Kryzys w związku? – Mądrze przepracowany umacnia relację!

fot.123rf

Nawet nad najbardziej udanym związkiem zbierają się czasem czarne chmury. Dlaczego? Już choćby z tego prostego powodu, że nie ma relacji idealnych. Psychoterapeutka Katarzyna Miller przekonuje, że kryzysy są nieuniknione, ale też niezwykle cenne, bo – mądrze przepracowane – cementują miłosne więzi.
Kryzys w związku to ściana, która przed wami nagle stanęła czy raczej proces, który narasta?

To zdecydowanie proces i bardzo bym lubiła, żeby publiczność, czyli naród, wiedziała, że bez kryzysów się nie obejdzie, bo jest to normalny kawałek każdej długotrwałej relacji. Prowadziłam kiedyś warsztaty, które nazwałam „Kryzys – przystanek do szczęścia”, bo ja tak właśnie go widzę. Jako przystanek. Trzeba na nim wysiąść, postać, poczekać, pomyśleć, coś zrozumieć i wsiąść do autobusu jadącego prosto do szczęścia. Kryzysy dotyczą właściwie każdej sytuacji życiowej: w pracy, w związku, w przyjaźni, szkole – wszędzie, gdzie jest stała grupa ludzi, którzy coś razem robią i przeżywają. Ponieważ wszyscy oni są w jakiejś mierze podobni, ale też różni, to pewne ich żale, pretensje i niespełnienia prędzej czy później wychodzą na wierzch.

Choć najpierw super się dogadywali?

Jak ludzie się w sobie zakochują, to chcą widzieć tylko podobieństwa. To jest taka pieśń miłosna: „Myśmy obydwoje wychowali się na Podlasiu, chodzili po drzewach, mieli paczki przyjaciół, on gra na gitarze i śpiewa, ja też”. Ona nie ma pojęcia, że po trzech latach on wyjmie gitarę i jak ona zacznie śpiewać, to usłyszy: „Przestań mi przeszkadzać”. Dlaczego? Bo na wierzch wyjdzie jego ambicja – to przecież on gra, do cholery, to on ma być tu gwiazdą!

A kiedyś był taki zachwycony, jak razem śpiewali…

No bo chciał ją zdobyć, wtedy wszystko mu się podobało. A teraz? Teraz ona wpieprza mu się w jego granie i śpiewanie. A nie mogłaby tak jak inni posłuchać i zachwycić się? Mogłaby, ale ona też chce śpiewać i chce, żeby on się zachwycał tym, jak śpiewa. Tym bardziej że najpierw przez te trzy lata się zachwycał, a tu nagle przestał. „To straszne, on już mnie nie kocha” – myśli ona. Ano kocha, kocha, tylko siebie kocha bardziej (śmiech).

Ona jednak czuje żal i pretensję.

On też. I tak zbierają się ich drobne pretensje, żale i smutki. Pierwszy kryzys, jaki dopada pary – jedne wcześniej, inne później – nazywa się „i skończyły się te dobre dni”. On jej już nie poświęca tyle uwagi, co kiedyś, a ona coraz częściej ma skwaszoną minę. Jak mu mówi: „Ale dlaczego tak często chodzisz na piłkę z kolegami, skoro masz mnie tu, w domu?”, to on się denerwuje: „Jak to, chcesz mi zabrać moją piłkę?”.

Czyli pierwszy kryzys dotyczy kwestii: autonomia versus więź?

Raczej tego, że każdy z nas chce być kochany przez ukochaną osobę, a nagle ma poczucie, że już nie jest. Trochę na zasadzie: było obiecane co innego.

Zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością?

Tak. Na przykład on był taki pogodny i zaradny, a teraz przychodzi zły z pracy, zalega na kanapie i nie chce powiedzieć, o co chodzi. A jak ona dopytuje, bo chciałaby wszystko o nim wiedzieć, to słyszy: „To nie twoja sprawa” albo: „A co ja ci będę opowiadał, jak ty nic z tego nie zrozumiesz, nie siedzisz w tym ze mną”. Wyobrażenia mieli takie, że ponieważ się sobą zachwycili i wszystko dobrze do tej pory szło, to będzie tak już zawsze. Dlatego ten pierwszy kryzys musi przyjść…

Musi?

Musi, jeśli ludzie nie są świadomi tego, że stan zakochania kiedyś minie. Następne kryzysy pojawiają się już z różnych powodów: chociażby dlatego, że jesteśmy w jednym gospodarstwie domowym, ale mamy do niego inne podejście. Bo ludzie się wcześniej ze sobą nie umawiają na to, kto będzie gotował, a kto sprzątał. Mężczyzna nie mówi kobiecie, że chciałby tradycyjnego podziału obowiązków – czyli tego, żeby ona była jak jego mamusia, która zajmowała się domem i dziećmi – bo ona najpierw pociąga go tym, że jest dokładnie inna niż jego mamusia, ale potem by jednak chciał mieć taki priorytet w domu jak tata.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »