1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego boimy się samotności? Czy warto przed nią uciekać w pierwszy lepszy związek?

Dlaczego boimy się samotności? Czy warto przed nią uciekać w pierwszy lepszy związek?

Czego się boisz? Co się pojawia, kiedy jesteś sama? Dlaczego własne towarzystwo jest dla ciebie źródłem cierpienia? (Fot. iStock)
Czego się boisz? Co się pojawia, kiedy jesteś sama? Dlaczego własne towarzystwo jest dla ciebie źródłem cierpienia? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Lęk przed byciem samą często popycha nas do desperackiego poszukiwania partnera. Albo do trwania w kiepskich relacjach... Tymczasem oswojona samotność to przestrzeń, którą można wypełnić na swój sposób. Także związkiem, który nie będzie odruchową ucieczką od samotności.

Większość z nas boi się samotności, co zrozumiałe. Jesteśmy istotami społecznymi, mamy potrzeby przynależności, bezpieczeństwa, akceptacji, inni ludzie są nam niezbędni do życia. Lęk przed samotnością budzi motywację do tworzenia nowych więzi i pielęgnowania już istniejących. Badania wykazują, że chroniczna samotność wpływa destrukcyjnie na nasz organizm. Osłabia system odpornościowy, zwiększa wrażliwość na ból, prowadzi do depresji, u osób starszych zwiększa ryzyko przedwczesnej śmierci. Zatem samotność rozumiana jako brak bliskich relacji z innymi to stan, który niewątpliwie warto zmienić. Problem polega na tym, jak to zrobić.

Samotność w związku

Elwira, lat 39, ma za sobą wiele krótkotrwałych związków, z których żaden nie skończył się ślubem, choć ona była na to gotowa od pierwszej randki. Teraz znowu jej związek zbliża się do końca. – Czy ja naprawdę tak dużo oczekuję, czy ciągle trafiam na jakichś popaprańców? – wybucha. – Chodzi mi tylko o to, żeby założyć rodzinę, to chyba normalne, prawda? Mam 39 lat, niedługo będzie za późno na dziecko, a Tomek zachowuje się tak, jakby mu było wszystko jedno! Nadal nie przeniósł się do Warszawy, widujemy się dwa, trzy razy w miesiącu, nie oświadczył się, choć wie, że mi na tym zależy. Niby próbujemy zrobić dziecko, ale w tych warunkach to pewnie nigdy się nie uda!

Dlaczego właśnie Elwira przyszła mi do głowy, gdy piszę o samotności? Przecież ona nigdy nie była sama. Gdy kończy jeden związek, natychmiast znajduje nowego chłopaka. A jednak w gruncie rzeczy jest samotna. Nie ma przyjaciółek, nie wchodzi w bliskie relacje z kobietami, bo uważa, że nie można im ufać. Nie zależy jej na przyjaźni, tylko na ślubie. Elwira ma jeden scenariusz na życie i jak najszybciej chce go zrealizować. Nie traci czasu na poznawanie nowego partnera i budowanie związku, od początku znajomości wie, czego chce, mężczyzna ma tylko spełnić jej oczekiwania. Ale nie spełnia.

– Powiedziałam mu, żeby poszedł do psychologa, a on twierdzi, że nie jest mu to potrzebne – opowiada. – A może jest coś, nad czym ty chciałabyś popracować? – pytam, bo w końcu na tym polega moja rola. – Nad tym, jak to zrobić, żeby zaczęło mu bardziej zależeć! Już podczas pierwszej wspólnej nocy zapytałam go, czy jest gotów się przeprowadzić, bo ja mam świetną pracę i mieszkanie, więc się nie ruszę. Odpowiedział, że tak. Minął rok, a on nie znalazł pracy w Warszawie i wcale nie wiem, czy naprawdę szuka! Nawet nie chce ze mną wyjechać na wakacje, bo tam, gdzie ja chcę jechać, to dla niego za drogo! Chciałam, żeby przyjeżdżał w każdy weekend, ale szkoda mu czasu i pieniędzy, choć na początku przyjeżdżał. Już dawno bym z nim zerwała, ale tak strasznie boję się samotności. – Przecież w tym związku też jesteś samotna – wolę się upewnić, czy dobrze zrozumiałam. – No tak, przez niego! Gdyby umiał podjąć decyzję, miałabym już rodzinę! – A gdyby jego nie było, to przez kogo byłabyś samotna?

Życie bez mężczyzny

Elwira długo się broni przed poszukaniem problemu w sobie. W końcu jednak zaczyna dostrzegać, że nie nawiązuje bliskich relacji nawet z mężczyznami, z którymi jest w związku. Próbuje ich nakłonić do czegoś, na co oni nie mają ochoty, ale ona nie chce tego widzieć. W dzieciństwie czuła się bardzo samotna, mama faworyzowała młodszą siostrę, do Elwiry miała ciągle pretensje, ojciec też odnosił się do niej krytycznie. Elwira miała nadwagę, więc czuła się gorsza od rówieśników. Często była obiektem ich żartów, nie chcieli się z nią bawić, nikt nie wybierał jej do swojej drużyny w grach zespołowych. Potem wyrosła na atrakcyjną kobietę, świetnie funkcjonuje zawodowo, ale lęk przed odrzuceniem i niskie poczucie wartości pozostały. Nie chce konfrontować się z tymi uczuciami i może właśnie to uniemożliwia jej tworzenie bliskich relacji. Chodzi jej jedynie o wyjście za mąż, które ma być dowodem, że wszystko jest z nią w porządku, bo bez mężczyzny czuje się bezwartościowa. – Boję się, że będę sama do końca życia i skończę jak postać z dramatu „Koncert życzeń” Yany Ross – wyznaje z płaczem.

Widziałam ten spektakl, w którym bohaterka nie mówi ani słowa, bo nie ma do kogo. Jest kompletnie samotna. Prowadzi zdrowe życie, wszystko ma pod kontrolą, dobrze zorganizowane i tylko nie wiadomo, po co się krząta, trudno znaleźć sens takiego życia. I w końcu z niego rezygnuje, przytłoczona samotnością, z której nie szuka wyjścia.

„Gdy nachodzi cię ból samotności, stań z nią twarzą w twarz, przyjrzyj jej się, nie próbuj uciekać. Jeżeli uciekniesz, nigdy jej nie zrozumiesz i zawsze będzie czyhała na ciebie za rogiem” – te słowa Jiddu Krisznamurtiego już kiedyś przytaczałam, bo wierzę w ich słuszność. Warto zapytać siebie, przed czym uciekamy. Czego się boisz? Co się pojawia, kiedy jesteś sama? Dlaczego własne towarzystwo jest dla ciebie źródłem cierpienia? Tylko spotkanie z demonami stwarza szansę na uwolnienie się od nich, nie ucieczka.

Oswoić samotność

Od samotności uciekamy niemal odruchowo. Gdy ją poczujemy, sięgamy po telefon, wchodzimy na Facebooka, włączamy ulubiony serial, zaczynamy robić coś, by ją zagłuszyć – każdy z nas ma swoje sposoby, by uciec od siebie. Nie chcemy być sam na sam ze swoimi uczuciami. Ale problem powraca i znów musimy uciekać.

