Wyobraź sobie kobietę, która podjechała po dzieci kabrioletem. Ma świeże pasemka na głowie, lśniącą cielistą szminkę na ustach i okulary na pół twarzy; jej dżinsy zaczynają się na kościach biodrowych, a torebka z daleka epatuje monogramem projektanta. Jest spektakularna, ale swojska. To właśnie Tuscan mom.
Jeśli tak jak ja urodziłaś się przed rokiem 2000., pewnie ją pamiętasz. To mogła być twoja zamożna ciocia, która zawsze pachniała waniliowymi perfumami, albo mama twojej przyjaciółki ze szkoły, która zabierała was na zakupy. Teraz ta estetyka od kilku tygodni szturmuje media społecznościowe i jest kolejnym gwoździem do trumny cichego luksusu – przynajmniej w oczach Zetek. Kulturowe punkty odniesienia są tu bardzo konkretne. Pierwowzory to pierwsze sezony „Żon z New Jersey”, Carmela Soprano w jedwabnym topie nalewająca wino do kieliszka wielkości akwarium i Eva Longoria jako Gabrielle Solis w „Gotowych na wszystko”.
(Fot. Archives du 7e Art/ABC)
Zastanawiasz się, skąd wzięło się w takim razie określenie „Tuscan”, skoro z Toskanią nie mają nic wspólnego? Już tłumaczę. Zaczęło od wnętrz – „Tuscan Kitchen Mom” w sposób ironiczny określało kobietę z początku lat 2000., której kuchnia była urządzona w stylu włoskiej trattorii: granit, kute żelazo, ceramiczne kafle w toskańskiej kolorystyce... Z żartu o wystroju wnętrz powstał skrót myślowy do całego stylu życia i ubierania się.
Fundament to dżinsy bootcut albo dzwony – koniecznie ciemne i dopasowane w biodrach. Do tego satynowa bluzka z odkrytymi ramionami albo halter top w ciepłej kolorystyce: terakota, kremowa biel, głęboka śliwka. Biżuteria jest złota, masywna i brzęcząca przy każdym ekspresyjnym geście. I koniecznie obcasy (chociażby kaczuszki!) – najlepiej czółenka albo drewniane koturny, które słychać z oddali. Całość ma być zmysłowa i odrobinę nieuchwytna, jakby właśnie wróciła z tarasu z widokiem na morze.
Celnie ujęła to twórczyni Rachel Lowenstein w filmie na Instagramie: „Każda inna modowa estetyka dotyczy tego, kim dziewczyny chcą być. Tuscan mom dotyczy tego, kim miały być. Terakotowe podłogi. Kute żelazo. Olive Garden bez ironii. (...) Aspiracyjny dobrobyt, który wydawał się w zasięgu. Życie przytulne, trochę kiczowate i kompletnie nieprzejęte tym, czy komuś w internecie się podoba. Pokolenie Z nie przeżyło tego życia albo zbyt mało z niego pamięta. Były wystarczająco blisko, żeby zajrzeć przez szybę. A teraz opłakują drzwi, które zamknęły się, zanim do nich dotarły”.
To właśnie odróżnia Tuscan mom od poprzednich trendów (patrz: Poetcore albo Coastal Grandma): nie chodzi tu o kreowanie tożsamości, ale o ciche opłakiwanie pewnej możliwości. Kobiety dorastające w cieniu tamtej epoki widziały model życia, który był jednocześnie glamour i dostępny, bogaty i ciepły, kiczowaty i naturalny. Cichy luksus z jego chłodną powściągliwością i garderobą w nieskończonych odcieniach beżu okazał się ostatecznie zbyt ascetyczny i za mało personalny. Styl Tuscan mom oferuje coś odwrotnego: zmysłowość i odrobinę jawnej przesady.
Oraz parę dobrze leżących dżinsów bootcut – i od tego radzę zacząć.