„Wszystko wina kota!”: najnowsza książka Agnieszki Lingas-Łoniewskiej

Znana młoda pisarka tworzy swoje powieści pod pseudonimem Róża Mak. Wyłącza się z życia i wchodzi we własny świat. Każdy dzień organizuje więc po swojemu, według własnych potrzeb. Czy w jej osobistym życiu może zdarzyć się jeszcze coś wyjątkowego, na miarę bestselerowych powieści, które pisze? O pracy pisarki, swoich książkowych bohaterach i mężczyznach, którzy nie boją się uczuć opowiada w wywiadzie Agnieszka Lingas-Łoniewska – pisarka, autorka kilkunastu książek.
Zastanawiałam się, biorąc pod uwagę jak niezależne i urocze życie prowadzi główna bohaterka Lidia Makowska, czy faktycznie tak żyją pisarze?

Nie ukrywam, że część swoich doświadczeń pisarskich niejako „sprzedałam” mojej bohaterce, wykorzystując moje dotychczasowe, ośmioletnie doświadczenie pisarskie. Ale faktycznie, wygląda to bardzo podobnie. Piszę przy muzyce, zazwyczaj ubrana w dres, z nieokreśloną koafiurą na głowie. Nie lubię, gdy ktoś mi przeszkadza, zapominam o jedzeniu, piję dużo kawy, chociaż ostatnio przerzucam się na herbatę owocową, ale różnie z tym bywa. Ciągle tkwię w swoim świecie i dlatego zapominam o sprawach bieżących, generalnie żyć w domu z pisarką, to naprawdę ogromne wyzwanie dla pozostałych domowników.

Jedną z głównych postaci w książce „Wszystko wina kota!” jest uszczypliwy, znienawidzony przez bohaterkę krytyk literacki. Miała Pani kiedyś podobne doświadczenia?

Ależ oczywiście, trafiają do mnie różne recenzje, te dobre, te krytyczne, te krytykanckie, pełna paleta. Kiedy decydujemy się wyjść ze swoją twórczością do szerszego odbiorcy, musimy liczyć się z tym, że nasze książki trafią do różnych ludzi, o różnych potrzebach czytelniczych, gustach, oczekiwaniach i nie zawsze będą one tożsame z tym, co mamy do zaoferowania. Tworząc postać Jacka Sparrowa wykorzystałam częsty schemat, pojawiający się w blogerskim świecie, czyli czytanie książek autorów, którzy nie do końca nam pasują, aby zobaczyć, czy autor się rozwija, aby znaleźć jakieś lapsusy, aby po prostu mieć większą liczbę wejść na bloga. Powody są naprawdę różne. Mój Jack Sparrow tak do końca nie jest negatywnie nastawiony do twórczości Róży Mak, on stanowi raczej ten pozytywny obraz recenzenta, który docenia to co dobre w książce, ale i zwraca uwagę na pewne niedociągnięcia. No, ale to nie znaczy, że moja pisarka musi go za to uwielbiać 🙂

Zwróciło moją uwagę to, że prawie wszystkie postaci w Pani książce są dość „apetyczne”: atrakcyjne, budzące sympatię, wrażliwe.. Czy to Pani sposób na „czarowanie” rzeczywistości?

Kiedyś na którymś z moich licznych spotkań autorskich, jedna czytelniczka powiedziała, że kocha czytać moje książki, bo skoro w życiu raczej mało romantyzmu i wspaniałych mężczyzn, to przynajmniej w moich powieściach może to znaleźć. I świetne jest zestawienie właśnie tych „apetycznych” postaci z często mrocznym wnętrzem, tragicznymi doświadczeniami i ciężkimi przeżyciami. To już staje się moim znakiem rozpoznawczym i jeśli ma to być czarowanie rzeczywistości, to mówcie mi czarodziejka!

Z czego bierze się chęć pisania komedii romantycznych? Czy to prezent dla stałych czytelników, którzy tego właśnie oczekują, czy jakaś własna potrzeba?