Karolina, lat 29, pracuje nad doktoratem, prowadzi zajęcia ze studentami i mieszka z rodzicami, którzy są źródłem jej cierpienia. – Jestem na ich utrzymaniu, ale to normalne, kiedy się pisze doktorat, na uczelni zarabiam za mało. A oni traktują mnie, jakbym była nieudacznikiem, a nie ich powodem do dumy! Za to są dumni z mojej siostry, tylko dlatego, że wyszła już za mąż, jakby to była jakaś zasługa. Ja nie tracę czasu na zajmowanie się facetami, tylko ciężko pracuję. Rodzice mnie lekceważą, ale ja im pokażę, kiedyś będą musieli mnie docenić! Wszystkich ich przerosłam, im się nawet nie śniło o doktoracie, moja siostra też woli pieluchy niż karierę!

Karolina nie ma chłopaka i nigdy nie miała, ma kilka koleżanek, żadnej przyjaciółki. Twierdzi, że nie chce tego zmieniać, bo to by ją odciągało od pracy naukowej, która jest dla niej najważniejsza. Karolina nie ucieka od samotności, lecz się w niej pławi. Wypracowała świetne mechanizmy obronne, by czuć się lepszą od innych i nie mieć kontaktu ze swoimi uczuciami. A jednak szuka pomocy, od miesięcy przychodzi na spotkania.

– Co jest pani potrzebne, pani Karolino, skoro wszystko jest dobrze, tylko rodzice niezbyt udani? Tego pewnie nie zdołamy zmienić. – No chyba nie jest dobrze, jak pani myśli? Chyba coś jest ze mną nie tak? – z jej pytania przebija niepewność. – Co panią niepokoi najbardziej?

– Mama twierdzi, że bez nich sobie nie poradzę, a oprócz rodziców nie mam nikogo na świecie – Karolina wybucha płaczem. W końcu nawiązuje kontakt ze swoimi uczuciami. Ze sobą. Bez tego trudno tworzyć relacje z innymi.

Uciekamy od samotności lub uciekamy w nią z lęku przed światem, ale żadna z tych opcji nam nie służy. Samotność warto oswoić właśnie po to, by móc budować dobre związki z innymi.

Wyszła po polsku książka Julii Cameron, autorki światowego bestsellera „Droga artysty”. Już sam tytuł brzmi optymistycznie: „Nigdy nie jest za późno na nowy początek”. Książka adresowana jest do osób na emeryturze, ale i wcześniej warto z niej skorzystać. Cameron pokazuje, jak wiele można zdziałać w samotności. Proponuje konkretne rytuały, które pozwalają na nawiązanie kontaktu z samą sobą, wyrażenie własnych uczuć, budzenie kreatywności, poznanie i spełnienie własnych pragnień. Nie po to, by zapchać samotność, ale by żyć pełnią życia. Kiedy jesteśmy w kontakcie ze sobą, łatwiej nam nawiązać kontakt z innymi i czuć się częścią świata.

Gdy przestajemy uciekać przed samotnością, staje się ona mniej przerażająca. Powstaje przestrzeń, którą możemy wypełnić tak, jak chcemy. Możemy odkryć, na co mamy ochotę, czego pragniemy. Budzić swoje zainteresowania. Dbać o stare relacje i nawiązywać nowe.

W naszej kulturze związek wydaje się najlepszą, a może wręcz jedyną drogą ucieczki przed samotnością. Szukamy partnera, który ma być naszą „drugą połową”, bez niego czujemy się niepełne i samotne. Liczymy na to, że partner wypełni nasze emocjonalne dziury. A gdy już jesteśmy w związku, boimy się rozstania, trwamy w nim, nawet jeśli jest toksyczny.

Lęk przed samotnością odbiera nam wolność wyboru. Warto się z nim uporać, żeby nie być „skazaną na związek”, by umieć żyć i rozwijać się bez niego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Związek w wibracji 9 – samotność we dwoje

Dziewiątka zmusza partnerów do wyjścia ze strefy komfortu. Związek jest nie tylko dla nich. Ma służyć światu i wyższym celom (fot. iStock)
Dziewiątka zmusza partnerów do wyjścia ze strefy komfortu. Związek jest nie tylko dla nich. Ma służyć światu i wyższym celom (fot. iStock)
Para, której przyszło żyć w numerologicznej wibracji 9, zmierzy się z poważnymi wyzwaniami. Pojawić się może silna tendencja do odgradzania się od siebie murem milczenia i obojętności. Rozwiązaniem jest połączenie swoich sił dla pracy dla świata.

Dziewiątka zobowiązuje. Kończy cykl numerologiczny i jej zadaniem jest przejawianie pełni. Tu już nie ma miejsca na sprawy indywidualne tylko ogólnoludzkie. Jeśli dobro, to wspólne. Jeśli praca, to dla wyższych ideałów. Jeśli miłość, to bezwarunkowa. Jak to wszystko zrealizować w warunkach, gdy spotyka się dwoje ludzi nie tylko z uczuciami wobec siebie, ale również ze swoimi słabościami, lękami, oczekiwaniami? Trudne.

Początek tego związku może jednak przebiegać cudownie. Zakochani mogą mieć silne poczucie, że są dwiema połówkami jabłka, które wreszcie się odnalazły i mogą wieść sielskie życie. Szybko jednak okazuje się, że nie jest wcale tak różowo. Tak, razem tworzą całość, ale zeszli się również po to, żeby służyć światu.

Wibracja dziewiątki niesie ze sobą przesłanie służby, poświęcenia się sprawom wyższym. Jeśli taka para wspólnie zaangażuje się w działalność dla dobra ogólnego czy po prostu dla drugiego człowieka, ma szansę odnieść sukces i cieszyć się satysfakcją. Zwykle jednak wymogi przyziemnego życia przeszkadzają w realizacji tego typu celów. Pojawia się problem, jak pogodzić wzniosłe marzenia z codziennością. Dobrze, jeśli kobieta i mężczyzna, którzy tworzą związek 9, często ze sobą rozmawiają o tym, jak się zrealizować na wyższym poziomie. Dzięki temu mogą lepiej zrozumieć siebie i swoje miejsce w świecie. Odkryć swoje wspólne powołanie i wspierać w jego realizacji.

Życie uczuciowe, które toczy się pod znakiem 9, pełne jest zakrętów. Potrzebna jest duża pewność co do swoich uczuć. A także umiejętność pełnej akceptacji partnera bez prób zmieniania go na swoją modłę. Poprzeczka ustawiona została wysoko – chodzi o miłość bezwarunkową. Bez duchowego podejścia do miłości w relacji robi się nerwowo i labilnie. Górę biorą chaotyczne emocje. Lawiny wyznań przeplatają się z nerwowym wylewaniem żali, co tworzy nieprzyjemne konflikty.

Trudności tej numerologicznej wibracji mogą doprowadzić do „życia razem, ale osobno”, kiedy każda ze stron zajęta jest swoimi sprawami, przede wszystkim pracą. Brak wówczas sfery „my”, bliskości i ciepła. Takie pary mogą formalnie tworzyć związek czy rodzinę, jednak tak naprawdę nie są ze sobą. Brakuje wówczas porozumienia, wspólnych pasji a nawet zwykłego zainteresowania sobą nawzajem. We wspólne życie wkrada się samotność. Jednocześnie bardzo trudno im się rozstać, bo gdzieś wewnątrz czują, że są dla siebie stworzeni. I są razem dla ważnego celu.

  1. Psychologia

Razem, ale osobno - o samotności w związku

Samotność w związku może brać się z tego, że sama nie jesteś w bliskiej relacji ze sobą, że tak naprawdę potrzebujesz zająć się sobą. (Fot. iStock)
Samotność w związku może brać się z tego, że sama nie jesteś w bliskiej relacji ze sobą, że tak naprawdę potrzebujesz zająć się sobą. (Fot. iStock)
Jesteś z kimś, a czujesz się sama. Co to za zjawisko? Z drugim człowiekiem spotykamy się na różnych poziomach. Jednocześnie też jesteśmy w relacji sami ze sobą. I od tego uzależnione jest nasze odczuwanie samotności w związku. Za nią może stać dużo różnych potrzeb, różnych konfliktów.

Odczuwasz, że czegoś ci brak i do końca nie wiesz czego. Może być tak, że właściwie nie jest ci w tym związku jakoś bardzo źle, ale nie macie o czym rozmawiać, nie czujesz wsparcia, często zainteresowania. A jak się spotykacie, nie ma w was radości, energii. Jest za to smutek, osowiałość, trochę przygnębienia. Niskie fale. Ale także lęk, że jest się samym - to zagrażające, przytłaczające. Zastanawiasz się, dlaczego to się przydarzyło. Może chodzić o to, że pragniesz bliskości w związku, widocznie nie doświadczasz jej w takim stopniu, w jakim byś chciała. Chodzi ci o to, żeby druga strona bardziej się mną zajęła? Jeśli tak, warto zadać sobie pytanie, czy my we dwójkę jesteśmy sobą zainteresowani. Zauważasz, że partner jest odrębnym od ciebie człowiekiem? A na ile postrzegasz go tylko w ramach jakichś wyobrażeń, przyzwyczajeń, wygody? Czy zauważasz jego potrzeby, czy jesteś nim najszczerzej zainteresowana? Zanim skierujesz żale i pretensje pod adresem partnera, najpierw sobie zadaj te pytania. Jeśli chcesz, żeby on był tobą bardziej zainteresowany, warto wiedzieć, o jakie konkretnie zainteresowanie ci chodzi. Co byś chciała, żeby się wydarzyło między wami? O jaki rodzaj bycia razem ci chodzi? Może o zapomnianą fascynację?

Czy mam własną przestrzeń w życiu?

Samotność w związku może brać się z tego, że sama nie jesteś w bliskiej relacji ze sobą, że tak naprawdę potrzebujesz zająć się sobą. Warto więc zapytać się: czy ja jestem sobą zainteresowana? To się często zdarza w sytuacji, kiedy partner rzeczywiście jest sobą zajęty, ma swoje pasje, realizuje się poza związkiem. Twój zarzut jest wtedy taki: ty masz swoje sprawy, a mną się nie interesujesz. A czy przypadkiem nie przydałoby ci się zająć sobą w takim zdrowym egoistycznym znaczeniu tego słowa. Zastanowić się: co ja lubię robić? Bo może trochę zazdrościsz, że on ma swoje pasje? Może w nim lokujesz odpowiedzialność za to, że jesteś taka niezrealizowana i taka samotna. Czasami malutka samotność, taka na mikro skalę, dotyka nas, kiedy będąc z kimś, nie mamy kontaktu ze sobą. Nie możemy się sobą zająć z powodów różnych wewnętrznych przekonań, przyzwyczajeń, ograniczeń. Mieć zainteresowania to też odpowiedzialność, bo to ja wybieram swoją drogę. W tym przypadku rozwiązaniem może okazać się po prostu zajęcie się sobą. Chodzi o coś takiego jak własna przestrzeń. O banalne rzeczy - poranne picie kawy i patrzenie się w okno. Święte pół godziny dla siebie. Przestrzeń, w której naprawdę rozpoznasz siebie, bez relacji z tą drugą osobą. Zadbanie o to, żeby mieć własne miejsce, sprawia, że odnajdujesz „swój dom”. I ta samotność powoli się rozpuszcza.

Dajcie mi spokój, piję kawę!

Poczucie samotności w związku może być punktem zwrotnym, momentem kiedy uświadamiamy sobie, że trzeba coś zmienić. Jeżeli jesteśmy w stanie szczerze przyjrzeć się tej sferze, to natrafimy, o co tak naprawdę chodzi. Czy chodzi o to, żeby być bliżej tej relacji, czy może o to, żebym stała się bardziej introwertyczna, skupiona na sobie. Jaka niezrealizowana potrzeba za tym poczuciem stoi? Czy potrzebuję się powkurzać, domagać się czegoś otwarcie lub o coś poprosić, czy też powiedzieć: dajcie mi spokój, ja teraz piję kawę. Albo: wychodzę na spotkanie z koleżankami. Osobista przestrzeń, taka którą mamy poza relacją, jest każdemu potrzebna. Nie lękajmy się jej. Najpierw muszę coś dać sobie, żeby świadomie móc wnosić siebie do związku. Tyle i tyle jest moje i tylko moje, a tyle i tyle daję. Samotność jest chyba wpisana w życie każdego z nas. Ta w związku też. To objaw, że coś ważnego się nie wydarza, że czegoś brak. Owszem, to jest smutne, trudne, może nawet trzeba będzie się rozstać. Ale z drugiej strony samotność się pojawia, bo dotyka potrzeby zadbania o siebie. Gdy doskwiera, to znak że trzeba coś zrobić. Dlatego zadawajmy sobie ważne pytania na swój temat!

Potrzebuję ciebie, kochanie...

Czasami bywa też tak, że każda ze stron w związku ma swoje pasje i swoją przestrzeń. W ciągu dnia każdy żyje w swoim świecie, a wieczorem siadają obok siebie i nie mają o czym rozmawiać. I ktoś czuje się samotny. Wówczas coś złego dzieje się poziomie komunikacyjnym relacji. W takiej sytuacji warto zadać sobie takie pytania: czy chcę się z nim dzielić tym, co wydarzyło się w ciągu dnia? Czy chcę, żeby on naprawdę mnie słuchał? - i samej zacząć robić to, czego w tej chwili między nami brakuje lub o to poprosić. Czasami kłopotem w związku jest powiedzenie czegoś takiego jak: Bardzo potrzebuję, żebyś był tutaj dla mnie i słuchał, co ja gadam. Potrzebuję, żebyś po prostu był. Potrzebuję wsparcia. Niekiedy trudno nam przyznać się do pewnej zależności. Jest w nas ta potrzeba, tylko że my nie potrafimy zrobić na nią miejsca, bo stawia nas ona w pozycji kogoś słabszego. Bo najczęściej to siła jest premiowana. Do słabości w relacji trudniej się przyznać z obawy, że się zostanie porzuconym, odrzuconym. Mamy takie przekonanie, że jeżeli kogoś potrzebuję, to znaczy że z moją siłą jest coś nie tak. Może tu chodzić też o jakieś indywidualne uwarunkowania. Może kiedyś poczułaś się odrzucona lub byłaś w sytuacji, kiedy potrzebowałaś pomocy, a otrzymałaś wyraźne „nie” od znaczącej osoby. I stąd wynika: „ja nie potrzebuję, sama dam sobie radę”. Czasem uważamy, że o niektórych rzeczach nie należy ze sobą rozmawiać. Nie możesz wyrazić jakiejś swojej krytyki lub pewnych oczekiwań? Na początku są to małe szczelinki, które potem rozrastają się w wielkie rozziewy między ludźmi. I rzeczywiście jesteśmy daleko od siebie. Warto sobie uzmysłowić, czego nie mówisz i co byś chciała powiedzieć. Może jest w tobie złość, a chodzisz smutna i przygnębiona? Na co sobie nie pozwalasz w tej relacji i dlaczego? A może jednak zrobisz to? Chociaż trochę, chociaż na próbę.

