Polscy pisarze zdobyli Berlin
No co? Skoro pisarz napisał to znaczy, że WIE.
Przebijam się przez gąszcz miniaturowych liter. Alternatywny Berlin zdominował większość imprez, wywracając w pojęciu jego mieszkańców znaczenie alternatywne. Pod tym względem grudzień jest taki sam jak październik czy czerwiec. W końcu znajduję to, czego szukam: Literacki dialog z udziałem „najmłodszego polskiego pokolenia”.
Sala plenarna w Akademii Sztuk to szklane pomieszczenie, przygotowane na przyjęcie co najmniej pięciuset gości. Najnowsza aparatura w sali umożliwia prowadzenie rozmów we wszystkich językach świata, należy tylko założyć słuchawki i wcisnąć odpowiedni guzik Za panoramicznym oknem Brama Brandenburska, serce Berlina.
Najmłodsze polskie pokolenie już na scenie: Joanna Bator, Daniela Odija, Wojciech Kuczok i Dorota Masłowska. Nie wiem, jak w tej konwencji czuje się Kuczok, laureat nagrody Nike, doświadczony pisarz pokolenia średniego, bo nic nie mówi. Za to Joanna Bator w uroczy sposób tłumaczy wpatrzonej w nią jak w słońce publiczności, że zapewne wpisano ją w ten kontekst, bo debiutowała późno. Masłowska czuje się z tym wszystkim dobrze. Za chwilę Daniel Odija sprowadzi publiczność, w tym także prowadzącą, Marine Neubert, na ziemię i będzie mówił jak jest, a nie jak wypada, żeby mówić. Ale to zaraz. Póki co niewiele różnią się od niemieckich czy francuskich pisarzy kiedy tak spokojnie popijają wodę bez bąbelków.
Ten spokój zaraz minie, bo w Niemczech nic nie jest proste. Szczególnie dialogi. Pytania kierowane do autorów tylko pozornie dotyczą ich książek. Moderator chce wiedzieć, to on rządzi. Zaproszony musi się liczyć z analizą problemową ze szczególnym uwzględnieniem polityki, filozofii i religii. No co? Skoro pisarz napisał to znaczy, że WIE. Sala wypełniona niemożliwie po brzegi, spóźnieni goście tłoczą się gdzieś między szklanymi drzwiami a tylnymi rzędami. Za oknem porywisty wiatr, leje jak z cebra.
Prowadząca, Marine Neubert, pyta Daniela Odiję, czy w Słupsku, w mieście, z którego pisarz pochodzi, główna ulica nazywa się rzeczywiście „Europejska”. Zapytany robi okrągłe oczy i odpowiada, że Słupsk to teren bagnisty i jego niemiecka nazwa Stolpe – nota bene przed wojną zalążek niemieckiego nazizmu – pochodzi od Stolpe (słupów/pali), bo wybudowano go na palach. Jakaś główna ulica owszem jest, tyle że na pewno nie Europejska. Przed wojną nazywała się Hitlerstrasse, po wojnie przemianowano ją na Wojska Polskiego i tak nazywa się do dziś. Cichy szmer i wreszcie niepewny śmiech przebiega przez salę. Nie wiem, czy Odija o tym wie – bo przecież tak naprawdę nie musi wiedzieć – że w Niemczech o Hitlerze się owszem mówi, ale w ramach lekcji historii i filmu dokumentalnego. Sprawa jest jasna, on tu nie będzie silił się na kicz polsko-niemieckiego pojednania i podlizywał publiczności.
Kolejne pytanie Marine Neubert kieruje do Masłowskiej. Za bardzo nie rozumiem, o co chodzi. (Ciekawe, jak tłumacz poradził sobie z tym wyzwaniem). Masłowska też nie rozumie, ale nie szkodzi bo się rozkręca i hipnotyzując uroczymi dołkami w policzkach, mówi o zderzeniu z rzeczywistością, jaki wywołał w niej szklany, futurystyczny, berliński dworzec. I zaraz dodaje, że być może oni, tu zebrani, piszą inaczej niż ich zachodni koledzy, bo są bliżej życia, krzywych chodników i ludzkich spraw. Odija, zapytany o Tartak wybucha, że ma już dość tej książki, że napisał książek kilka i chce mówić o nowych, niestety jeszcze na niemiecki nie przetłumaczonych. Kuczok nie czyta nic z Nostalgii, o której chce rozmawiać z nim Marine Neubert, on również chce pokazać to, co napisał ostatnio. Prowadząca stara się zachować zimną krew, choć – jak zauważ – nikt z obecnych jej tu tego nie ułatwia. Tym w ogóle nie przejmuje się Joanna Bator i spokojnie snuje swoją literacką emanację, po czym wyjawia, że pierwsze zarejestrowane przez nią skojarzenie z Niemcami to „misie haribo”. Nawet nie razi, kiedy wbudowuje w wypowiadane przez siebie zdania „iż”, akcentując wszystko to mocno, wyraźnie, jakby dopinała kolejną koronkową emfazę do swojej książki. Atmosfera rozluźnia się dopiero, gdy aktorka, Lena Stolze, niemalże rapuje niemieckie urywki z Pawia Królowej. Zachwyconej publiczności nogi same chodzą.
W sali jest ponad 500 Berlińczyków, dokładnie wsłuchanych w każde słowo wypowiadane przez Lenę Stolz, bo Lena Stolze dalej czyta. Nikt nie ziewa i nie zerka na zegarek. Zamykają oczy i słuchają o polskich tartakach Daniela Odiji, zagubionych, nostalgicznych pisarzach Kuczoka i Jadzi z Piaskowej Góry, która dla swej córki koniecznie chciała Niemca… Za panoramicznym oknem Berlin by night. Wielka świąteczna choinka, a za nią najsłynniejsza w tym kraju brama: Brandenburska. Najważniejsza część stolicy zdobyta – brakiem pokory u gości i ich ukutym w wolnej Europie talentem.
W TYM TEMACIE
- O mądrym jedzeniu
- Marzenia są praktyczne
- Stres wyzwala życzliwość?
- Inteligencja emocjonalna u liderów grup
- Czy planowanie celów jest skuteczne?
Wpis kojarzony jest z tagami: alternatywny berlinBrama brandenburskaDaniel OdijaDorota MasłowskaJoanna BatorLena StolzeMarine NeubertPiaskowa góraWojciech Kurczok




Wysyłam...
tak … w Słupsku „jakaś” ulica główna na pewno jest …
a swoją drogą, albo marna relacja była ze spotkania, albo marne tłumaczenia symultaniczne, bo nie sądzę, by Daniel powiedział dokładnie to, co zostało tu przytoczone …
i nie wydaje mi się, by przedstawienie faktów, a takim jest przedwojenna nazwa ulicy w pomorskim mieście, miało coś wspólnego z pojednaniem polsko-niemieckim … za którym pan Daniel na pewno jest … gdyby skomentował jakkolwiek tę nazwę, sytuację, ulicę czy cokolwiek innego … można by ewentualnie snuć interpretacje co do jego stosunku w sprawie pojednania … Głośne nazwanie rzeczy po imieniu, bo ta „rzecz” czyli ulica, miała swoje przedwojenne imię, świadczy tylko o świadomości pisarza, świadomości miejsca w jakim żyje i tworzy … i o jego szacunku do historii (choć zapewne nie do źródła nazwy ulicy) … oraz wrażliwości na problemy, jakie w związku z historią mają mieszkańcy Słupska i okolic … i o konieczności pojednania, co nie jest równoznaczne z kurtuazyjnym, ale fałszywym unikaniem nazywania rzeczy po imieniu …
„Jakaś” ulica główna, rzeczywiście okropnie razi, ale to może być rodzaj ironii wobec prowadzącej lub publiczności. Niemcy lubią mysleć, że historia zaczęła się w 1945 r. a wcześniej to jakaś mgła i abstrakcja, i będąc w polskiej skórze, czasem trudno na to nie reagować. Nie sądzę, by autorka, pani Parys, pisarka zgłoszona do paszportów Polityki (czyli pierwszoligowa
nie umiała poprawnie sklecić zdania. A jeszcze jest po drodze redakcja i korekta.
Ten tekst nie jest o polsko-niemieckim pojednaniu. Jest o tym, że w Berlinie, w szczycie przedświatecznym, na spotkanie z polskimi pisarzami przychodzi ponad 500 osób, gotowych za to zapłacić (!) i przyjść dwa, czy trzy dni (!!!) z rzędu. Ja z tego odczytuję dwie ważne rzeczy.
I to jest bardzo, bardzo miłe i cieszy serce.
Po pierwsze: zmienia się obraz Polski w Niemczech (niezbyt, przyznajmy, pochlebny) na dużo, dużo lepszy, skoro uważają, że warto wydawać i znać polską literaturę (a literatura to też towar niestety i kalkulacja ekonomiczna jest pierwszą przesłanką). Oczywiście, to o czym czytamy, to jest kropelka, ale kropla drąży skałę
Po drugie: oni tam znają lepiej polską literaturę współczesną, niż my tutaj. Czy w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Wrocławiu, przyjdzie na spotkanie z POLSKIMI pisarzami 500 osób i za to zapłaci? Obawiam się, że byłby z tym kłopot, nawet przy darmowym wejściu. Ilu z nas przeczytało choć po jednej książce każdego z autorów obecnych na spotkaniu w Berlinie? Ja ze wstydem przyznaję, że się do tego grona nie zaliczam