Zwykła pisarska potrzeba. W swojej twórczości uprawiam tak zwaną międzygatunkowość, piszę na ogół powieści o miłości, ale ta miłość osadzona jest w różnym świecie fabularnym. Mam na koncie książki sensacyjne, kryminał, teraz szykuje się thriller. Powieści typowo obyczajowe, dramaty i romanse. Jedną komedię też już napisałam, „Wszystko wina kota!” to moja druga przygoda z tym gatunkiem. Ja to nazywam płodozmianem, nie potrafię zamknąć się tylko na jednym gatunku literackim i wiem, że moi czytelnicy to doceniają. Tę różnorodność i świadomość, że w finale muszą być przygotowani na wszystko, nawet na śmierć głównego bohatera.

Bohaterki książki (4 przyjaciółki) skojarzyły mi się trochę z serialem „Seks w wielkim mieście”. Czy postacie z Pani opowieści są całkiem wymyślone, czy zna Pani osoby, które stały się dla niej inspiracją?

Sama mam takie przyjaciółki, na które mogę liczyć, oczywiście ze wzajemnością. Ta książka to nie tylko romantyczna komedia omyłek, to także historia o prawdziwej kobiecej przyjaźni, o sile kobiet, o ich życiowych perypetiach i o tym, że dzięki przyjaźni o wiele łatwiej znieść przeciwności losu. Jeśli chodzi o same postaci, to są one w 100% przeze mnie wymyślone, jedynie Lidka vel Róża otrzymała ode mnie kilka „pisarskich” cech, a Tatiana odziedziczyła pewne moje doświadczenia z czasów, kiedy jeszcze pracowałam na etacie w korporacji.

Historia wypełniona jest przede wszystkim całą gamą uczuć i emocji, bardzo zróżnicowanych. Ciekawi mnie jednak, czy Pani książki recenzują/ czytają również mężczyźni. Pytam o to, ponieważ bohater książki (Jeremi) dużo mówi, ze swojej perspektywy, o tym, co czuje i co przeżywa, a to w sumie rzadkość, żeby mężczyzna tak jasno precyzował swoje odczucia… Nie chodzi mi oczywiście o samo ich przeżywanie (bo panowie potrafią być bardziej uczuciowi i romantyczni od kobiet), ale o ubieranie ich w słowa..

Mam męskich recenzentów, chociaż w mniejszości. Jeden z nich, autor bloga Nowalijki, jest nawet patronem medialnym tej książki i służył mi uwagami i radami podczas tworzenia historii pisarki i blogera. Mam także wśród mężczyzn wiernych czytelników, dostaję od nich maile z wrażeniami po lekturach i nie wyobraża sobie nawet pani, jak niektórzy z nich potrafią otwarcie pisać o emocjach. Więc to trochę taki stereotyp, że facet to tylko siekiera, broda i wycinka lasu. Właśnie przez takie pojmowanie męskości, oni często wolą nie dzielić się swoimi odczuciami, a szkoda, bo ich pojmowanie takich historii jest też bardzo interesujące.

Zresztą w Pani książce wielu jest fantastycznych, ciepłych, przystojnych mężczyzn, w dodatku wolnego stanu! Marzenie zapewne wielu kobiet…

Tak jak wspomniałam wyżej, lubię tworzyć bohaterów pięknych zewnętrznie, ale pogmatwanych wewnątrz, często z tragiczną przeszłością, czarną duszą i przechodzeniem na złą stronę mocy. Jeśli bohaterowi uda się wydostać, jest tym większa radość i ulga, że miłość jednak zwyciężyła. Bo moje książki to często powieści właśnie o uzdrawiającej sile miłości. Lecz nie zawsze się to udaje i wówczas czytelniczki (głównie) płaczą i mają wobec mnie mordercze zamiary 🙂

Prowadzi Pani stronę Czytajmy Polskich Autorów, gdzie zachęca Pani czytelników do odkrywania rodzimej literatury. Czy chętnie czytamy polskich autorów, czy jednak wybieramy zagranicznych?

Teraz się to zmienia, jest coraz więcej polskich autorów, którzy tworzą świetne powieści. Powstaje więcej grup czy stron internetowych, w których czytelnicy polecają sobie książki polskich autorów. Widzę to także na spotkaniach autorskich, na które jeżdżę praktycznie po całej Polsce. Zapraszają mnie biblioteki, w których to właśnie moje książki i książki innych polskich pisarzy są czytane najchętniej. Tak więc coś się zmieniło od 2010 roku, kiedy to założyłam portal, aby trochę wspomóc promowanie polskiej literatury. Powstaje też wiele ciekawych debiutów, w tej chwili czytam książki zgłoszone na konkurs Literacki Debiut Roku, gdzie jestem członkinią kapituły. I powiem szczerze, że jako jurorka, będę mieć trudne zadanie, aby wybrać zwycięzcę, bo poziom jest naprawdę wysoki.

Ma Pani już wiele książek na swoim koncie. Każdą kolejną pisze się łatwiej? Co jest największą inspiracją dla Pani?

Każdą kolejną pisze się trudniej. Jeśli kiedykolwiek zasiądę do książki ze świadomością, że będzie łatwo, to jestem skończona jako pisarka. Poprzeczka idzie w górę, warsztat szlifuje się nieustannie, a oczekiwania czytelników rosną. Tak więc to naprawdę bardzo ciężka praca, nie tylko stricte pisarska, ale i praca nad sobą. Jestem wielkim wrażliwcem, myślę, że to charakterystyczna cecha dla twórców i bardzo przeżywam każdą premierę i to, jak zostanie ona odebrana przez czytelników. Moją największą inspiracją jest muzyka, a także spotkania i rozmowy z ludźmi, wieczorki autorskie, kiedy niejednokrotnie trafiam do miast i miasteczek, do których pewnie nigdy bym nie zajechała i tam często znajduję coś, co mnie zainspiruje. Tak było w ubiegłym roku, gdy miałam trasę mazurską i zawitałam do miejscowości Banie Mazurskie, o których teraz możecie państwo przeczytać właśnie w książce „Wszystko wina kota!”. Natomiast teraz ukończyłam kolejną powieść, która ukaże się w przyszłym roku i po powrocie z trasy podkarpackiej, gdzie odwiedziłam zabytkową bibliotekę w Strzyżowie, postanowiłam, że to właśnie miasteczko pojawi się w mojej powieści. Zawsze mówię, że pisarz to taka gąbka, która nasiąka rzeczywistością, a potem wyciska z siebie całkiem nowy świat.

Śmiałam się, że do „Wszystko wina kota” można by zrobić całą antologię muzyczną (w formie płyty dodanej do książki). Słucha Pani takiej muzyki? 

Umieszczanie playlisty w książkach to mój charakterystyczny znak. Moi stali czytelnicy czekają zawsze na spis piosenek, których zresztą można posłuchać na moim kanale na youtube. Muzyka towarzyszy mi podczas pisania i jest inspiracją do tworzenia poszczególnych scen, elementów fabuły. W tej książce, którą teraz skończyłam pisać, bohater jest młodym gitarzystą i wokalistą, ułożyłam dla niego sporo piosenek i jest plan, aby je nagrać. Tak więc może okazać się, że mój bohater naprawdę zaśpiewa dla moich czytelników.

Widziałam, że ma Pani już stałe grono swoich fanów… Jak jednak zachęciłaby Pani nowych czytelników do swojej ostatniej książki?

Drodzy państwo, jeśli lubicie nieszablonowe historie o życiu, o jego blaskach i cieniach, o miłościach nowych i tych starych, cenicie humor, dynamiczną akcję i wyrazistych bohaterów, a także lubicie muzykę, zapraszam was do historii o pewnej pisarce, tajemniczym krytyku literackim i szalonych przyjaciółkach, a także rudym kocie, który stał się sprawcą wszystkich działań moich bohaterów. „Wszystko wina kota!” to lektura w sam raz na wakacje 🙂

Bestsellerowa pisarka, Lidia Makowska, od lat tworzy popularne wśród kobiet powieści, wydając je pod pseudonimem Róża Mak. Właśnie kończy pisać kolejną książkę i już zaczyna się martwić, co tym razem zarzuci jej Jack Sparrow – czołowy bloger bezlitośnie punktujący niedociągnięcia wszystkich poprzednich powieści.

Jednocześnie Lidia, namawiana przez agentkę i przyjaciółkę, Karolinę, przygotowuje się do telewizyjnego wywiadu, aby ujawnić wszystkim fanom swoją prawdziwą twarz. Żąda jednakże, aby wywiad poprowadził Jack, który jako krytyk literacki także występuje incognito.

„Wszystko wina kota!” to ciepła i optymistyczna historia o zaufaniu i przyjaźni, a także o tym, jak cienka może być granica dzieląca dwa pozornie odległe światy.