© Wojtek Drozdek
© Wojtek Drozdek
23 grudnia 2011 w Relacje społeczne Autor: magdalena-parys

Polscy pisarze zdobyli Berlin

Berlińskie czasopisma zitty czy tip na informacje o wydarzeniach kulturalnych przeznaczają miesięcznie około 200 stron, czyli połowę objętości.

No co? Skoro pisarz napisał to znaczy, że WIE.

Przebijam się przez gąszcz miniaturowych liter. Alternatywny Berlin zdominował większość imprez, wywracając w pojęciu jego mieszkańców znaczenie alternatywne. Pod tym względem grudzień jest taki sam jak październik czy czerwiec. W końcu znajduję to, czego szukam: Literacki dialog z udziałem „najmłodszego polskiego pokolenia”.

Sala plenarna w Akademii Sztuk to szklane pomieszczenie, przygotowane na przyjęcie co najmniej pięciuset gości. Najnowsza aparatura w sali umożliwia prowadzenie rozmów we wszystkich językach świata, należy tylko założyć słuchawki i wcisnąć odpowiedni guzik Za panoramicznym oknem Brama Brandenburska, serce Berlina.

Najmłodsze polskie pokolenie już na scenie: Joanna Bator, Daniela Odija, Wojciech Kuczok i Dorota Masłowska. Nie wiem, jak w tej konwencji czuje się Kuczok, laureat nagrody Nike, doświadczony pisarz pokolenia średniego, bo nic nie mówi. Za to Joanna Bator w uroczy sposób tłumaczy wpatrzonej w nią jak w słońce publiczności, że zapewne wpisano ją w ten kontekst, bo debiutowała późno. Masłowska czuje się z tym wszystkim dobrze. Za chwilę Daniel Odija sprowadzi publiczność, w tym także prowadzącą, Marine Neubert, na ziemię i będzie mówił jak jest, a nie jak wypada, żeby mówić. Ale to zaraz. Póki co niewiele różnią się od niemieckich czy francuskich pisarzy kiedy tak spokojnie popijają wodę bez bąbelków.

Ten spokój zaraz minie, bo w Niemczech nic nie jest proste. Szczególnie dialogi. Pytania kierowane do autorów tylko pozornie dotyczą ich książek. Moderator chce wiedzieć, to on rządzi. Zaproszony musi się liczyć z analizą problemową ze szczególnym uwzględnieniem polityki, filozofii i religii. No co? Skoro pisarz napisał to znaczy, że WIE. Sala wypełniona niemożliwie po brzegi, spóźnieni goście tłoczą się gdzieś między szklanymi drzwiami a tylnymi rzędami. Za oknem porywisty wiatr, leje jak z cebra.

Prowadząca, Marine Neubert, pyta Daniela Odiję, czy w Słupsku, w mieście, z którego pisarz pochodzi, główna ulica nazywa się rzeczywiście „Europejska”. Zapytany robi okrągłe oczy i odpowiada, że Słupsk to teren bagnisty i jego niemiecka nazwa Stolpe – nota bene przed wojną zalążek niemieckiego nazizmu – pochodzi od Stolpe (słupów/pali), bo wybudowano go na palach. Jakaś główna ulica owszem jest, tyle że na pewno nie Europejska. Przed wojną nazywała się Hitlerstrasse, po wojnie przemianowano ją na Wojska Polskiego i tak nazywa się do dziś. Cichy szmer i wreszcie niepewny śmiech przebiega przez salę. Nie wiem, czy Odija o tym wie – bo przecież tak naprawdę nie musi wiedzieć – że w Niemczech o Hitlerze się owszem mówi, ale w ramach lekcji historii i filmu dokumentalnego. Sprawa jest jasna, on tu nie będzie silił się na kicz polsko-niemieckiego pojednania i podlizywał publiczności.

Kolejne pytanie Marine Neubert kieruje do Masłowskiej. Za bardzo nie rozumiem, o co chodzi. (Ciekawe, jak tłumacz poradził sobie z tym wyzwaniem). Masłowska też nie rozumie, ale nie szkodzi bo się rozkręca i hipnotyzując uroczymi dołkami w policzkach, mówi o zderzeniu z rzeczywistością, jaki wywołał w niej szklany, futurystyczny, berliński dworzec. I zaraz dodaje, że być może oni, tu zebrani, piszą inaczej niż ich zachodni koledzy, bo są bliżej życia, krzywych chodników i ludzkich spraw. Odija, zapytany o Tartak wybucha, że ma już dość tej książki, że napisał książek kilka i chce mówić o nowych, niestety jeszcze na niemiecki nie przetłumaczonych. Kuczok nie czyta nic z Nostalgii, o której chce rozmawiać z nim Marine Neubert, on również chce pokazać to, co napisał ostatnio. Prowadząca stara się zachować zimną krew, choć – jak zauważ – nikt z obecnych jej tu tego nie ułatwia. Tym w ogóle nie przejmuje się Joanna Bator i spokojnie snuje swoją literacką emanację, po czym wyjawia, że pierwsze zarejestrowane przez nią skojarzenie z Niemcami to „misie haribo”. Nawet nie razi, kiedy wbudowuje w wypowiadane przez siebie zdania „iż”, akcentując wszystko to mocno, wyraźnie, jakby dopinała kolejną koronkową emfazę do swojej książki. Atmosfera rozluźnia się dopiero, gdy aktorka, Lena Stolze, niemalże rapuje niemieckie urywki z Pawia Królowej. Zachwyconej publiczności nogi same chodzą.

W sali jest ponad 500 Berlińczyków, dokładnie wsłuchanych w każde słowo wypowiadane przez Lenę Stolz, bo Lena Stolze dalej czyta. Nikt nie ziewa i nie zerka na zegarek. Zamykają oczy i słuchają o polskich tartakach Daniela Odiji, zagubionych, nostalgicznych pisarzach Kuczoka i Jadzi z Piaskowej Góry, która dla swej córki koniecznie chciała Niemca… Za panoramicznym oknem Berlin by night. Wielka świąteczna choinka, a za nią najsłynniejsza w tym kraju brama: Brandenburska. Najważniejsza część stolicy zdobyta –  brakiem pokory u gości i ich ukutym w wolnej Europie talentem.


4 odpowiedzi na Polscy pisarze zdobyli Berlin

  1. tak … w Słupsku „jakaś” ulica główna na pewno jest …

  2. a swoją drogą, albo marna relacja była ze spotkania, albo marne tłumaczenia symultaniczne, bo nie sądzę, by Daniel powiedział dokładnie to, co zostało tu przytoczone …

  3. i nie wydaje mi się, by przedstawienie faktów, a takim jest przedwojenna nazwa ulicy w pomorskim mieście, miało coś wspólnego z pojednaniem polsko-niemieckim … za którym pan Daniel na pewno jest … gdyby skomentował jakkolwiek tę nazwę, sytuację, ulicę czy cokolwiek innego … można by ewentualnie snuć interpretacje co do jego stosunku w sprawie pojednania … Głośne nazwanie rzeczy po imieniu, bo ta „rzecz” czyli ulica, miała swoje przedwojenne imię, świadczy tylko o świadomości pisarza, świadomości miejsca w jakim żyje i tworzy … i o jego szacunku do historii (choć zapewne nie do źródła nazwy ulicy) … oraz wrażliwości na problemy, jakie w związku z historią mają mieszkańcy Słupska i okolic … i o konieczności pojednania, co nie jest równoznaczne z kurtuazyjnym, ale fałszywym unikaniem nazywania rzeczy po imieniu … :)

  4. „Jakaś” ulica główna, rzeczywiście okropnie razi, ale to może być rodzaj ironii wobec prowadzącej lub publiczności. Niemcy lubią mysleć, że historia zaczęła się w 1945 r. a wcześniej to jakaś mgła i abstrakcja, i będąc w polskiej skórze, czasem trudno na to nie reagować. Nie sądzę, by autorka, pani Parys, pisarka zgłoszona do paszportów Polityki (czyli pierwszoligowa :) nie umiała poprawnie sklecić zdania. A jeszcze jest po drodze redakcja i korekta.

    Ten tekst nie jest o polsko-niemieckim pojednaniu. Jest o tym, że w Berlinie, w szczycie przedświatecznym, na spotkanie z polskimi pisarzami przychodzi ponad 500 osób, gotowych za to zapłacić (!) i przyjść dwa, czy trzy dni (!!!) z rzędu. Ja z tego odczytuję dwie ważne rzeczy.
    Po pierwsze: zmienia się obraz Polski w Niemczech (niezbyt, przyznajmy, pochlebny) na dużo, dużo lepszy, skoro uważają, że warto wydawać i znać polską literaturę (a literatura to też towar niestety i kalkulacja ekonomiczna jest pierwszą przesłanką). Oczywiście, to o czym czytamy, to jest kropelka, ale kropla drąży skałę :) I to jest bardzo, bardzo miłe i cieszy serce.
    Po drugie: oni tam znają lepiej polską literaturę współczesną, niż my tutaj. Czy w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Wrocławiu, przyjdzie na spotkanie z POLSKIMI pisarzami 500 osób i za to zapłaci? Obawiam się, że byłby z tym kłopot, nawet przy darmowym wejściu. Ilu z nas przeczytało choć po jednej książce każdego z autorów obecnych na spotkaniu w Berlinie? Ja ze wstydem przyznaję, że się do tego grona nie zaliczam :(

Dodaj komentarz

Musisz się zalogować, aby móc napisać komentarz.

Zaloguj