Czy to już koniec? 

Psychologia zorientowana na proces, której twórcą jest Arnold Mindell, mówi o micie relacji, czyli o jego ukrytym sensie. Po co ta relacja jest? Po co my dwoje zeszliśmy się ze sobą i co poprzez nasz duet będzie się chciało wydarzyć? Mit relacji można rozpoznać w znaczących wydarzeniach z czasu, kiedy związek się zaczynał, kształtował. Chodzi tu o jakieś niezwykłe przypadki, niespotykane zdarzenia, które potem pamiętamy. Warto do nich wracać. Mit organizuje związek. Jeżeli go zaniedbamy, tracimy kontakt z siłami, które nasz związek stwarzają i relacja się rozpada. Czasami jest tak, że mit się dośni do końca, wypełni. Osiągnęliśmy to, do czego relacja była przeznaczona, no i wtedy koniec - pora się rozstać.

  1. Psychologia

Zamiast zastanawiać się, dlaczego jesteś sama, pomyśl, jak wiele masz z tego korzyści

Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
- Takie „chwile bez związku”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie. To taki egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację - mówi psychoterapeutka Maria Rotkiel.

Wiele kobiet zadaje sobie pytanie: „Dlaczego jestem sama?”. Czy możemy im dać na nie prostą odpowiedź?
To faktycznie nie jest łatwe. Bo żeby ją znaleźć, trzeba się sobie dobrze przyjrzeć. Zrobić bilans zysków i strat związanych z dotychczasowymi ważnymi relacjami z mężczyznami. Zysków, czyli naszych doświadczeń, refleksji, tego, czego się nauczyłyśmy. Strat, czyli tego, czego jeszcze nie przerobiłyśmy. Oczywiście, można nawet z trudnych relacji wyjść zwycięsko, czyli zbudowaną, mądrzejszą, czasem może trochę ostrożniejszą, ale niebojącą się uczucia. Zwykle jednak kurz opada, a my zostajemy pokiereszowane, pełne trudnych emocji, i nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak wiele jeszcze w tej kwestii musimy ze sobą przegadać. Aby wejść w kolejny związek i zbudować dobrą relację, najpierw trzeba siebie poznać, zrozumieć i pokochać. Ten proces to ogromne wyzwanie!

Boimy się być same, boimy się samotności.
Nie lubię określenia „być samą”, bo tak naprawdę my nigdy nie jesteśmy same. Po pierwsze, mamy siebie, i jak się sobą opiekujemy i siebie kochamy, to zawsze będziemy mogły na siebie liczyć. Po drugie, zawsze mamy wokół ludzi, czasami na własne życzenie czy z powodu jakichś życiowych trudności trochę się od nich izolujemy, ale zawsze jest obok ktoś, kto nas wspiera. To może być siostra, przyjaciółka, mama, nawet sąsiadka. Nigdy nie jesteśmy więc same, ale bywamy bez partnera, nie w związku. Czasami świadomie podejmujemy decyzję, by w tym momencie skoncentrować się na sobie, odpocząć. Takie „chwile”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie, na podróżach. To taki trochę egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację. Między innymi dlatego, że będziemy miały możliwości przemyślenia tego, co spotkało nas w poprzednich związkach, a to bardzo często jest kotwicą trzymającą nas w marazmie, frustracji.

Te zaś skłaniają nas do tworzenia uogólnień na zasadzie: „Wszyscy mężczyźni to dzieci” czy „Wszyscy mężczyźni to egoiści”. A to nieprawda.

Albo: „Wszyscy mężczyźni w Polsce są do chrzanu”.
Nieprawda. Chociaż osobiście uważam i nie boję się tego powiedzieć, że w Polsce jest więcej fajnych kobiet. Mówiąc „fajnych”, mam na myśli: poukładanych, otwartych na innych, lubiących siebie i godzących swoje potrzeby z potrzebami innych. Co nie znaczy, że nie ma fajnych facetów…

…ale jakoś na żadnego z nich nie możemy trafić.
Myślę, że są dwa rodzaje motywacji do tego, żeby być bez partnera. Pozytywne („Potrzebuję czasu dla siebie”, „Chcę się poukładać sama ze sobą”, „Na ten moment nie ma w pobliżu nikogo, kto by mnie interesował”) i negatywne, czyli wszystkie te, które wynikają z lęków i niepokojów, które prowadzą do błędów poznawczych, czyli wspomnianych generalizacji, w skrócie polegających na konstrukcji: „Wszyscy faceci są jacyś”. To mogą być błędy poznawcze w stosunku do samych mężczyzn, w stosunku do życia (np. „Nie ma prawdziwej miłości”) i w stosunku do siebie (np. „Nie zasługuję na miłość”).

W nurcie psychoterapeutycznym, w którym pracuję, mówimy o tzw. dysfunkcyjnych założeniach. To reguły i zasady, które rządzą naszym życiem, często głęboko zakorzenione. Na przykład: „Muszę być idealna, żeby zasłużyć na miłość”. Dlaczego taka kobieta jest sama? Bo dąży do niedoścignionego ideału, to może być jej wygląd, to może być to, że jest „do rany przyłóż”, ale tak naprawdę spełnia potrzeby innych, a nie swoje.

Po czym poznać, które są te dysfunkcyjne?
To założenia, które zamykają nas na świat, wynikają z lęku i niepokoju. Bo ustawiają nas w kontrze: albo biernej, albo agresywnej. Wtedy postrzegamy w mężczyznach lub w nas samych wrogów i walczymy, czyli jesteśmy agresywne. Albo nic nam się nie chce, nie wierzymy, że coś dobrego nas jeszcze spotka, czyli stajemy się bierne.

Słyszałam dziewczyny, które mówią: „Ja chyba nie potrafię kochać”.
Moim zdaniem potrzeba dostawania i dawania miłości jest silniejsza nawet niż instynkt życia. Człowiek jest istotą stadną. Nawet jeśli jesteśmy introwertyczne czy nieśmiałe, to jednak łakniemy obecności innych ludzi. Natomiast możemy doświadczyć we wczesnym dzieciństwie – i mówię już o okresie okołoporodowym – traum, czyli trudnych doświadczeń. Nieobecności – psychicznej czy fizycznej – matki, ale też agresji, przemocy. Te doświadczenia składają się na naszą umiejętność budowania relacji. Składa się na nią nasza gotowość na miłość, samoświadomość, także odwaga, bo każdy związek jest ryzykiem. Czasem pytam moje klientki: „Czy chciałabyś, aby nigdy nikt cię nie skrzywdził i nie zdradził?”. „Tak” – słyszę w odpowiedzi. „A czy jest na to jakiś sposób?” – pytam. – „Bo jedyny, jaki przychodzi mi do głowy, to nigdy się nie zakochać”. „Ale ja chcę kochać” – mówią. I dopiero od tego momentu możemy zacząć pracować, uczyć się dojrzale kochać.

Tego można się nauczyć?
Tak, powiedziałabym nawet, że trzeba. Większość z nas wchodzi w dorosłość trochę niedokochana. Jeśli rodzice byli nieprzewidywalni, oziębli emocjonalnie albo zbyt przytłoczeni swoimi kłopotami – mogli zbudować w nas pewnego rodzaju ambiwalencję, która polega z jednej strony na dążeniu do bliskości, z drugiej na ucieczce przed nią, wynikającej z lęku, że zostaniemy zranieni. Ale można też mieć wspaniałe dzieciństwo (albo tak je postrzegać, ale to już inna sprawa), a mimo to w późniejszym życiu być mocno zranioną na przykład w pierwszej ważnej relacji z mężczyzną. Dobre dzieciństwo jest warunkiem koniecznym, by budować dobre relacje, ale niewystarczającym.

Chcemy być kochani, więc szukamy miłości, ale czasem robimy to zbyt kompulsywnie. Może problematyczne jest samo „szukanie”?
Ja nie obawiam się tego słowa. Gdybym została singielką, co mam nadzieję się nie stanie, bo mój partner jest ojcem mojego dziecka i bardzo go kocham, ale gdybym znów była bez partnera, to szukałabym nowego. Cóż złego powiedzieć znajomym: „Jak znacie kogoś fajnego, to dajcie znać” albo spytać koleżanki: „Słuchaj, kim jest ten przystojny facet z twojej pracy?”. To postawa aktywna: wychodzę do ludzi, rozglądam się, może nawet zapisuję na portal randkowy. Korzystam z okazji, ale też potrafię je stworzyć. Bo kiedy jest nam źle, robimy się bierne. Oczywiście, w siedzeniu w domu z dobrą książką i herbatą nie ma nic złego, chodzi o to, żeby to nie było rodzajem ucieczki i poddania się. Dlatego zachęcam: zaproś znajomych, wyjdź do kina, zapisz się na nowe zajęcia. Jeśli jedną z myśli, która tobą kieruje, będzie: „A może tam kogoś poznam?”, nie ma w tym nic złego. Ale JEDNĄ z myśli, bo dotknęłaś tu ważnej kwestii – kompulsywności w nastawieniu na cel, jakim jest znalezienie partnera, i zapominaniu o całej reszcie. Kiedy za wszelką cenę chcę mieć faceta, to pojawia się ogromne ryzyko, że złapię się na wydmuszkę, czyli trafię nie na królewicza, a na rozbójnika. Zdaje się, że to Jung kiedyś powiedział: „Zakochanie to rzutowanie własnych fantazji na przypadkową ofiarę”. Czyli mam wyobrażenie, że mężczyzna powinien być taki a taki i nakładam je na pierwszego mężczyznę, który mi się spodoba. I on staje się ofiarą moich oczekiwań i żądań. Bo potem przyjdzie otrzeźwienie, okaże się, że on nie jest taki, jaki miał być. A on jest taki, jaki był. Tylko ja tego nie widziałam. Można zakochać się mądrze, na trzeźwo.

W książce „Nas dwoje” radzisz, by prowadzić dzienniczek znajomości.
Bo my mamy często bardzo trafne spostrzeżenia, tylko one nam umykają, ponieważ nie wchodzimy z nimi w wewnętrzny monolog. Zrzucamy to na karb intuicji, która tak naprawdę jest poszerzoną percepcją. Czyli ktoś nam mówi: „Nigdy nie poznałem tak pięknej kobiety”, a my czujemy w tym jakiś fałsz. To nie magia czy szósty zmysł, my po prostu widzimy kątem oka, że zaraz potem sprawdza godzinę na komórce czy patrzy się takim samym wzrokiem na naszą koleżankę. Poszerzona percepcja to umiejętność dostrzegania i analizowania ważnych sygnałów, które wiele mówią o drugiej osobie i sytuacji.

A jak długo dawać szansę komuś, kto jest miły, ale jakoś nie ma iskry?
No wiesz, ja też jestem miła, ale to nie znaczy, że mamy zacząć chodzić na randki (śmiech). Trzeba siebie spytać, czego chcemy. Chodzenie na randki z miłymi mężczyznami jest bardzo… miłe. Czemu nie. Ale jeśli chcę budować głębszą relację, a czuję, że akurat tego mężczyzny nie chcę bliżej poznać…?

Nawet czysto fizycznie…
Związek to relacja dwojga przyjaciół i zarazem kochanków – sfera erotyczna, seksualna jest istotna. Może się okazać, że poznałam bardzo fajnego faceta, który będzie moim dobrym kolegą, może nawet przyjacielem, ale czy zaraz partnerem? Bo jeśli jego zapach mi nie odpowiada czy nie mam chęci, by go dotknąć, choćby musnąć w przelocie rękę… to chyba nic z tego nie będzie. Czasem to rodzi się w miarę pogłębiania znajomości i tutaj zachęcałabym, by dawać tę szansę, o którą pytasz. Na początku możemy być spięci, speszeni… Ale jeśli po trzeciej randce wkurza mnie, jak on siorbie i naprawdę mnie to irytuje (śmiech), to proponowałabym się nad tym zastanowić. Nawet jeśli to głupotka, ale skoro ją dostrzegam, może oznaczać, że nie ma właśnie tej pożądanej chemii. Fizyczna przyjemność, jaką odczuwamy w obecności drugiej osoby, jest konieczna, choć niewystarczająca. Ale myślę, że większość czytelniczek może mieć całkiem odwrotny problem. Stawiamy na fizyczność, a potem się okazuje, że nie mamy żadnych wspólnych tematów.

A co, kiedy wszystko gra, ale on nie chce się wiązać?
Z reguły w takiej sytuacji kobiety zadają sobie pytanie: „Co ze mną nie tak?”. A przecież ten człowiek jest z jakiegoś domu, ma na swoim koncie jakieś doświadczenia, bagaż życiowy i może problem tkwi po jego stronie. Może boi się bliskości, może został bardzo zraniony i ma swoje dysfunkcyjne założenie. Relacja to dwie osoby. Nie szukajmy od razu problemu w sobie, ale też nie skreślajmy od razu znajomości i nie reagujmy agresywnie, przypisując komuś złe intencje. Pamiętajmy, że nie mamy zdolności telepatycznych – nie przewidujmy, nie zgadujmy – zapytajmy! „Słuchaj, chciałabym cię bliżej poznać, ale odnoszę wrażenie, że ty się dystansujesz”. Bardzo ważne jest powiedzenie tego, co czujemy, a nie tego, czego się domyślamy. Jeśli mężczyzna jest świadomy swoich przeżyć, emocji, motywacji, może odpowiedzieć wprost: „Tak, masz rację, rozstałem się niedawno z żoną, mam jeszcze obawy przed wchodzeniem w związki”. Mężczyzna, który potrafi tak powiedzieć – skarb (śmiech). Z reguły to kobiety mają większą łatwość werbalizowania swoich emocji. Dlatego też on może powiedzieć coś nie wprost, ale my możemy to nazwać, zadając kolejne pytanie: „Czy z tego, co powiedziałeś, mogę wywnioskować, że boisz się bliskości?”. Pytajmy, nie stwierdzajmy i nie oceniajmy. Zamiast: „boisz się”, mówmy: „boisz się?”.

A może po prostu on nie jest nami zainteresowany?
Ja myślę, że mężczyźni nie mają problemu, by dać do zrozumienia kobiecie, że nie są zainteresowani. To my, kobiety, mamy problem z zachowaniami wprost, asertywnymi, czytelnymi. Dlatego warto nad sobą popracować, zanim wejdziemy w kolejny związek. Uczmy się asertywności od mężczyzn, ale przede wszystkim uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie!

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek. 

  1. Psychologia

Samotność - ucieczka od czegoś i do czegoś. Czy życie samotnika jest naprawdę dobre?

Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem. (Fot. Getty Images)
Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem. (Fot. Getty Images)
Ludzie dojrzali godzą się na pewną dozę samotności po to, żeby dokonywać wewnątrz niej odpowiedzialnych rozstrzygnięć. Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być cierpieniem – mówi psychoterapeuta, profesor Bogdan de Barbaro.   

Mówi się, że samotność to choroba naszych czasów. Jest aż tak źle?
O rzetelne uogólnienie można byłoby się pokusić wtedy, gdyby się żyło w różnych czasach. W tym sensie nadaję się do rozmowy na ten temat, bo żyłem w różnych epokach, doświadczyłem moderny i postmoderny. Może to powierzchowna diagnoza, ale za tak zwanej komuny więzy międzyludzkie były silniejsze, ludzie odwiedzali się bez zapowiedzi, pomagali sobie. Teraz są mniej otwarci, a więzi międzyludzkie słabną. Taką cezurą zmiany wydaje się rok 1989. W tym okresie zbiegły się różne rewolucje: polityczna, społeczna, technologiczna, obyczajowa. Zachłysnęliśmy się wtedy wolnością, technologiami…

…i skupiliśmy na walce o różne dobra, zaniedbując relacje.
Patrząc na współczesność z perspektywy socjologicznej czy kulturowej, można powiedzieć, że niewątpliwie żyjemy w czasach konsumpcjonizmu, hedonizmu. Wartość szybko egzekwowanej przyjemności jest znacznie większa niż niegdyś. Możliwe, że w czasach ponowoczesnych trudniej jest odróżnić wolność od swawoli, że zatarła się różnica między tymi pojęciami. Tymczasem prawdziwa wolność jest sprzężona z odpowiedzialnością, a swawola, choć przecież rdzeń słowotwórczy w tych pojęciach jest podobny, to wolność bez odpowiedzialności. Do tego dochodzi wzmacnianie podziałów na MY i ONI. Ten podział istniał od dawna, ale w komunizmie więcej ludzi konsolidowało się wokół MY, tego głębszego, ufundowanego na wartościach.

Samotność to cierpienie spowodowane poczuciem, że nie jestem w żadnym MY?
Można tak powiedzieć. Przy czym krąg MY może mieć różny promień: może być diadą, na przykład dwojgiem partnerów, może być rodziną, a nawet, jak to przywołał w amerykańskim Kongresie Lech Wałęsa, narodem.

Może być też MY facebookowym.  
MY facebookowe jest zapośredniczone przez technologię. Widziałem fotografię przedstawiającą grupę nastolatków w muzeum na tle obrazu Rembrandta. Przyszli oglądać dzieła mistrzów, a siedzą i esemesują, każdy zapatrzony w swoją komórkę. Wydawałoby się, że przeżywają MY podwójnie: w grupie, w której przyszli do muzeum, i z osobami, z którymi esemesują. Ale to MY może być wtedy spłaszczone, powierzchowne. Bo trudno jest zastąpić bezpośredni, żywy kontakt, jaki na przykład mam teraz z panią, kiedy rozmawiamy, patrzymy na siebie, wypowiedziana przez panią myśl dociera do mnie, rodzi jakąś moją myśl, którą się z panią dzielę. Natomiast kultura obrazkowa rozcieńcza to Buberowskie JA – TY. Ale nie chciałbym narzekać na dzisiejsze czasy. Nie chcę też, żeby powstało wrażenie, że MY ma wyprzeć JA. Chociaż MY, czyli ja-w-relacji, trzyma się mocno. Konstrukcjoniści społeczni, na przykład Kenneth Gergen, wyrazili kiedyś takie przekonanie: nawet jeżeli zaginie JA, to zostanie JA relacyjne. Teza, że JA istnieje tylko w relacji, wydaje mi się ciekawa. To oznacza, że tylu mnie, w ilu relacjach jestem, bo jestem kimś innym, kiedy rozmawiam z panią, kim innym, gdy za chwilę będę rozmawiał z synem itd.

A  JA wewnętrzne?
Też nie jest jedno. Może być we mnie mój surowy ojciec, moja czuła matka, rywalizujący ze mną brat, oczekujący ode mnie heroizmu dziadek. We mnie są ich „głosy”. I tak jak palce gitarzysty mogą potrącić tę czy inną strunę, tak sytuacja, rozmowa z kimś mogą uruchomić ten, a nie inny głos. Czym innym jest zatem samotność w znaczeniu emocjonalnym, uczuciowym, a czym innym w znaczeniu społecznym. Można być społecznie niesamotnym, mieć dużą rodzinę, mnóstwo znajomych, a być wewnętrznie samotnym. I można być singlem, a nie być samotnym i być w dobrym kontakcie z samym sobą. Samotność jest więc pojęciem wieloznacznym, słów zaczynających się od rdzenia „samo-” w Słowniku języka polskiego jest chyba ze dwie strony. Czyli to ważne pojęcie.

Jednym ludziom łatwiej współtworzyć MY, innym trudniej. Gdzie tkwi przyczyna?
To, jacy jesteśmy, zależy między innymi od tego, co się z nami działo w dzieciństwie, czy mieliśmy bezpieczne więzi. Jeżeli czułem się kochany, to w dorosłości jestem nie tylko gotów do bliskości, ale także umiem wchodzić w związki. Jeżeli natomiast moje pierwsze doświadczenia z rodzicami były, jak to określają badacze więzi, pozabezpieczne, na przykład chaotyczne czy lękowe, to w moim dorosłym życiu mogę mieć trudność w relacjach, choć pewnie też tęsknotę za niesamotnością. Upraszczając – to, jak bardzo czuję się samotny w dorosłości, zależy od tego, jak bardzo byłem samotny w dzieciństwie, a to, jak bardzo byłem samotny jako dziecko, zależy między innymi od stylu wychowania, którego częścią jest bliskość. Bezpieczna lub nie.

Co jeśli rodzice nie dali nam tej bliskości? 
Przestrzegałbym przed ich obwinianiem. Rodzi się pytanie: Czy opis trudnego dzieciństwa, wyrządzonych krzywd zostawię na poziomie opisu, czy będę go używał po to, żeby wejść w rolę skrzywdzonego? Jeżeli wejdę w rolę skrzywdzonego, na przykład przez surowego ojca albo zimną matkę, to wtedy będzie mnie krzywdzić ten opis, a nie matka czy ojciec. Niekiedy w psychoterapii pracujemy nad tym, że owszem, doznałeś krzywdy w dzieciństwie, ale teraz już tamtej krzywdy sprzed lat z tobą nie ma, tylko jest znaczenie, jakie temu nadajesz. Możesz się w tej krzywdzie rozgościć i schować. Ale to nic ci nie daje, tylko zabiera sprawczość. Może odbierać także gotowość do ryzyka wejścia w związek. Bo bywa, że rozpamiętujący krzywdy człowiek kieruje się przekonaniem, często nieuświadomionym, że skoro matka mnie skrzywdziła, to ty, kobieto, też mnie skrzywdzisz, no więc nie zaryzykuję związku. Natomiast jeśli oddzielę to, co było, od tego, co jest teraz, to mam szansę zobaczyć, że, owszem, matka nie dała mi czułości, że boję się kobiet, ale też że zależy mi na bliskości, więc zaryzykuję, zrobię krok ku. Oczywiście, to bardziej złożone, bo niewykluczone, że taki mężczyzna będzie szukał kobiety, która mu przypomina chłodną matkę. W każdym razie bardzo ważne jest, aby odróżniać przeszłość od teraźniejszości. W przeciwnym razie zachowujemy się jak ktoś, kto nie zdjął kamizelki kuloodpornej, którą założył na wojnie, gdy świszczały kule, mimo że już dawno nastał pokój.

