Ludzie odporni na zmianę. Na czym polega „pseudorozwój”?

rozwoj osobisty
123rf.com

Chodzą na kolejne szkolenia i terapie, ale nadal pozostają w tym samym miejscu. Zmieniają partnerów, pracę, ale „nowe” nie znaczy „inne”. Są dowodem na to, że współczesne popkulturowe traktowanie rozwoju osobistego może być równie destrukcyjne jak nałóg.
Zmieniłam się, to było ważne doświadczenie, terapia na stałe będzie wpisana w moje życie – powiedziała Magda, odchodząc po pół roku z rocznej grupy terapeutycznej. Od ponad siedmiu lat pracuje nad swoim wewnętrznym rozwojem. Niedawno skończyła szkołę coachingu, wcześniej chodziła na zajęcia jogi, a potem air jogi. Raz pojechała na trening interpersonalny, ale jej się nie spodobało, spróbowała również pracy z ciałem metodą Lowena, później były warsztaty oddychania. Na terapię trafiła po tym, jak rozpadł się jej kolejny związek. Miesiąc temu poznała nowego faceta, zakochała się i uznała, że terapii już nie potrzebuje. Czuje się świetnie, na co dowodem jest nowa miłość.

reklama

Prawdopodobnie Magda ma rację – terapia będzie wpisana w jej życie, dopóki nie nauczy się, jak z niej skorzystać. Zmiana, o której mówi i która zachęciła ją do porzucenia grupy, jest pozorna i krótkotrwała. O sukcesie w terapii można mówić, gdy przestajemy jej potrzebować. Gdy rozpadnie się związek Magdy, gdy doświadczy straty, cierpienia, smutku albo nudy czy pustki, najpewniej znów skorzysta z jakiejś formy pracy nad sobą, poprawi sobie na jakiś czas nastrój i wróci do dawnego życia.

Przecież cały czas się rozwijam

Magda należy do coraz większego grona zmianoodpornych. Zmieniają otaczającą ich scenerię, ale nie zmieniają scenariusza. Mogą twierdzić, że poradzili sobie ze zdradą, że uwolnili się od negatywnych uczuć, a nawet wybaczyli, ale nie uświadamiają sobie, że tak bardzo boją się zranienia, że wybrali pracoholizm zamiast ryzyka zbudowania nowego związku. Inni pną się po szczeblach kariery, osiągają kolejne sukcesy, gwałcąc swoją potrzebę bliskości i odpoczynku. Nie rozumieją, że żyjąc w takim tempie, próbują zrealizować pomysł narzucony przez wymagającego, wiecznie niezadowolonego i sfrustrowanego ojca. Pomimo szeregu kursów i szkoleń nic nie zmienia się w ich wnętrzu. Mogą podróżować, zmieniać miejsca zamieszkania i partnerów, nadal tkwiąc w iluzji, że nowe oznacza inne. Nie rozumieją, że są zdeterminowani tym samym i niezmiennym skryptem.

Ucząc się nowych umiejętności, podejmując pracę nad sobą, ludzie kierują się różnymi motywami. Jak mówi Monika Jędrowska, psycholożka i certyfikowana psychoterapeutka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, poza marzeniami i celami do zdobycia najczęściej jest to jakaś forma cierpienia, jak poczucie osamotnienia, niezrozumienia siebie i innych, konflikty albo kłopoty w nawiązywaniu i pogłębianiu relacji z ludźmi. – Czasami jest to trudne do zdefiniowania poczucie napięcia albo pustki – wyjaśnia i dodaje, że najnowsze badania wyraźnie wskazują, że to, na ile skorzystamy z różnych form rozwoju osobistego, zależy tylko od nas.

Znaczy to tyle, że im więcej w nas „zasobów”, tym większe szanse na powodzenie. Pozornie wydaje się logiczne, że udział w kolejnych zajęciach zwiększa świadomość zasobów, pozwala je rozpoznać albo uaktywnić. Niestety, może się okazać, że współczesne, popkulturowe traktowanie rozwoju osobistego nie tyle nie przynosi efektów, co może być równie destrukcyjne jak uzależnienie od alkoholu. – Uczestnictwo w kolejnych warsztatach bywa formą rozładowania emocji. Mechanizm jest tu taki sam jak u nałogowców. Nieumiejętność rozpoznawania oraz regulowania emocji i nieprzyjemne napięcie zamieniane jest na potrzebę uczestniczenia w jakichś zajęciach – mówi Monika Jędrowska. Dodatkowo u takich osób rozwija się system zaprzeczania problemom („przecież cały czas się rozwijam”), i tak odtwarza się przymus pracy nad sobą, który nic nie wnosi.

– W mojej pracy terapeutycznej dostrzegam również kilka innych schematów, które powodują, że ludzie wielokrotnie zmieniają terapeutę. Jednym z nich jest potrzeba potwierdzania narcystycznej kompensacji, że jest się kimś wyjątkowym, szczególnym. Obecnie wszelkie formy pracy nad sobą mogą być traktowane jako dowód na uduchowienie, wrażliwość, większą świadomość. Tak naprawdę to tylko kolejna forma pogłębiania dystansu do samego siebie, a przede wszystkim nie leczy głębokiego bólu, samotności, z którą człowiek boi się spotkać. Popycha też do coraz to nowych aktywności, bo żadna nie jest tą, która przyniosłaby ukojenie – przyznaje Monika Jędrowska.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »