„Kolacja na cztery ręce” w Teatrze Kamienica

Kolacja na cztery ręce, fot. Teatr Kamienica

Krzysztof Jasiński ponownie sięgnął po tekst o fikcyjnym spotkaniu Bacha z Händlem, dwóch wielkich kompozytorów symbolizujących odmienne spojrzenie na sztukę.

reklama

„Kolacja na cztery ręce” była w Polsce wystawiania już wielokrotnie. Najsłynniejsze jest wykonanie Teatru Telewizji z 1990 roku z udziałem Janusza Gajosa i Romana Wilhelmiego, ale dwa lata wcześniej w krakowskim Teatrze Stu sztukę zrealizował Krzysztof Jasiński. Ponad 25 lat później reżyser powrócił do tekstu Paula Barza. Główne role powierzył Emilianowi Kamińskiemu i Olafowi Lubaszence.

Aktorzy wraz z reżyserem spędzili dwa tygodnie w odosobnieniu, ćwicząc tekst i zastanawiając się nad jego interpretacją. Efekt tej pracy można docenić, oglądajac spektakl w Teatrze Kamienica.

Emilian Kamiński gra świetnie Händla. Dawno nie widziałam go w takiej formie na scenie. Bez brawury, ale dosadnie akcentuje sytuację twórcy, którego działania wystawione są na rozliczne kaprysy losu i fortuny. 
Teatr Kamienica przeżywa obecnie problemy związane z siedzibą i Kamiński w swojej interpretacji wyraźnie nawiązuje do tej sytuacji. Ze sceny określa stanowisko aktora i dyrektora teatru wobec powinności sztuki. Sztuka jest potrzebna władzy, a ta z kolei powinna o sztukę walczyć i wspierać artystów. Odwieczny problem, ale znowu aktualny.

Dla Olafa Lubaszenki, scenicznego Bacha, to też ważny moment. Jesteśmy świadkami udanego powrotu aktora, który po latach zmagań z chorobą odważnie stawia sobie trudne pytania na scenie: Po co robi to, co robi, i jaką cenę za to płaci? „Zawsze jestem głodny” mówi w przypływie słabości do Haendla, który nieustannie proponuje mu kolejne przysmaki. Lubaszenko gra w kontrze do Kamińskiego wystrojonego w drogie surduty i jedwabne koszulę, z ozdobnym klipsem przy uchu. Strój Bacha jest zgrzebny, szaro-czarny, znoszony. Kompozytor nie ukrywa zmęczenia i troski o byt. Jest zwykłym kantorem, który ledwo wiąże koniec z końcem, a mimo to pozostaje wierny swoim zasadom. Tymczasem Händel, przezywany „handlem”, kupczy swoim talentem, schlebiając gustom londyńskiej publiczności – dla pieniedzy i sławy jest gotów się poniżyc, łasić. Wciąż jednak pozostaje mistrzem kompozycji, którego „Mesjasz” skłonił do powstania z miejsca samego króla Anglii. Nie może więc nie doceniać geniuszu konkurenta. Do dziś „Pasja według św.Mateusza” Bacha stawiana jest przez muzykologów na równi z oratorium Händla. Kompozytorzy zazdroszczą sobie wzajemnie. Początkowo złośliwi i małostkowi, w końcu przyznają się swoich uczuć, zyskując tym wyznaniem sympatię i zrozumienie widzów.

Maciej Miecznikowski (były lider zespołu „Leszcze”) jako lokaj Händla, Schmidt, ciekawie dopełnia duet Kamiński-Lubaszenko. Gra na gitarze, śpiewa. Jest zdystansowany i wobec talentu, i problemów obu muzyków. Dobrze radzi sobie w scenach solowych, ma dobry kontakt z publicznością, z sukcesem nakłania ją do wspólnego śpiewania i nucenia. Ciekawy debiut.

Jasiński jako reżyser świadomie zrezygnował ze zwykłej brawury i szaleństwa na scenie, z których dotąd słynęły jego inscenizacje. Wyeksponował komediowy wymiar tekstu, ale wycofał się i dał przestrzeń aktorom do zagrania po swojemu. W szczególnym dla obu artystów momencie. Brawo!

„Kolacja na cztery ręce”, Paul Barz, przekł. Jacek Stanisław Buras, reż. Krzysztof Jasiński, premiera 12 września 2015, Teatr Kamienica w Warszawie