Wielu młodych ludzi żyjących na maksa twierdzi, że samotność to ich wybór. 
Życie w pośpiechu, intensywne może być satysfakcjonujące, jeśli ktoś lubi ekscytację, wyścig. Nie można takiemu komuś powiedzieć: „Nie rób tego”. Ale można go przestrzec przed niebezpieczeństwem spłycenia życia, przed zmniejszeniem szansy na głęboki związek. Wierzę, że głęboki związek ma wartość niezwykłą. Może single tak bardzo miłują wolność jako fundamentalną wartość, bo według nich perspektywa więzi jest perspektywą więzienia. Więź i więzienie mają wspólny rdzeń. Jako mąż, a jeszcze bardziej jako ojciec, mam mniej wolności, niż miałem jako narzeczony. Ludzie się na to nie godzą i pewnie dlatego w Europie około 30 procent małżeństw się rozwodzi, a we Francji czy w Kalifornii – nawet ponad połowa.

Samotność z wyboru to nie pójście na łatwiznę? 
Zamieniłbym „pójście na łatwiznę” na „lęk przed głęboką więzią”.

Skąd ten lęk?
Między innymi stąd, że w dzieciństwie nie zaznaliśmy bezpieczeństwa, a jak już o tym wspomniałem – wtedy rodzi się wzorzec więzi. Jeżeli byłem bity przez rodziców, to nie wchodzę w bliski związek, bo boję się, że będę bity.

Taka samotność nie wydaje się do końca wyborem.
Raczej, jakby powiedzieli psycholodzy, racjonalizacją. To znaczy – mówię, że to mój wybór, ale pod spodem jest lęk przed bliskością. Inna przyczyna obawy przed wchodzeniem w bliski związek może być związana z tym, że dzisiaj w zasięgu ręki jest przyjemność bezpośrednia i krótkotrwała. Tymczasem długotrwały związek wymaga trudu. A po co mam się trudzić, skoro mogę korzystać z przyjemności?

Socjolog José Ortega y Gasset powiedział, że miłość to samotność we dwoje.
Można rozumieć to zdanie na dwa sposoby. Pierwszy – że czasem dwie osoby tworzą diadę, do której nikogo nie wpuszczają, jest MY i reszta świata. A drugi – że ludzie mogą być razem, spać razem i czuć się samotni. W każdej parze niezbędna jest równowaga między razem a osobno. Są ludzie, którzy wolą to „razem”, i jeżeli trafią na partnera, który lubi „osobno”, to toczą grę polegającą na tym, że jedno goni, bo chce bardziej razem, a drugie ucieka, bo chce bardziej osobno. No i obydwoje mają poczucie krzywdy, jedno, bo czuje się osaczane, a drugie, bo czuje się opuszczane. W wersji optymalnej dobrze byłoby uzgodnić, ile ma być tego razem, ile osobno, czyli mówiąc górnolotnie: ile miłości, a ile wolności.

Ludzie tego nie uzgadniają.
Myślę o behawioralnym uzgodnieniu. To znaczy, że jedno ustąpiło drugiemu albo polubiło to, co lubi drugie. Albo znaleźli jakieś wyjście pośrednie, obustronnie satysfakcjonujące. Ale to rzeczywiście duży problem, z mojej praktyki wynika, że wątek „gonię – uciekam” jest obecny w ponad połowie par, które są w terapii. W tych związkach nie ma zgody co do proporcji między razem a osobno. Bo jak jest za blisko, to jest za duszno, jak jest za daleko, to jest zbyt samotnie. To uciekanie i gonienie ma często postać wahadła: ten, kto goni, doprowadza do tego, że uciekający jeszcze bardziej ucieka. Wtedy goniący się obraża, no to uciekający wraca, potem znów ucieka. Jeżeli ludzie nie włączą refleksji na temat ich relacji, ten taniec może trwać latami.

 Jak się dogadać?
Najwięcej szans ma dogadanie się jest na początku, kiedy związek ufundowany jest na energii pragnienia, czy to erotycznego, czy uczuciowego. Kłopot pojawia się często wraz z przyjściem na świat dziecka. Oto najczęstszy schemat: Kobieta, która pragnie bliskości z mężczyzną, a tego nie dostaje, zagarnia dziecko. Mąż czuje się opuszczony, więc chowa się na przykład w komputer albo w pracę zawodową, no to ona jeszcze bardziej idzie w związek z dzieckiem. A mąż jeszcze bardziej się wycofuje, jest zły na żonę, która śpi teraz z dzieckiem, i na dziecko, co mu zabrało żonę. Pojawia się sprzężenie zwrotne, które może tę negatywną wersję rozwijać.

Kobiety chyba częściej czują się samotne.
Nie znam na ten temat statystyk ani badań, spodziewałbym się, że więcej jest samotnych mężczyzn. Przewagą kobiet jest to, że mają kontakt z uczuciami i dysponują większą empatią. Niektórzy wiążą to z oksytocyną, której kobieta ma więcej niż mężczyzna. Ale mężczyźnie trudniej o bliskość, czułość nie tylko z powodów hormonalnych, ale także kulturowych, bo gdyby okazał uczucia, a zwłaszcza swoją delikatność, to uważany byłby za mięczaka. Chodziło pani o to, że kobiety mogą czuć się częściej samotne w tym sensie, że nie dostają tego, czego chcą?

Tak, ale myślę, że i kobiety, i mężczyźni chcą teraz mieć wszystko natychmiast.
Taka w nas, dorosłych, dziecinność. Bo jedną z cech ludzi niedojrzałych jest właśnie to, że chcą natychmiastowego zaspokojenia potrzeb. Natomiast osoba dojrzała potrafi odroczyć to spełnienie.

Może więc dzisiaj ludzie nie są tak samotni, tylko tak niedojrzali?
Możliwe, że jedno pociąga za sobą drugie, że człowiek niedojrzały będzie sobie radził z samotnością poprzez rozrywkę albo bliskość powierzchowną, albo poprzez ucieczkę w świat wirtualno-narkotykowy.

Parafrazując Fromma, można powiedzieć, że samotność bywa ucieczką OD czegoś albo DO czegoś. Można uciec OD związku, a można uciec DO idei, pracy, pasji.
Rzeczywiście. Jeśli osoba, która realizuje się DO, na przykład w pasji, ma partnera, który to rozumie, ich związek może dobrze funkcjonować. Ale czasem ludzie nie chcą zrozumieć partnera, wolą go wymienić na nowego. Kiedy jakieś urządzenie nie działa tak, jak byśmy chcieli, to albo staramy się je naprawić, albo je wyrzucamy i kupujemy nowe. A żeby całość znów zadziałała, czasem wystarczy wymienić małą część. Warto rozróżniać elementy wymienialne od niewymienialnych. Związek może być niewymienialny, tylko trzeba nad nim pracować.

Ale przed samotnością do końca się nie uchronimy. 
To prawda. Samotni jesteśmy w obliczu śmierci, cierpienia, pytań ostatecznych. Niekiedy ma znaczenie to, że ktoś bliski trzyma za rękę. Ale ten ktoś nie przeżyje za nas choroby, śmierci. Są sytuacje graniczne, w których decyzja musi być podjęta przez nas samych. Gdy ktoś mnie pyta o radę, czy powinien zrobić tak, czy inaczej, mówię: „Odpowiedź musisz znaleźć w samotności, nikt nie może wziąć odpowiedzialności za twoją decyzję”. Do odpowiedzialnej wolności potrzeba samotności, ludzie dojrzali godzą się na pewną dozę samotności po to, żeby dokonywać odpowiedzialnych rozstrzygnięć. Bez tego się nie da. Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem.

Sposobem na samotność może być po prostu wyjście do ludzi?
To niełatwe. Między tęsknotą za kontaktami a kontaktem jest poważna przeszkoda w postaci blokady emocjonalnej, na przykład takiej, że boję się ludzi, nie ufam im, obawiam się wyśmiania, bo na przykład nie cenię siebie. Czasami zachęcamy człowieka, żeby zrobił coś, co mu pozwoli zrealizować potrzebę, ale zapominamy, że między frustracją z niezrealizowanej potrzeby a zrealizowaną potrzebą są różne emocjonalne trudności, na przykład lęk przed ludźmi.

Wtedy trzeba zacząć od pracy nad sobą?
Tak, od zorientowania się, skąd ten lęk pochodzi. Możliwe, że powstał w dzieciństwie i dzisiaj nie jest już adekwatny do kontekstu.

Bogdan de Barbaro profesor, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin. 

  1. Seks

Nie mam czasu na seks

Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy w codziennym zabieganiu, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego. (Fot. iStock)
Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy w codziennym zabieganiu, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego. (Fot. iStock)
To, że życie w ciągłym biegu i nieustanne podnoszenie sobie poprzeczek ma niszczący wpływ na nasze samopoczucie, wiemy już od dawna. A jak zatracanie się w gonitwie obowiązków wpływa na sferę intymną? I czy można się z zabiegania wyzwolić? Odpowiada seksuolog Andrzej Depko.

Na początku wygląda niewinnie: uznajesz swoją karierę zawodową za priorytetową i masz po prostu duże ambicje. Stawiasz więc na fachowe wykształcenie: kończysz studia, potem studia podyplomowe, różne kursy doszkalające, może MBA… Ten okres jest rozciągnięty w czasie, a jego wypełnienie zadaniami powoduje, że możesz nie mieć ani chwili na budowanie relacji. Później wchodzisz w kierat pracy, pojawiają się też realne obowiązki zawodowe. Zaczyna się szybka wspinaczka po szczeblach kariery – kolejne stanowiska, coraz wyższe i wyższe... Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego.

Zamiast relacji – praca

Co się dzieje po przekroczeniu tej granicy? Nie ma czasu na relacje, a budowanie związku zaczyna być postrzegane jak rezygnacja z części siebie. Włącza się mechanizm samooszukiwania się: „Jak już osiągnę ten cel, będę mieć czas na wszystko”. Ale zza horyzontu od razu wyłania się kolejny cel do zdobycia. To jest życie w ciągłym napięciu i stresie. Pojawia się lęk: „Czy jestem najlepsza? Czy zdążę zrealizować plan? Czy nie zawalę czegoś po drodze?”. A jeżeli ktoś zyskuje świadomość własnej samotności, odkrywa dodatkową motywację do tego, żeby uciekać w pracę. Kiedy pojawia się potrzeba seksualna, brak partnera wymusza podejmowanie zachowań zastępczych – seks przez Internet lub inne formy masturbacji. Można w ten sposób szybko rozładować napięcie i znów zająć się pracą.

Skutki pracoholizmu

Odpowiedzią organizmu na życie w przewlekłym napięciu jest wzrost hormonu prolaktyny, która powoduje spacyfikowanie potrzeby seksualnej. Ciągłe skupianie się na pracy zawodowej i życie w nieustającym stresie może doprowadzić też do dysfunkcji seksualnych.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że ona czeka na niego w seksownej bieliźnie, a kiedy on, pomimo że właśnie wrócił z biura i nie marzy o niczym innym jak sen, stara się sprostać apetytowi kochanki, okazuje się, że nie może. Pojawia się problem ze wzwodem. Ona zaczyna mu wyrzucać: „Już cię nie podniecam” albo: „Masz kogoś innego!”. On się frustruje, bo nikogo nie ma i wciąż tylko ciężko pracuje. Rozstają się w złości, a kiedy znowu następnym razem im nie wyjdzie, on zbagatelizuje problem, bo przecież praca jest ważniejsza. Albo uzna wagę problemu, tylko ucieknie od niego w obowiązki.

Gdy życie seksualne zaczyna zanikać, a stan napięcia i stresu jest coraz silniejszy, mogą również pojawić się przedwczesne wytryski. Dochodzi nowy stres spowodowany tym, że było za szybko. Mężczyzna zaczyna unikać kontaktów seksualnych lub w ogóle świadomie z nich rezygnuje.

Całkowitemu zaangażowaniu w pracę towarzyszy napięcie oraz lęk przed porażką i utratą zajęcia, co doprowadza często do depresji, której konsekwencją jest osłabienie lub utrata libido. Jeżeli depresja zaczyna przeszkadzać w pracy, pracoholik idzie do psychiatry i prosi o leki, które pomogą mu być sprawnym zawodowo. Mają one stabilizować nastrój, ale jednocześnie pacyfikują seksualność. I gdy partnerka będzie miała potrzeby seksualne na tym samym poziomie jak dotychczas, on nie będzie już mógł im sprostać.

A ponieważ kobiety biologicznie (ze względu na gospodarkę hormonalną i poziom neuroprzekaźników) są dwa razy bardziej predysponowane do wystąpienia depresji, pracoholizm przekłada się u nich dwa razy częściej na pojawienie się depresji i bezsenności. Kobiety szybciej też sięgną po tabletki nasenne i antydepresyjne.

Samotni w parze

Częsta forma związku pracoholików to „living aparat together” – czyli jesteśmy razem, ale żyjemy osobno. To dotyczy par, w których obie osoby są mocno zaangażowane w pracę i spędzają razem jedynie weekendy i urlopy. A po powrocie każde wraca do siebie i swoich zajęć. Oficjalnie są parą, ale bycie razem ogranicza się do krótkiego czasu wolnego. Oboje zakładają, że chcą mieć rodzinę i dzieci, ale najpierw muszą zrealizować swoje cele zawodowe, bo to da im gwarancję bezpieczeństwa. Nie zdają sobie sprawy, że w sferze deklaratywnej można być szczerym, ale istnieje jeszcze taki aspekt, jak przyzwyczajenie do życia w samotności i do różnych nawyków.

Inna możliwa sytuacja życiowa dla pracoholików to życie w pełnym związku. Może to być relacja dwóch osób bardzo zaangażowanych w pracę albo jedna z nich może być poświęcona karierze zawodowej, a druga może pracować niewiele lub wcale, zajmując się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci.

Andrzej Depko dr n. med., seksuolog, neurolog, autor książek.