosyjskiej…

I co? No i średnio. Gorący kociołek kulinarnej wiosny nie czyni, kolendra nadal jest na specjalne zamówienie do pho, a kebaby i pizze wciąż przypominają wynalazki rodem z przyczepy z zapiekankami. Choć nie wszystkie. Pozytywnym zaskoczeniem 2012 roku okazała się wizyta w Lanckorońskiej włoskiej knajpie…

Tym, którzy Lanckoronę znają, nie muszę tłumaczyć, tym, co z daleka może napiszę: to taka nasza Toskania, najpiękniejsze miejsce w okolicach Krakowa. Od zawsze jadło się tam przy okazji odwiedzin w jedynej w okolicy restauracji Sielanka, która niegdyś jeszcze na ścianach miała fototapetę z okolicą, a później straszyła już tylko zupą lanckorońską. Jadło się pierożki, kotleciki, surówki. Po bożemu. Tymczasem nastały nowe rządy i Sielanka zmieniła się w Veronę. Jak wygląda włoska kuchnia na prowincji – wie każdy kto oglądał „Kuchenne rewolucje” Magdy Gessler. Poszliśmy z duszą na ramieniu, choć nawet Nakarmiona Starecka mówiła, że chłopaki co prowadzą, ogarnięte, że z Włoch wrócili, że wiedzą, co to cienkie, co grube….

I co? I da się zjeść! I jest nieźle! Co więcej – zmienia się nie tylko w karcie (bo zupę lanckorońską zjeść można nadal! Jest w karcie z szacunku do tradycji i stoi obok świetnej wieprzowej pieczeni), lecz i w głowach okolicznych mieszkańców. Obserwowaliśmy z wielkim zdumieniem, jak grupa miejscowych najpierw zamówiła pizzę parmę z szynką parmeńską i rucolą, skarmiła owym zielskiem zajadające je skwapliwie dzieci i i ochrzaniła kelnera za to, ze próbował im do niej podać keczup, podczas gdy oczekiwano oliwy czosnkowej, borowikowej i oregano. Świat się kończy.

A raczej zaczyna. W Krakowie skowronkiem miało być orientalne jedzenie na Wawrzyńca. No i jest tak sobie. Za to w bezpośredniej okolicy, w kulinarnym skansenie, jakim jest Szeroka sprzedająca turystom koszmarne podróbki „żydowskiego” jedzenia, otworzyła się Hamsa – hummus & happiness izraeli restobar.

O Hamsie oczywiście doniosła najdoskonalsza kulinarna szpiegini – Manda, prowadząca min. grupę na fb „krakowskie wieści spożywcze”. Że na facebooku mają fajne śniadania (a za to obie złocimy), że wyglądają jakby wiedzieli, co to zatar (a nie każdy wie) i że wnętrze podobano ładne zielone. Okazja do odwiedzin została wymyślona w trzy sekundy, plany poprzestawiane, brzuszki przegłodzone na okoliczność kosztowania. Poszłyśmy.

Do Hamsy wcale nie jest łatwo trafić, jak się nie zna adresu – na ścianie starej kamienicy widnieje tylko wielki amulet (Hamsa właśnie, czyli niebieska dłoń chroniąca przed urokiem), ale po wejściu człowiek może spokojnie odetchnąć pełną piersią: jest przejrzyście, jasno, zielono (przepiękne są zioła żyjące w mchowej ścianie obok okien), bezpretensjonalnie i jakoś tak … niepolsko. Radośnie. Nic z żydowskiej cepelii znanej z Szerokiej!

Obsługa superzaangażowana – a sprawdziłyśmy panią kelnerkę na wszystkie możliwe złośliwe sposoby… A karta? No właśnie, karta. Było już po 16:00, więc śniadania nie mogłyśmy zjeść (tak tak, zestawy śniadaniowe podaje się tu do popołudnia…) a uśmiechało się do nas: szakszuka z kozim serem do tego pita i sos tahini (w zestawie kawa, herbata do wyboru – tylko 17 zł), sambusak z ciasta drożdżowego z sezamem nadziewany ziemniakami i żółtym serem (solo 8 zł w zestawie śniadaniowym 14 zł) , śniadanie jerozolimskie: cieplutka pita (wypiek własny), oliwki z pestką, sałatka izraelska, sos tahini i 2 jaja (sadzone, na twardo … jak tylko sobie życzycie) do tego orzeźwiająca herbata Mexican Dream, ale przede wszystkim słodka chałka (własny wypiek) do tego marmolada z daktyli z cynamonem, marmolada pomarańczowa, labneh z naturalnego jogurtu i pyszna rozgrzewająca herbata z czekoladą i chilli ( 15 zł)…

Poszłyśmy więc w mezze – zaopiekowane przez uroczą kelnerkę, która wyjaśniła nam co oznacza tajny kod (wam wszystko powie zdjęcie powyżej):1 łapa – mały zestaw – do wyboru 3 mezze, 2 łapy – średni zestaw – do wyboru 6 mezze, 3 łapy – duży zestaw – do wyboru 9 mezze a do tego mankisze, laffa i pita ( odpowiednio 29, 53 i 91 zł).

Wybrałyśmy mahammarę z orzechów i pieczonej papryki z dodatkiem melasy z grantów i pikantnej paparyki, jebneeh – palestyński smażony ser i bakłażanową babaganouch – wszystko wyśmienite, podbite chlebkiem z zatarem i oliwkami, podane na prześlicznej zastawie. Do tego tradycyjna harira – naprawdę na poziomie. I jagnięcina z bakłażanem, miętowym sosem i granatem.

Na więcej – wstyd przyznać – nie starczyło miejsca w brzuszku. A może czuwało nad nami jakieś -dodatkowo- oko Proroka? Choć zupa cytrynowa, sefardyjska ryba, burekasy i jagnięcina wyglądały super… I choć obsługa zachwalała słodycze: Gorący Knafeh – palestyński deser z cienkich nitek ciasto kadayif, sera nablusi oraz syropu atar i szafranu (12 zł), klasyczne bliskowschodnie ciasto z semoliny z migdałami – Basbousa (11 zł) i po prostu baklawę. Napiłyśmy się kawy w tygielku i kiedy to nawet nie dało nam dodatkowego miejsca w brzuchu (choć Tymek twierdzi, ze na deser jest osobna kieszonka), postanowiłyśmy na Szeroką po prostu szybko wrócić.

Na Nowy Rok polecam więc Hamsę – poddajcie się niebieskiej dłoni, nie czeka was tu nic złego, lecz wszystko to, czego wam życzę: lekkość, obfitość, fantazja, dużo światła i ciepła oraz poczucie, że jesteście trochę w podróży…