Obrona poczty

Obrona poczty
Wizyta na poczcie to coś pomiędzy wizytą w muzeum techniki, wyprawą pielgrzymkową a wizytą w jadłodajni dla bezdomnych. Widzę tu siedem “okienek”, ale kukułki wychylają się do klienta tylko z trzech. Automatów na znaczki nie ma, trzeba czekać w kolejce dziesięć numerków, by kupić jeden znaczek. Ponoć Stany Zjednoczone to kolos na glinianych nogach, a szkoły mają beznadziejne, ale jakoś automaty do znaczków pamiętam, że funkcjonowały w U.S.A. dwadzieścia lat temu. Nasza poczta narodowa, moja osiedlowa poczta wzrusza. My klienci, od dekad niepiszący ręcznie, nagle próbujemy ręcznie wypisać kwity, adresować koperty, długopisy jak szczeniaki zrywają się ze sprężynkowych smyczy. Młodzi ludzie, analfabeci wypaczeni przez nienarodowe szkoły, głowią się, jak by tu napisać liczebnik “sześćdziesiąt” słownie. A szeset? Sześset? To już kosmos. Nie da rady myk z opcją copyandpaste. Rozmodlone oczy klientów ucieszą kolorowe kalendarze z papieżami, okładki książek z rumianymi, pulchniutkimi siostrami zakonnymi. Przepisy siostry Anastazji (a może siostry Apostazji?) a w nich dziczyzna, bażancina, dzbany obfitości. NIe ma darmowego wifi, to celebrujmy wspólnotę dusz na poczcie. Widzę, że wielu kolejkowiczom się nie spieszy, czują się tu jak skamandryci w Ziemiańskiej. Zaczytani w stojących na półkach niczym w czytelni czasopism periodykach typu “Retro” lub “Gazeta Warszawska”, która intryguje nagłówkiem “Niemcy chcą zwrotu Gdańska”. Przeszywa mnie dreszcz. No tak, poczta, zaraz może przyjdzie jej nam bronić, gdy przez wrota wtoczy się na czołgu jakiś pododdział SS. Na razie jeden pan w płaszczu pamiętającym jeszcze złote czasy pedetu na Woli, płaszczu który conajmniej trzy dekady kontestuje wizyty w pralni (nie dziwię się, bo ceny w pralniach astronomiczne, taniej nowy kupić) drzemie na krzesełku w kącie. Ciepło tu, za darmo posiedzieć można, żona nie zrzędzi, a jeśli żony nie posiadamy, to na poczcie nigdy nie jest się samotnym. Wtem podchodzi do mnie sędziwy jegomość w szarym płaszczu do ziemi, z siwizną niepierwszej świeżości, ale za to z przesympatycznym uśmiechem. W rękach dzierży… zszarzałą klawiaturę komputera z wyleniałymi literkami. O! zwraca się do mnie, Może pani mi pomoże, bo ja zgubiłem myślnik?
Dżizas. Klawiatura jego jak noga po amputacji, bez korpusu, z dyndającym kabelkiem. Monitor i komputer zostały w domu, czekają na powrót pana. Na poczcie jest trzynaście osób w kolejce, ja w ogóle nie znam się na komputerach, a pan akurat mnie sobie upatrzył.
Pochylam się nad panem i jego problemem mocno zażenowana swoją niewiedzą. W szkole na informatyce grałąm w kółko i krzyżyk oraz flirtowałam z Marcinem, który śpiewał jak anioł w naszym chórze.
Ojej, nie wiem czy jestem kompetentna, nie znam się na pecetach…
O, widzi pani, tu na górze po prawej jest niby myślnik, ale jak wcisnę, to się dolne podkreślenie robi.
Tak, znam ten problem, łączę się w bólu, przytakuję I szukam wzrokiem pomocy wśród kolejkowiczów, ale oni udają, że złapali wifi i siedzą w smartfonach lub zasłaniają się gazetą przepolską prezentującą gauleitera Tuska w mundurze.
Człowiek bez myślnika wyciąga z kieszeni ksero z jakiegoś artykułu. Chyba Rzepa sprzed Smoleńska. Krzywa wyświechtana kserówka. Analogowy gość , myślę. Wspominam dawne czasy kserówek. O, widzi pani, o taki prawdziwy myślnik mi chodzi.
Interpunkcja nie jest moją mocną stroną, ale wiem, o co chodzi. Pisze pan dużo dialogów? Może obędzie się bez myślników. Nowatorstwo w języku, wiem pan, coś a’la Marian Pilot. Staram się zyskać na czasie, popędzam rzęsami urzędniczki pocztowe, klient przede mną empatycznie zerka w moją stronę, ale nikt nie rzuca się do pomocy. Wszyscy jakoś bez myślników.
Dużo myślników pan używa? Nad czym pan obecnie pracuje?
O, widzi pani, tutaj np. jest myślnik, a tu tylko taka półpauza. Znów macha mi przed nosem klawiaturą i pokazuje klawisze.
Proszę pana, na tej klawiaturze nie ma myślnika, bo to jest ,proszę pana, klawiatura obca, niepolska. Bez polskich znaków. Robiona proszę pana pod Amerykanów, a oni nie odkryli jeszcze myślników. Zamiast tego, radzę panu stawiać dwie króciutkie półpauzy. Tak się robi, ludzie się do tego przyzwyczaili. Ja tak robię. Albo proszę pomyśleć jak przeredagować esej i usunąć wszystkie myślniki.
Cała kolejka na mnie patrzy. Odkryłam się. Piszę bezmyślnikowo. Nie szanuję polszczyzny.
Dzwoni mój numerek, jestem uratowana, zostawiam pana z urwaną klawiaturą na pastwę innych klientów; pewnie się wykrwawi.
W okienku objawia mi się Matka Boska pod postacią urzędniczki z aureolą. Nie, to nie urzędniczka to monstrualna reklama nowego dzieła filatelistyki- ludzkich rozmiarów znaczek z Matką Boską z okazji 100-lecia objawień w Fatimie wisi na ścianie. Zapomniałam klęcznika, ale czy mogę nadać list polecony mimo wszystko?
Wychodzę, pan który zgubił myślnik bardzo mi dziękuje.
Tak będę robił– dwie półpauzy.
My, analogowi rozbitkowie, chronimy się na poczcie. Można pogadać bez latte. Prawie jak w kościele.

PODYSKUTUJ: