Scena z życia: włączony telewizor, popularny teleturniej, dwie pięcioosobowe drużyny próbują wymienić tytuły największych przebojów Marka Grechuty. Ja, „pani od muzyki”, patrzę zdumiona na ekran. Tyle lat spędzonych w radiu, setki audycji, tysiące odtworzonych piosenek, tyle wywiadów, ile popełnionych tekstów, podcastów, ba! nawet napisana książka. Wszystko po to, by pokazywać muzykę i jej uczyć, by nigdy nie przestała Wam grać. Dziesięć dorosłych osób zna jedną piosenkę Marka Grechuty. Jedną. Czuję się, jakbym to ja przegrała, nie oni.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.
Pozwólcie, że dziś będzie to felieton nieco inny. Przygotowałam dla Was listę płyt, może oczywistych, banalnych, a być może nie. Listę, która prosi o Waszą szczerość – czy znacie te piosenki i albumy? Nie „ze słyszenia”, ale „ze słuchania”, z uwagą i zaangażowaniem. Jeśli są dla Was nowe, podarujcie sobie tę przyjemność, choćby po to, by mieć większe szanse w „Familiadzie”!
Fot. materiały prasowe
Ta kompilacja Wielkiej Czwórki to album, który otwiera moją prywatną kolekcję, to pierwsza płyta mojego życia. Otrzymałam ją w prezencie od taty – skoro na moich półkach stały książkowe elementarze, uznał, że powinnam postawić tam również abecadło muzyki. Śliczne czerwone pudełko, a w nim 30 wspaniałych melodii, wszystko, co najlepsze z pierwszych płyt Beatlesów. Słuchając tych piosenek, nauczyłam się doceniać jakość kompozycji, produkcji i wykonania. To wiedza, która została ze mną na zawsze, nauczyła mnie szukać wartości bez względu na otaczającą tandetę.
Wymyśliłam kiedyś całkiem zgrabne (samochwała!) zdanie: „The Beatles to szkoła muzyki, The Rolling Stones to wszystko, co robi się po szkole”. A to są najlepsze wagary:
Fot. materiały prasowe
O słodkie zepsucie! Sugestywna okładka z rozporkiem, tytuły i teksty nawiązujące do zakazanych używek. Złe kobiety i jeszcze gorsze nawyki. To mocne doświadczenie wejścia w świat dorosłych, w którym nie należy zachowywać się zbyt przyzwoicie, bo popsuje to zabawę. Czy jest to pedagogiczne? Nigdy! Ale ta mieszanka bluesa, country i rocka jest uzależniająca jak złe substancje. Chce się tylko więcej. To Stonesi w wybitnej fazie swojej kariery, seksowni i gorszący. Rock’n’roll to w mojej definicji raczej postawa niż gatunek. Chociaż kolejny album to czysty pop, dla mnie to płyta wręcz punkowa:
Fot. materiały prasowe
Trzeci album amerykańskiej wokalistki, gwiazdki popu o oszałamiającym głosie i… reputacji oszustki. Czy jej pięć oktaw to prawda, czy studyjne sztuczki, skoro nie gra koncertów? Uciszyła nieżyczliwych na swój sposób. Nie wyruszyła w trasę, ale wystąpiła w ramach oglądanego przez miliony prestiżowego cyklu „MTV Unplugged”, rozpoczynając od perfekcyjnej, karkołomnej wokalizy. Gdy rozprawiła się z plotkami, zabrała się za robotę, dając fantastyczny muzycznie, zakorzeniony w tradycji soulu i R&B, perfekcyjny wykonawczo koncert. To triumf talentu. I charakteru! Skoro wywołaliśmy najczystszej próby talent…
Fot. materiały prasowe
Album wymieniany we wszystkich zestawieniach „płyt wybitnych”, a jednocześnie znany nielicznym. Jedyna pozycja w dyskografii tragicznie zmarłego wokalisty, album pasji, namiętności i powinności – Jeff słusznie traktował siebie jak artystę, kogoś, kogo powołaniem jest tworzenie rzeczy wybitnych. Obdarzony wyjątkowym, niemożliwym do zapomnienia głosem, zachwycającym – i zawstydzającym! – największych, rozpalał słuchaczy targającymi nim emocjami. „Grace” płonie od wrażeń, koi, drażni, nie pozostawia obojętnym. Dziś, gdy żyjemy w erze wykonawców - przedsiębiorstw, muzyka kogoś, kto nie kalkulował, tylko czuł, brzmi po prostu nadzwyczajnie.
