Współczucie wobec samej siebie

fot.123rf

Być dla siebie czułym, wybaczającym, nieoceniającym. Pozwalać sobie na najróżniejsze emocje, nawet jeśli są one społecznie nieakceptowane. Egocentryzm? Wręcz odwrotnie. Zdaniem profesor Ireny Dzwonkowskiej postawa współczucia wobec samego siebie pozwala czuć się lepiej i być lepszym też dla innych. Jak ją praktykować?
Współczucie wobec samego siebie?! Co to za nowa filozofia! W życiu trzeba być silnym, a nie użalać się nad sobą” – usłyszałam dzisiaj od pewnej osoby.

reklama

Rzeczywiście jest problem w rozumieniu „współczucia wobec samego siebie”, szczególnie że w psychologii zachodniej to jest stosunkowo nowe pojęcie. Pierwsza praca na ten temat opublikowana została przez profesor Kristin Neff w 2003 roku w Stanach Zjednoczonych. Kristin Neff, prekursorka współczującego podejścia do siebie, wyraźnie zaznaczyła, że nie ma ono nic wspólnego z użalaniem się nad sobą, choć w potocznym rozumieniu bardzo często ludzie nie widzą różnicy. Doświadczyłam tego sama, gdy kilka lat temu zaczęłam zajmować się tym zjawiskiem. „Jak to jest możliwe, żeby współczuć samemu sobie? To znaczy co? Użalać się nad sobą?”, pytano mnie. Mówiłam, że absolutnie nie. Użalanie się nad sobą w psychologii amerykańskiej nazywane jest self-pity, gdy współczucie wobec siebie self-compassion. Gdy ludzie użalają się nad sobą, to mają – zresztą jak sam termin wskazuje – żal do samych siebie, skłonność do przeżywania innych negatywnych uczuć, takich jak poczucie winy, wstyd. A ponieważ ich psychika broni się przed taką ilością negatywnych uczuć, włączają się różnego rodzaju mechanizmy obronne polegające na przenoszeniu tych emocji – obwiniania innych, że im się wiedzie źle. „To przez szefa zawaliłam projekt, to przez męża, ojca mam nieszczęśliwe małżeństwo”. Ludzie użalający się nad sobą kiepsko czują się wówczas, kiedy innym wiedzie się dobrze, ponieważ mają bardzo dużą skłonność do porównywania się z otoczeniem.

Myślę, że wielu ludzi się porównuje z innymi. Tego nas zresztą w dzieciństwie uczono: „Zobacz, ona się tak świetnie uczy, taka jest porządna, bierz z niej przykład”. Rodzice bardzo często porównują też rodzeństwo.

Oczywiście, to jest bardzo mocny przekaz nie tylko w domach rodzinnych, ale też w szkole. Porównania, rankingi ocen. To jest pewien utarty styl oddziaływania na dzieci, często bez głębszego rozumienia, jak to wpływa na psychikę, na rozwój osobowości. A wpływa bardzo źle, co dokładnie pokazują też badania nad współczuciem do samego siebie. Potem z tych dzieci ocenianych, porównywanych wyrastają dorośli, którzy dążą do porównywania się z innymi i rywalizacji. Do tego, by mieć więcej, bardziej, lepiej, po to, żeby dobrze wypadać na tle innych. Kiedy się to nie udaje, wpadają w spiralę samooskarżania, wciąż porównują się z innymi i czują się marnie na ich tle. Tę drugą osobę postrzega się jako kompletnie inną, nie zauważa się wspólnoty losu. Tego, że ona najprawdopodobniej wcześniej też wiele w życiu przeszła, cierpiała. Użalający się widzi tylko siebie, swoje niepowodzenia i wyolbrzymia je na tle pozytywnych cech tej drugiej osoby. W związku z tym cieszy się, kiedy bliźniemu dzieje się źle, bo wtedy jego samoocena rośnie. Osoba litująca się nad sobą myśli: „Jeśli moją koleżankę rzucił mąż i ona cierpi, to na tle jej cierpienia moje kiepskie małżeństwo już nie jest takie złe, bo przynajmniej wciąż trwa”.

Ci, którzy praktykują współczucie wobec siebie, nie oceniają?

Nie. Bo cała filozofia opiera się na nieoceniającym stosunku do siebie, ale też wobec innych. Co więcej, wszystkie badania pokazują, że takie podejście ułatwia i pomaga pokonywać różnego rodzaju wewnętrzne trudności i przeszkody. W naszej kulturze funkcjonuje kult wysokiej samooceny. My, psycholodzy, gloryfikowaliśmy ją przez wiele lat, wierząc, że pomaga niemal we wszystkim. Roy Baumeister, wybitny uczony, zrobił podsumowanie wielu lat badań w różnych dziedzinach funkcjonowania człowieka i doszedł do wniosku, że dalece przesadziliśmy, wierząc, że wysoka samoocena jest panaceum na całe zło. Okazuje się, że ci, którzy mają wysoką samoocenę, wykazują sporo agresywności interpersonalnej, mają również dosyć mocno zniekształcony obraz samych siebie.

Narcystyczny?

Niekoniecznie, choć wysoka samoocena często łączy się ze skłonnościami narcystycznymi. Głównie jednak chodzi o nieustanną huśtawkę wewnętrzną, której podlega taka osoba. Zwykle potrzebuje wzmocnień z zewnątrz, ciągłego potwierdzania, że jest tak doskonała, jak myśli. A dziś ludzie głównie rywalizują ze sobą, a nie zachwycają się sobą. Poza tym wszyscy nie mogą być najlepsi. Prędzej czy później mierzymy się z porażkami i błędami. Niemożność osiągnięcia wysokich standardów prowadzi do stanów lękowych, depresji, wewnętrznych konfliktów. Badania pokazały, że ludzie z wysoką samooceną są kolekcjonerami pozytywnych informacji o sobie i nie dopuszczają tych negatywnych. Nawet jeśli mają negatywny feedback, nie słyszą go. Nie mają też w związku z tym skłonności do pracy nad sobą, rozwijania tych cech, które są w nich słabsze. Zwykle uważają się za pomocnych, ale ich bliscy tego nie potwierdzają. To osoby skłonne do uprzedzeń, do dyskryminacji innych, choć do tej pory uważano, że to niska samoocena sprzyja takiemu stosunkowi do świata.

Kristin Neff twierdzi, że postawa współczucia wobec samego siebie jest remedium na pogoń za wysoką samooceną i jej negatywnymi skutkami.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »