Typowy weekend na biwaku. Grupa kumpli tapla się w płytkiej rzeczce, rozpala ognisko, rozbija namioty. Tyle że na polowych stolikach zamiast grillowej uczty odbywa się zupełnie inna konsumpcja. Colin świętuje swoje urodziny dochodząc wśród krzyków ekstazy zbiorowej orgii. Możliwe, że to najszczęśliwszy dzień jego życia.
Trzepot motyli, nieodłączny element każdego romansu, jest uczuciem o tyle przyjemnym, co kłopotliwym. W filmie Harry’ego Lightona proporcje są zaburzone: poziom cringe’u permanentnie wykracza poza skalę. Dyskomfort jest testem naszej uległości. „Pillon” zadaje pytanie: na ile jesteśmy w stanie nagiąć to, co nam się wydaje na temat miłosnych relacji? My ulegamy, a film dominuje – ta zależność jest także esencją romansu, który widzimy na ekranie. Na moment przed Gwiazdką chorobliwie nieśmiały Colin (Harry Melling) poznaje w przydrożnym barze Raya (Alexander Skarsgård), przystojnego i tajemniczego przywódcę motocyklowego gangu. Wręczona bez słowa kartka świąteczna przewraca pospolite życie Colina do góry nogami. Schadzka za śmietnikami staje się weekendem. Weekend przeradza się we wspólne mieszkanie. Ray ani myśli o wciskaniu hamulca. Wciąga niewinnego chłopaka w świat BDSM-u – brutalny, ale pełen obietnic rozkoszy.
Kadr z filmu „Pillon” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Dwie połówki jabłka nigdy nie będą idealnie równe. Colin też nie może liczyć na równy podział sił, ale mu to nie przeszkadza. W tym układzie z pocałowaniem ręki przyjmuje każdy ochłap. Skrajnie niepewny siebie, czułby się gorszy od dowolnego partnera, ale przy Rayu poczucie wartości bohatera zmierza w kierunku Jądra Ziemi. Motocyklista wkracza w szarą codzienność Colina w skórzanych uniformach, niczym heros Marvela – długo wypatrywany ratunek od przytłaczającej monotonii. Gorzej dobranej pary świat nie widział, a jednak Skarsgård jest perfekcyjnym BD, do SM-u Mellinga. Ten pierwszy szokuje emocjonalną ścianą, ten drugi wzrusza wielowymarowym skrępowaniem.
Kadr z filmu „Pillon” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Pillion to tylne siedzenie motocykla, wąska przestrzeń, w której Colin może bezkarnie zamknąć ukochanego w czułym uścisku. Z drugiej strony ten kawałek obicia precyzyjnie definiuje jego rolę w związku: pasażera na gapę w idealnie pełnym życiu kochanka. W ascetycznym mieszkaniu Raya też ma określone miejsce: jego kurtka nie zasługuje na wieszak, musi zostać rzucona na podłogę. Jako osoba zdominowana zamiast wygodnym materacem, musi zadowolić się dywanem w nogach łóżka. Gotuje, sprząta, usługuje, ale nie przysługuje mu prawo do kluczy wejściowych. W seksie jest stroną bierną, liżącą buty, oczekującą kolejnych rozkazów ze wzrokiem pełnym szczenięcej wdzięczności. Lighton zadbał o to, żeby hierarchia wybrzmiała bez łagodzących skrótów myślowych, w pełni upokorzenia. Interakcje między bohaterami są nabrzmiałe od niepewności, przeciągnięte do granic, pełne krępującej ciszy. Kamera podkręca zaburzoną dynamikę. Colin portretowany jest jak cień, wiecznie za plecami Raya, gotowy na kolejne wytyczne. Świat obserwuje z poziomu rozporka. Jak chwali się znajomym z pracy: ma naturalny talent do bycia oddanym. Znalazł swoje powołanie.
Kadr z filmu „Pillon” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
I tu pojawia się rozterka, a zarazem główny powód mojego zachwytu nad „Pillon”. Bolesna do zaakceptowania dla widza relacja jest w pełni konsensualna. Pozycja, którą przyjmuje bohater Mellinga, bardzo patriarchalna, uwiera tym mocniej z perspektywy kobiecej. „To, że coś jest niekomfortowe dla ciebie, nie oznacza, że jest dla innych” – mówi Ray zdruzgotanej mamie Colina. Przez cały seans walczyły we mnie dwa wilki: chęć akceptacji wyborów bohatera i świadomość, że związek jest substytutem bardzo potrzebnej terapii. Gdzie kończy się kink, a zaczyna temat dla Freuda – tej odpowiedzi „Pillon” na szczęście nie narzuca.
Film Harry’ego Lightona z bezceremonialną szczerością – tym bardziej godną podziwu, że to fabularny debiut – mówi o tych realiach związków, które typowe heteroseksualne komedie romantyczne wolą przemilczeć. Prawda jest taka, że za każdą miłość płacimy cenę. Wystarczy zrobić mały rachunek sumienia: ten, kto nigdy nie był w, choćby minimalnie, toksycznym związku, niech pierwszy rzuci erotycznym kneblem.
Kadr z filmu „Pillon” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Sam BDSM, nie ma być kontrowersją dla kontrowersji, pełni raczej funkcję kija włożonego w mrowisko. Stereotypowe miłosne symbole: jak klucz i kłódka na łańcuchu, w perspektywie przyjętej przez reżysera ujawniają swoje przemocowe znaczenie. Pełna surowych reguł praktyka seksualna, operująca na ekstremach – między cierpieniem, a spełnieniem – pozwala jawnie eksplorować poświęcenia, na które godzimy się z obawy przed samotnością. W czasach tinderowego przestymulowania z jednej strony jesteśmy spragnieni czegoś realnego, z drugiej: drżymy, że nasza szczerość zostanie odrzucona. Rezultatem są układy i układziki, które tylko pogłębiają uczucie osamotnienia. Napisani przez Lightona (również twórcę scenariusza) bohaterowie ukrywają się za ekwipunkiem do bondage'u. Łatwiej im zgodzić się na numerek sadomaso niż wziąć partnera za rękę. W powierzchownym świecie najbardziej przeraża czułość. „Pillon” to najprawdziwsza i najsmutniejsza komedia romantyczna, jaką widziałam.
Kadr z filmu „Pillon” (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Czasy mamy okrutne i żaden system wsparcia tutaj nie pomoże. Rodzice Colina, grani przez Douglasa Hodge’a i Lesley Sharp, są rozczulająco akceptujący. Gdyby mogli, własnoręcznie znaleźliby synowi miłość jego życia, ale nie wykonają za chłopaka całej randkowej harówy. Bohater Mellinga musi mieć przede wszystkim twardy tyłek, wiedzieć, jak się negocjuje warunki we współczesnych realiach transakcyjnej miłości. „Pillon” jest nie tyle o poszukiwaniu „tego jedynego”, co o poszukiwaniu samego siebie.
„Pillon” można zobaczyć w polskich kinach od 20 lutego.