Kiedy ktoś mówi o kobiecie „wredna baba” albo używa określenia „zbyt pewna siebie”, zawsze myślę o niej: „oho, pewnie się zaprzyjaźnimy”.
Powstały już pewnie dziesiątki, jeśli nie setki, badań, które potwierdzają, jak działa nasza stronniczość. Kulturowo wyucza się nas, że cechy charakteru, które cenimy u mężczyzn, to te, których nienawidzimy u kobiet. Chłop jest pewny siebie, a baba sukowata. Tego się nas uczy, zwykle na poziomie nieświadomym, modelowaniem. Bohaterki literackie, które poznajemy od najmłodszych lat, są przecież nie bez powodu „bezradne i romantyczne”, jak określiła je w tytule swojej rewelacyjnej książki–analizy doktorka Aleksandra Korczak. Postaci dziewczynek i kobiet, które nie spełniają patriachalnych zasad, są często karane.
Mistrzami tego karania byli już starożytni Grecy. Cywilizacja, która kojarzy nam się z postępem i demokracją, w kobietach widziała zagrożenie. Na Peloponezie w większości polis nie miały praw obywatelskich, nie uczestniczyły w życiu publicznym, zamknięte były w domach i miały nakaz zakrywania całego ciała. A przecież sztuka grecka kojarzy nam się z golasami! Tylko że nagość była zarezerwowana dla mężczyzn. Inni – czyli kobiety i niewolnicy – pozwolić sobie na nią nie mogli.
Kobieca nagość w sztuce była właściwie przez długi czas dopuszczalna jedynie jako skutek gwałtu czy walki, tak jak w przypadku Amazonek. Pruderyjny stosunek do kobiecego ciała widać choćby w reakcji na rzeźbę Praksytelesa przedstawiającą Afrodytę, którą wykonał na zlecenie mieszkańców wyspy Kos. Bogini była naga i jedynie ręką zasłaniała swoje łono. Wizerunek oburzył zamawiających na tyle, że odrzucili rzeźbę. Przyjęli ją za to Knidyjczycy i do dziś jest to jedno z najbardziej kanonicznych przedstawień bogini miłości, znane dzięki rzymskim kopiom jako Wenus Knidyjska.
Afrodyta z Knidos (renesansowa kopia, którą wyrzeźbił Ippolito Buzzi). (Fot. Wikipedia.org)
Podejście starożytnych Greków do kobiet i ich ciał obrazują mitologiczne potwory, a raczej potworzyce. Śmiertelniczki, które ośmielały się być ZBYT piękne (Meduza), ZBYT mądre (Sfinga), ZBYT żarłoczne (Scylla i Charybda, harpie) czy ZBYT pięknie śpiewały (syreny), kończyły jako bestie. Kobieca sprawczość, pomysłowość, kreatywność, a nawet powab były brutalnie karane. Najczęściej albo przemocą seksualną, albo metamorfozą – symboliczną śmiercią i karą życia jako kreatura.
Potworzyce zwykle zyskują zwierzęce cechy, opisywane są jako hybrydy – półkobiety, półwęże, półptaki, mają wężowe włosy, kopyta, szpony, ogony. Ma to związek z antycznym wiązaniem podłości z wszystkim, co zwierzęce, dzikie i nieokiełznane (do tego worka wrzucano wszelką inność: etniczną, seksualną). Taką narrację przejęła właściwie cała Europa chrześcijańska i wykorzystała ją nie tylko do promowania mizoginii, ale także teorii rasistowskich, mających utożsamić białego człowieka z postępem i cywilizacją, a czarnego z chaosem, głupotą i diabłem. Bo przecież to właśnie wysłannicy szatana w sztuce średniowiecznej zyskiwali czarną skórę, kopyta, rogi, skrzydła.
Od lat teoria feministyczna te zależności obserwuje i dekonstruuje. Pisarki ochoczo uprawiają retelling, snując opowieści, w których odwracają bieg wydarzeń albo perspektywę (czytamy historię oczami „bestii”). Z tego obrazu z pełną świadomością korzystają też artystki wizualne. Dwa wspaniałe przykłady takich rozwiązań możemy zobaczyć na dwóch świetnych warszawskich wystawach. Na ekspozycji „Kwestia kobieca” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej możemy podziwiać pracę Leonor Fini, argentyńsko-włoskiej malarki, której jednym z ulubionych motywów była Sfinga. Antyczna demonica chaosu , półkobieta, półlwica, w soczewce surrealistyki staje się wszechmocna i potężna, nie tracąc przy tym na subtelności i tajemniczości.
Leonor Fini „Le Sphinx” (1973) (Fot. Estate of Leonor Fini/ Muzeum Sztuki Nowoczesnej)
W Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki czeka na nas kolejna bestia. Na pokazie „Ghost Rider” didżejka, reżyserka i rzeźbiarka Christelle Oyiri, znana także jako Crystallmess, portretuje siebie jako potworzycę. Stojąca w pełni mocy kobieta zyskuje rogi, ogon i kopyta. Czarnoskóra artystka swoją instalacją wchodzi w polemikę ze sztuką wysoką: z jednej strony tworzy cenione od setek lat rzeźby odlane w brązie, z drugiej – są one tylko częścią działającego na wiele zmysłów show, a kobiece ciało zdecydowanie nie stanowi tam ozdoby albo moralizatora–straszaka. To spojrzenie, którego na próżno szukać w galeriach sztuki starożytnej. Potworna kobiecość stała się cool.
Instalacja Christelle Oyiri „Ghost Rider” (Fot. Bartosz Górka/ Zachęta Narodowa Galeria Sztuki)
Potrzebujemy więcej potwornej energii, potrzebujemy nowych odczytań starych baśni, mitów i legend. To się dzieje, to się pisze, to się robi. Wspaniale! Noście dumnie swoje rogi, pokazujcie kopyta. Stanowczość, zaradność i sprawczość wcale nie muszą być dominujące i przemocowe i wcale nie są przeciwieństwem empatii i miłości.
Diabeł jest zupełnie gdzie indziej. Śmiem twierdzić, że nie ma kopyt ani nawet rogów. Jestem prawie pewna, że nosi koszulę, krawat i mieszka za oceanem.
Sonia Kisza jest historyczką sztuki, autorką książki „Histeria sztuki. Niemy krzyk obrazów” oraz twórczynią satyrycznego profilu
na Instagramie @histeria.sztuki.