Czytaj także: Szybka miłość. 5 wielkich muzycznych wyznań miłości
Podajcie mi chusteczki: nadal jesteśmy w latach 90. Zaraz się wzruszę od obfitości tamtej dekady, tyle świetnych płyt! To propozycja dla wszystkich, którzy lubią pieścić swoją próżność w towarzystwie, zadając z wyższością pytanie: „Naprawdę nie znasz tej płyty?!”:
Fot. materiały prasowe
Może kojarzycie wielki przebój z tego albumu: „Where Have All The Cowboys Gone?”. Może zaimponujecie, mówiąc: „A, Paula Cole! Śpiewała chórki na trasie Petera Gabriela!”. Ale, z ręką na sercu, kto zna tę płytę? A tytułowy ogień nie kłamie! To kawał świetnej muzyki. Najlepsza płyta Pauli przepadła w wielkim kobiecym boomie połowy lat 90. Nie była tak przebojowa jak Alanis, medialna jak Fiona, blond jak Gwen, pyskata jak Courtney. Była „tylko” znakomita. „Kowboje” to wciąż jeden z największych utworów dekady (drogie panie, posłuchajcie tego tekstu!), „Feelin’ Love” to nadal nie dość doceniana pościelówka, a otwierający całość „Tiger” to zaproszenie do świata kobiecych emocji, przekonujące bardziej niż niejeden feministyczny manifest. Z żalem przyznam, nikt nie zna tej muzyki, wyłamcie się z tej masy! Teraz przeciwnie – album, który zdają się znać wszyscy, ale muzyka jest na samym końcu, gdyż jest to jedna z największych popowych płyt wszech czasów:
Fot. materiały prasowe
O tym, że jest to arcydzieło, powiedziano już prawdopodobnie wszystko, nie będę się powtarzać. Pamiętam program dokumentalny MTV, wizytę w studiu nagraniowym podczas sesji do tego albumu, pamiętam Madonnę, jak zawsze pewną siebie, arogancką, zaczepną. Ale mnie to nie odpycha, wyłącznie zachwyca. Wiedziała, że powstaje wielki album. Jej pomysł, by całą życiową rewolucję – narodziny córki, świetnie przyjętą rolę w „Evicie”, zrzucenie ciężaru kilku porażek z początku dekady – włożyć w swoją nową muzykę, robi z niej artystkę, chociaż tak uparcie odmawia się jej tego tytułu. Tylko wizjoner, ktoś, kto kreuje, a nie podąża za innymi, wpadłby na pomysł zatrudnienia młodego producenta Williama Orbita i pójścia za nowym, nieznanym brzmieniem, ryzykując kolejny raz w swojej karierze. Orbit wyciągnął z Madonny wszystko, co najlepsze, nową emocjonalną głębię, ciekawość, otwartość, a zostawił zepsutą i próżną gwiazdę. Madonna pokorna to Madonna najlepsza, kto by pomyślał?
Czytaj także: Gdzie ci mężczyźni? To nie jest romantyczne westchnienie, to refleksja o stanie współczesnej muzyki pop
Czasem, kiedy współczesne wokalistki nie szczędzą skandalicznych zachowań czy tekstów, myślę, ile zawdzięczają odwadze i bezczelności Madonny. Nie łączy się tych pań często, a szkoda, ich bezpruderyjność jest ujmująco podobna:
Fot. materiały prasowe
Ilu fanów Lany, tyle głosów, który z jej albumów jest tym „jedynym”. Pójdę za krytykami zachwyconymi „Normanem…”. Jak to gra! Pięknie wyprodukowany album, który w żadnym momencie nie męczy i nie nudzi, jednocześnie nigdy nie będąc papką, beztreściową muzyką towarzyszącą. Treści tu nie brakuje, acz głównie dla dorosłych… Lana jest niepoprawna w swojej amerykańskiej fantazji o życiu w stylu glamour, widzianym w krzywym zwierciadle każdej straconej nadziei i rozczarowania. To może być słodka muzyka, ale jak kolce róży, to piękno zostawia ślad. A „Venice Bitch” to jeden z największych utworów XXI wieku, usprawiedliwiający śmiałość Lany, by powołać się na tej płycie na twórczość najwybitniejszych:
Fot. materiały prasowe
Bez tej muzyki nie byłoby połowy naszych ulubionych wydawnictw, to śmiała teza, wiem. Ale tak działa cykl nieustającej inspiracji, ktoś wysłuchał tekstów Joni, ośmielił się pisać równie szczerze, jednocześnie swoje emocje włożył w nie tak subtelne dźwięki i już, mamy Courtney Love! Wpływ „Blue” jest większy od płyt Lany i Love, to przede wszystkim kolejne pokolenia słuchaczy położonych na łopatki artyzmem i piórem Mitchell. Byłam już dorosłą kobietą, kiedy po raz pierwszy tak naprawdę posłuchałam tego albumu, każdej linijki tekstu. Niech schowają się raperzy i ich rymy, nie mają nic przy wyznaniach Joni, jej niezwykłej dojrzałości i świadomości siebie. Czy płyta może być twoim przyjacielem? Posłuchajcie „Blue” i wróćcie do mnie z odpowiedzią! A czy płyta może być dowodem na istnienie Boga? Absolutnie:
Fot. materiały prasowe
Zaczęłam tekst od pierwszej płyty mojego życia, a kończę tą najważniejszą. „Love Supreme” słucham wyłącznie w wyjątkowych momentach, zawsze, gdy dzieją się rzeczy istotne. To jest muzyka na specjalne okazje, bo, jak modlitwa, wymaga skupienia i intencji. Co daje w zamian… Brak słów. W co składają się te dźwięki, pozostanie niewytłumaczalne, jest to doświadczenie, przeżycie. Jak z każdym zjawiskiem nadprzyrodzonym, pozo[1]staną nieufni, którym wręcz współczuję, co ich omija. Jeśli dotąd podchodziliście do wszystkich tych kategorii „pozycja obowiązkowa” ostrożnie, złamcie się dla tego jazzowego arcydzieła. Nic potem nie będzie już takie samo.
Sprawcie sobie tę akustyczną przyjemność. Tylko Wy i ta jedna, dawno nie słuchana, kiedyś uwielbiana płyta. Cytując legendarny slogan reklamowy, enjoy!