Zajadanie emocji: zaburzone wzorce odżywiania

fot.123rf

Jak rozpoznać, kiedy poprzez jedzenie zagłuszamy negatywne emocje? Czy wewnętrzny głos może sabotować dietetyczne postanowienia? Właśnie na tego typu pytania stara się odpowiedzieć psychodietetyka. Jak ją zastosować w praktyce, mówi psycholog Karolina Zarychta.
Podobno są dwa rodzaje głodu – jeden bierze się z ciała, a drugi z głowy.

reklama

Tak, i dlatego idealnie by było, gdybyśmy jedli w momencie, kiedy czujemy głód fizjologiczny, czyli ten płynący z ciała. Jednak głód związany z emocjami często jest równie silny, o ile nie silniejszy. Te dwa rodzaje głodu bardzo łatwo pomylić. W przypadku głodu płynącego z głowy, czyli tzw. głodu emocjonalnego, który w odróżnieniu od fizjologicznego jest nagły, mamy do czynienia z poczuciem, że trzeba go zaspokoić natychmiast. Tymczasem głód fizjologiczny narasta stopniowo, nie odczuwamy przymusu, że musimy coś zjeść teraz, natychmiast, możemy trochę poczekać. Kolejną ważną różnicą jest to, że zazwyczaj głód emocjonalny łączy się z łaknieniem na konkretne pożywienie, konkretny produkt, czyli mamy ochotę np. na czekoladę, na coś słodkiego albo słonego, a głód fizjologiczny możemy zaspokoić różnym typem pożywienia.

Jak stwierdzić, co nas popycha do sięgania po jedzeniowe „pocieszacze”?

Przede wszystkim warto sobie zadać pytanie, czy zauważamy jakiś schemat w tym, kiedy sięgamy po niezdrowe przekąski, czy to słodkie, czy słone. Może dzieje się tak wtedy, gdy jesteśmy zestresowani albo gdy jest nam smutno? Może też być tak, że głód emocjonalny pojawia się w sytuacji, kiedy wydaje nam się, że nie czujemy nieprzyjemnych emocji, ale np. mamy tendencję do zajadania nudy. Dobrze też zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście nasz żołądek jest pusty, ile czasu minęło od momentu, kiedy ostatnio jedliśmy: jeśli mniej niż 2–3 godziny, to najprawdopodobniej nie jest to jeszcze głód fizjologiczny.

Nasze podejście do jedzenia jest związane też z wychowaniem, z tym, co obserwowaliśmy w naszej rodzinie, jak zachowywali się dorośli, kiedy byliśmy mali, czy traktowali np. desery, co jest bardzo częste, jako nagrodę za zjedzony obiad – i wtedy obiad staje się czymś nieprzyjemnym, a deser nagrodą za to, że zjedliśmy niezbyt smaczny posiłek. Dzieci bardzo szybko uczą się takiego utożsamiania słodkich przekąsek z nagrodą i później w dorosłym życiu, kiedy odczuwają frustrację albo stres, też sięgają po tego typu przekąski. Jedzenie wydaje się takim osobom najbardziej dostępną metodą radzenia sobie z nieprzyjemnymi emocjami.

Często też bywa, że mamy lub babcie z miłości przekarmiają dzieci.

Zmuszanie dzieci do jedzenia – bo tutaj trzeba już chyba użyć takiego słowa – to w wielu domach standard. Dorośli często odczuwają niepokój, kiedy dziecko nie je albo kiedy nie zjada wszystkiego z talerza. Ja w swoim gabinecie niejednokrotnie spotykam się z osobami, które wspominają dzieciństwo jako okres, kiedy cały czas towarzyszyło im poczucie przejedzenia. Zostawienie nawet resztek na talerzu kojarzyło im się z czymś złym, wiązało się np. ze złością rodziców albo ze smutkiem babci. I to poczucie jest w nich tak silne, że nawet w dorosłym życiu się przejadają. Później mamy już do czynienia z tym, że żołądek jest rozciągnięty i rzeczywiście tego pokarmu potrzeba coraz więcej.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »